Uczelnieinfo.pl

Aktualności

Drukuj Email

Stanisław Wyspiański


Wesele


Dramat w trzech aktach





OSOBY:

GOSPODARZ
GOSPODYNI
PAN MŁODY
PANNA MŁODA
MARYSIA
WOJTEK
OJCIEC
DZIAD
JASIEK
KASPER
POETA
DZIENNIKARZ
NOS
KSIĄDZ
MARYNA
ZOSIA
RADCZYNI
HANECZKA
CZEPIEC
CZEPCOWA
KLIMINA
KASIA
STASZEK
KUBA
ŻYD
RACHEL
MUZYKANT
ISIA


OSOBY DRAMATU:

CHOCHOŁ
WIDMO
STAŃCZYK
HETMAN
RYCERZ CZARNY
UPIÓR
WERNYHORA





DEKORACJA:


Noc listopadowa; w chacie, w świetlicy. Izba wybielona siwo, prawie błękitna, jednym szarawym tonem półbłękitu obejmująca i sprzęty, i ludzi, którzy się przez nią przesuną.


Przez drzwi otwarte z boku, ku sieni, słychać huczne weselisko, buczące basy, piskanie skrzypiec, niesforny klarnet, hukania chłopów i bab i przygłuszający wszystką nutę jeden melodyjny szum i rumot tupotających tancerzy, co się tam kręcą w zbitej masie w takt jakiejś ginącej we wrzawie piosenki....


I cała uwaga osób, które przez tę izbę-scenę przejdą, zwrócona jest tam, ciągle tam; zasłuchani, zapatrzeni ustawicznie w ten tan, na polską nutę... wirujący dookoła, w półświetle kuchennej lampy, taniec kolorów, krasych wstążek, pawich piór, kierezyj, barwnych kaftanów i kabatów, nasza dzisiejsza wiejska Polska.


A na ścianie głębnej: drzwi do alkierzyka, gdzie łóżko gospodarstwa i kołyska, i pośpione na łóżkach dzieci, a górą zszeregowani Święci obrazkowi. Na drugiej bocznej ścianie izby: okienko przysłonione białą muślinową firaneczką; nad oknem wieniec dożynkowy z kłosów; — za oknem ciemno mrok — za oknem sad, a na deszczu i słocie krzew otulony w słomę, w zimową ochronę okryty.


Na środku izby stół okrągły, pod białym, sutym obrusem, gdzie przy jarzących brązowych świecznikach żydowskich suta zastawa, talerze poniechane tak, jak dopiero co od nich cała weselna drużba wstała, w nieładzie, gdzie nikt o sprzątaniu nie myśli. Około stołu proste drewniane stołki kuchenne z białego drzewa; przy tym na izbie biurko, zarzucone mnóstwem papierów; ponad biurkiem fotografia Matejkowskiego „Wernyhory” i litograficzne odbicie Matejkowskich „Racławic”. Przy ścianie w głębi sofa wyszarzana; ponad nią złożone w krzyż szable, flinty, pasy podróżne, torba skórzana. W innym kącie piec bielony, do maści z izbą; obok pieca stolik empire, zdobny świecącymi resztami brązów, na którym zegar stary, alabastrowymi kolumienkami dźwigający złocony krąg godzin; nad zegarem portret pięknej damy w stroju z lat 1840 w lekkim muślinowym zawoju przy twarzy młodej w lokach i na ciemnej sukni.


U boku drzwi weselnych skrzynia ogromna wyprawna wiejska, malowana w kwiatki pstre i pstre desenie; wytarta już i wyblakła. Pod oknem stary grat, fotel z wysokim oparciem.


Nad drzwiami weselnymi ogromny obraz Matki Boskiej Ostrobramskiej z jej sukienką srebrną i złotym otokiem promieni na tle głębokiego szafiru; a nad drzwiami alkierza takiż ogromny obraz Matki Boskiej Częstochowskiej, w utkanej wzorzystej szacie, w koralach i koronie polskiej Królowej, z Dzieciątkiem, które rączkę ku błogosławieniu wzniosło.


Strop drewniany w długie belki proste z wypisanym na nich Słowem Bożym i rokiem pobudowania.


RZECZ DZIEJE SIĘ W ROKU TYSIĄC DZIEWIĘĆSETNYM








AKT I





SCENA 1


Czepiec, Dziennikarz


CZEPIEC

    Cóz tam, panie, w polityce?
    Chińcyki trzymają się mocno!?



DZIENNIKARZ

    A, mój miły gospodarzu,
    mam przez cały dzień dosyć Chińczyków.



CZEPIEC

    Pan polityk!



DZIENNIKARZ

    Otóż właśnie polityków
    mam dość, po uszy, dzień cały.



CZEPIEC

    Kiedy to ciekawe sprawy.



DZIENNIKARZ

    A to czytaj, kto ciekawy;
    wiecie choć, gdzie Chiny leżą?



CZEPIEC

    No, daleko, kajsi gdzieś daleko;
    a panowie to nijak nie wiedzą,
    że chłop chłopskim rozumem trafi,
    choćby było i daleko.
    A i my tu cytomy gazety
    i syćko wiemy.



DZIENNIKARZ

    A po co — ?



CZEPIEC

    Sami się do światu garniemy.



DZIENNIKARZ

    Ja myślę, że na waszej parafii
    świat dla was aż dosyć szeroki.



CZEPIEC

    A tu ano i u nas bywają,
    co byli aże dwa roki
    w Japonii; jak była wojna.



DZIENNIKARZ

    Ale tu wieś spokojna. —
    Niech na całym świecie wojna,
    byle polska wieś zaciszna,
    byle polska wieś spokojna.



CZEPIEC

    Pon się boją we wsi ruchu.
    Pon nos obśmiwajom w duchu. —
    A jak my, to my się rwiemy
    ino do jakiej bijacki.
    Z takich, jak my, był Głowacki.
    A, jak myślę, ze panowie
    duza by juz mogli mieć,
    ino oni nie chcom chcieć!






SCENA 2


Dziennikarz, Zosia


DZIENNIKARZ

    Pani to taki kozaczek;
    jak zesiądzie z konika, jest smutny.



ZOSIA

    A pan zawsze bałamutny.



DZIENNIKARZ

    To nie komplement, to czuję
    i tego bynajmniej nie tłumię.



ZOSIA

    Dobrze, że przynajmniej pan umie
    zmiarkować, kiedy uczucie,
    a kiedy salonowa zabawka —
    ale w tym razie...



DZIENNIKARZ

    To sprawka
    pani wdzięku, pani jest bardzo miła,
    pani tak główkę schyliła...



ZOSIA

    Prawda? Tak jakbym się dziwiła,
    że mnie tyle honoru spotyka;
    pan redaktor dużego dziennika
    przypatruje się i oczy przymyka
    na mnie, jako na obrazek.



DZIENNIKARZ

    A obrazek malowny, bez skazek,
    farby świeże, naturalne,
    rysunek ogromnie prawdziwy,
    wszystko aż do ram idealne.



ZOSIA

    Widzę, znawca osobliwy.



DZIENNIKARZ

    I czemuż pani się gniewa?



ZOSIA

    Że pan jak Lohengrin śpiewa
    nade mną jak nad łabędziem,
    że my dla siebie nie będziem,
    i po cóż tyle śpiewności?



DZIENNIKARZ

    Oto tak, tak z rozlewności
    towarzyskiej.






SCENA 3


Radczyni, Haneczka, Zosia


HANECZKA

    Ach, cioteczko, ciotusieńko!



RADCZYNI

    Co, serdeńko?



HANECZKA

    Tamci tańczą, my stoimy;
    chcemy tańczyć także i my.



RADCZYNI

    Może który z panów zechce?



ZOSIA

    Z nikim z panów tańczyć nie chcę.



RADCZYNI

    Potańcujcie trochę same.



ZOSIA

    My byśmy chciały z drużbami,
    z tymi, co pawimi piórami
    zamiatają pułap izby.



RADCZYNI

    Poszłybyście tam do ciżby?



HANECZKA

    To tak miło, miło w ścisku.



RADCZYNI

    Oni się tam gniotą, tłoczą
    i ni stąd, ni zowąd naraz
    trzask, prask, biją się po pysku;
    to nie dla was.



ZOSIA

    My wrócimy zaraz.



RADCZYNI

    Cóżeś ty dziś tak wesoła?
    Odgarnij se włosy z czoła.



ZOSIA

    Raz dokoła, raz dokoła!



HANECZKA

    Ciotusieńka zła okropnie,
    zła okrutnie — a przelotnie —
    zaraz buzię pocałuję.



RADCZYNI

    Hanka zawsze swego dopnie.
    Niech się panna wytańcuje.






SCENA 4


Radczyni, Klimina


KLIMINA

    Pochwalony, dobry wieczór państwu.



RADCZYNI

    Pochwalony — gospodyni...



KLIMINA

    Tu wsiosko od maleńkości, Klimina,
    po wójcie wdowa.



RADCZYNI

    Radczyni
    jestem z Krakowa.



KLIMINA

    Macie syna.



RADCZYNI

    Tańcuje tam.



KLIMINA

    Niech się bawi;
    som ta dziwki, niech nie stoją.



RADCZYNI

    Jakoś mu nie idzie sporo,
    bo się ino pogapuje.



KLIMINA

    Panowie dziwek się boją;
    zaraz która co przyniesie,
    ino roz sie przetańcuje.



RADCZYNI

    Wyście sobie, a my sobie.
    Każden sobie rzepkę skrobie.



KLIMINA

    Myślałam, pomówię z matusią,
    toby wnuczka kołysała — ?



RADCZYNI

    A toście wy skora, kumosiu;
    ledwo że wkoło spojrzała,
    już by mi synów swatała — ?



KLIMINA

    Hej, jo sie bawiła wprzódzi,
    teroz bym lo inszych chciała.
    Coraz więcej potrza ludzi.
    Żeniłabym, wydawała!






SCENA 5


Zosia, Kasper


ZOSIA

    Drużba tańczy, proszę ze mną.



KASPER

    Panienka obcesem wpada.



ZOSIA

    A w kółeczko...



KASPER

    Dookoła.
    Panienka se ta wesoła.
    Ano Kaśka będzie rada,
    jak przestoi.



ZOSIA

    Kaśka, jaka?



KASPER

    Ano ta, co w kącie taka...



ZOSIA

    Druhna?



KASPER

    Juści, druhna pirso,
    co mi ją na żone rają.



ZOSIA

    Raz dokoła, raz dokoła...



KASPER

    Panienka się nie zgniwają,
    że ją lepiej gabne w pasie,
    ano Kaśka w sobie syrso.



ZOSIA

    Pewno drużba kocha Kasię — ?



KASPER

    Panienka se ta wesoła.



ZOSIA

    Raz dokoła, raz dokoła...






SCENA 6


Haneczka, Jasiek


HANECZKA

    Jakby Jasiek chciał tańcować,
    tobym z Jaśkiem tańcowała — ?



JASIEK

    A mogę sie ofiarować,
    by ino panienka chciała — ?



HANECZKA

    Proszę, proszę, chwilkę w koło,
    jak wesoło, to wesoło.
    Jasiek dzisiaj pierwszy drużba.



JASIEK

    Najmilso mi tako służba.






SCENA 7


Radczyni, Klimina


RADCZYNI

    Cóż ta, gosposiu, na roli?
    Czyście sobie już posiali?



KLIMINA

    Tym ta casem sie nie siwo.



RADCZYNI

    A mieliście dobre żniwo — ?



KLIMINA

    Dzięka Bogu, tak ta bywo.



RADCZYNI

    Jak złe żniwo, to was boli,
    żeście się napracowali — ?



KLIMINA

    Zawszeć sie co przecie zgarnie.



RADCZYNI

    Dobrze sobie wyglądacie.



KLIMINA

    I pani ta tyz nie marnie.



RADCZYNI

    Jeszcze się widzicie młoda.



KLIMINA

    Jak po Marcinie jagoda.



RADCZYNI

    Może jeszcze się wydacie — ?



KLIMINA

    A cóz sie ta tak pytacie?!






SCENA 8


Ksiądz, Panna Młoda, Pan Młody


PAN MŁODY

    Ksiądz dobrodziej łaskaw bardzo.
    Proszę nas nie zapominać.



KSIĄDZ

    Są i tacy, co mną gardzą,
    żem jest ze wsi, bom jest z chłopa.
    Patrzą koso — zbędą prędko,
    a tu mi na sercu lentko.
    Sami swoi, polska szopa,
    i ja z chłopa, i wy z chłopa.



PAN MŁODY

    Ksiądz dobrodziej już niebawem
    będzie nosić pelerynkę — ?



KSIĄDZ

    Może i należy mi się;
    lecz pewnego nic nie wi się.
    Inni także robią ślinkę!
    Może sprawię pelerynkę —



PAN MŁODY

    Może z konsystorza przecie
    popatrzą okiem łaskawem;
    życzę bardzo.



PANNA MŁODA

    Choć co dadzą;
    ino te ciarachy tworde,
    trza by stoć i walić w mordę.



PAN MŁODY

    Moja duszko, tu sie mówi
    o kościelnej dostojności,
    którą mają przyznać Jegomości.



PANNA MŁODA

    Jo myślała, że co inne.



KSIĄDZ

    Naiwne to i niewinne.






SCENA 9


Pan Młody, Panna Młoda


PANNA MŁODA

    Cięgiem ino rad byś godać,
    jakie to kochanie będzie.



PAN MŁODY

    A ty wolisz całowanie —
    będziesz kochać, a powiédzże — ?



PANNA MŁODA

    Przeciem ci już wygodała.
    Przecież ci mnie nikt nie wydrze.



PAN MŁODY

    Serce do kochania radsze.
    Toś już moja! Radość, szczęście!
    Nie myślałem, że tak wiele.



PANNA MŁODA

    Ano chciałeś, masz wesele.



PAN MŁODY

    Ach, nie patrzę, jak całuję;
    nie całuję, kiedy patrzę,
    a lica masz coraz gładsze.



PANNA MŁODA

    A krew sie tak zesumuje.



PAN MŁODY

    Pocałujże, jeszcze, jeszcze,
    niechże tobą się napieszczę:
    usta, oczy, czoło, wieniec...



PANNA MŁODA

    Takiś ta nienasyceniec.



PAN MŁODY

    Nigdy syty, nigdy zadość;
    taka to już dla mnie radość;
    całowałbym cię bez końca.



PANNA MŁODA

    A to męcąco robota;
    nie dziwota, nie dziwota,
    żeś tak zbladnoł, taki wrzący.



PAN MŁODY

    Nie chwalący, nie chwalący,
    spokoju mi nie dawały.



PANNA MŁODA

    A bo chciałeś.



PAN MŁODY

    Same chciały.



PANNA MŁODA

    Cóz ta za śkaradne śtuki?



PAN MŁODY

    Myśmy takie samouki;
    kochałem się po różnemu,
    a ciebie chcę po swojemu,
    po naszemu.



PANNA MŁODA

    A no z duszy;
    jak ci dobrze, niech ta będzie.



PAN MŁODY

    Teraz ci mnie nic nie zwiedzie.
    Takem pragnął, zboża, słońca...



PANNA MŁODA

    Mos wesele! — Pódź do tońca!






SCENA 10


Poeta, Maryna


POETA

    Żeby mi tak rzekła która,
    sercem już dysponująca,
    tak po prostu: „no, chcę ciebie”,
    jak jaka wiejska dziewczyna...



MARYNA

    To niby ja ta dziewczyna,
    ja oświadczyć się mająca?
    Skądże taka pewna mina?



POETA

    Wcale insze miałem plany
    jeźlim plany miał w ogóle —
    chciałem coś powiedzieć czule,
    chciałem zapukać w serduszko,
    coś usłyszeć, coś podsłuchać:
    jak się to tam musi ruchać,
    jak się to tam musi palić — ?!



MARYNA

    Muszę panu się pożalić,
    w serduszku nie napalone;
    jak kto weźmie mnie za żonę.
    będzie sobie ciepło chwalić;
    muszę panu się pożalić:
    choć zimno, można się sparzyć.



POETA

    Amor mógłby gospodarzyć.



MARYNA

    Amor ślepy, może zdradzić.



POETA

    Amor: duch skrzydlaty, gończy.



MARYNA

    Pretensji do skrzydeł wiele.



POETA

    Więc się na pretensjach kończy.



MARYNA

    A nie kończy się w kościele.



POETA

    Byłby to już Amor w klatce.



MARYNA

    Lis w pułapce.



POETA

    Motyl w siatce.



MARYNA

    Paź królowejna usługach.



POETA

    Ślub po zapłaconych długach.
    Miłość nęci rozmaita.



MARYNA

    A, to z nami kwita.



POETA

    Kwita —
    nie myślałem, że coś świta,
    pani prawie obrażona — ?



MARYNA

    Czegóż to pan jeszcze szuka?



POETA

    Że nie poszła w las nauka.



MARYNA

    Któż się uczył?



POETA

    Tak wzajemnie
    Ja od pani, pani ze mnie.



MARYNA

    A na cóż mnie tej nauki?



POETA

    Na nic.



MARYNA

    Więc?



POETA

    Sztuka dla sztuki.



MARYNA

    Zawrót głowy, wielka chwała;
    niech pan sztuki płata różne,
    bylebym ja spokój miała.



POETA

    Rozmowa z panienką młodą,
    jak ją zwykle młodzi wiodą
    w takim stylu skrzydełkowym;
    rozmowa z panną upartą:
    o miłości, o Amorze,
    o kochaniu, co w tym, owym
    z nagła się przejawić może; —
    szepty z panną czarującą,
    przez pół serio, przez pół drwiąco —
    zawsze jeszcze studium warto.



MARYNA

    Przez pół drwiąco, przez pół serio
    bawi się pan galanterią.



POETA

    Ale gdzie ta, ale gdzie ta.



MARYNA

    Pan poeta, pan poeta.
    Coś, jak liryzm, struna brzękła:
    ja o pana się przelękła,
    że ta strzała niespodziana
    może trafić, ale pana.



POETA

    Bawię panią galanterią
    przez pół drwiąco, przez pół serio;
    stąd się styl osobny stwarza:
    nikt nikogo nie dosięga,
    nikt nikogo nie obraża —
    na łokcie różowa wstęga —
    nie prowadzi do ołtarza. —
    Tajemnicą jest kobieta.



MARYNA

    Słucham, co to za wymowa!



POETA

    Słowa, słowa, słowa, słowa.



MARYNA

    Ale gdzie ta, ale gdzie ta!



POETA

    Jakaż znów refleksja nowa?



MARYNA

    Pan poeta, pan poeta.






SCENA 11


Ksiądz, Pan Młody, Panna Młoda


KSIĄDZ

    Zwracam się do panny młodej,
    pijąc do pana młodego...



PANNA MŁODA

    Cóz takiego, cóz takiego?



KSIĄDZ

    Może, hm, po pewnym czasie,
    bo to człowiek jest człowiekiem,
    ot, przykładem tylu ludzi —
    bo to człowiek jest człowiekiem,
    usiada się tylko z wiekiem...



PANNA MŁODA

    Niby jak to kwaśne mliko.



KSIĄDZ

    Wyście młodzi, wyście młodzi,
    choć się dzisiaj wszystko godzi,
    przyjdzie czas, co was ochłodzi.



PAN MŁODY

    Dzięki, niech się ksiądz nie trudzi,
    niech nie trudzi się dobrodziej,
    wdał się Pan Bóg już w tę sprawę
    i ten wszystko załagodzi;
    byliśmy rano w kościele,
    braliśmy ślub u ołtarza.



KSIĄDZ

    No, ale to tak się zdarza;
    ogromnie przypadków wiele,
    i przypomnieć pożytecznie.



PAN MŁODY

    Podziękujże za obawę.



PANNA MŁODA

    Zdarłabym jej łeb, jak krosna!



PAN MŁODY

    A kocha, bo jest zazdrosna.



KSIĄDZ

    Ach, kolorowa bajecznie!






SCENA 12


Pan Młody, Panna Młoda


PAN MŁODY

    Kochasz ty mnie?



PANNA MŁODA

    Moze, moze —
    cięgiem ino godos o tem.



PAN MŁODY

    Bo mi serce wali młotem,
    bo mi w głowie huczy, szumi...
    moja Jaguś, toś ty moja?!



PANNA MŁODA

    Twoja, jak trza, juści twoja;
    bo cóż cie ta znów tak dumi?
    Cięgiem ino godos o tem.



PAN MŁODY

    A ty z twoim sercem złotem
    nie zgadniesz, dziewczyno-żono,
    jak mi serce wali młotem,
    jak cię widzę z tą koroną,
    z tą koroną świecidełek,
    w tym rozmaitym gorsecie,
    jak lalkę dobytą z pudełek
    w Sukiennicach, w gabilotce:
    zapaseczka, gors, spódnica,
    warkocze we wstążek splotce;
    że to moje, że to własne,
    że tak światłem gorą lica!



PANNA MŁODA

    Buciki mom trochę ciasne.



PAN MŁODY

    A to zezuj, moja złota.



PANNA MŁODA

    Ze sewcem tako robota.



PAN MŁODY

    Tańcuj boso.



PANNA MŁODA

    Panna młodo?!
    Cóz ta znowu?! To ni mozno.



PAN MŁODY

    Co się męczyć? W jakim celu?



PANNA MŁODA

    Trza być w butach na weselu.






SCENA 13


Ksiądz, Pan Młody


PAN MŁODY

    Któż komu czego zabroni?



KSIĄDZ

    Zależy, za czym kto goni.



PAN MŁODY

    Tak cudzego pilnujecie — ?



KSIĄDZ

    Nie każdy ma jedno na świecie,
    a każdy ma swoje osobne,
    co go trzyma — a te drobne
    rzeczki, małe, niepozorne
    składają się na jedną wielką rzecz.



PAN MŁODY

    Ksiądz sobie, jako chcesz, przecz. —
    Szczęście każdy ma przed nosem,
    a jak ma, to trzeba brać —
    trzeba iść za serdecznym głosem
    i nie pozwolić się kpać.



KSIĄDZ

    No, mój panie,
    nie każdemu jednakie wołanie.
    A jak kto ręką sięgnie po co, a nie dostanie?






SCENA 14


Radczyni, Maryna


RADCZYNI

    A panny już bez pamięci,
    widzę, hulają.



MARYNA

    Do smaku.
    Jak mnie Czepiec chwycił wpół,
    jak zawinął i obleciał w kółko,
    tom w oczach zobaczyła gwiazdy,
    jakby jakieś napowietrzne jazdy,
    kręcące się zawrotem kół.



RADCZYNI

    Pot oblewa całe czółko;
    możesz się zaziębić wnet.



MARYNA

    A tak — teraz to sobie myślę:
    co insze złoto, a co insze miedź.



RADCZYNI

    Nie pleć, spocznij, cicho siedź.



MARYNA

    A myśl moja het, het, het...






SCENA 15


Maryna, Poeta


POETA

    Elektryczność z oczu bije.



MARYNA

    Zgrzałam się przy tańcowaniu.



POETA

    Pani marzy o kochaniu —
    co tam pani serce czyje.



MARYNA

    Może pańskie serce zatem — —?



POETA

    Umie pani strzelać batem — —?



MARYNA

    Jak to, co to — tak przez kogo?



POETA

    Tak w powietrze, a szeroko.



MARYNA

    Co tam panu serce czyje; —
    a umie pan kopnąć nogą — —?



POETA

    Tak przez kogo — ?



MARYNA

    Nie tak srogo —
    tak w powietrze, a wysoko.



POETA

    Na co, po co?



MARYNA

    Dla niczego.



POETA

    To nic złego.



MARYNA

    I nic z tego.



POETA

    To zagadka?



MARYNA

    Sfinks.



POETA

    Meduza.



MARYNA

    Może z tego pan odgadnie
    nowoczesny styl harbuza;
    tak jak ja odgadłam snadnie:
    próżność na wysokiej skale,
    w swojej własnej śpiącą chwale.



POETA

    Zeus i Pan Bóg mieszka w niebie,
    przedsię obaj są u siebie.
    Psyche to najczulej pieści. —
    O tym, gdzie kto śpi wysoko,
    pani wie coś z głuchych wieści;
    nie dosięgło jeszcze oko.



MARYNA

    Rozumiem coś z wielką biedą;
    nie dosięgło jeszcze oko,
    nie zawlokłam się na turnie;
    tak tam dumnie, szumnie, chmurnie.
    Bałamuctwa w wielkim stylu,
    które już przeżyło tylu,
    różni więksi, mniejsi, niscy;
    wszystko bardzo wyjątkowe,
    bardzo dziwne, bardzo nowe,
    tylko że tak robią wszyscy.



POETA

    Słucham, co to za wymowa — ?



MARYNA

    Słowa, słowa, słowa, słowa.



POETA

    To uczucia tak się garną;
    szkoda, żeby szły na marno.



MARYNA

    Ale gdzie ta, ale gdzie ta.
    Pan myśli, że ja zajęta?



POETA

    Widzę, że pani pamięta,
    jaka komu etykieta
    przylepiona i przypięta.



MARYNA

    Szkoda, żeby szły na marno
    te uczucia, co się garną:
    Pan poeta, pan poeta.



POETA

    Otóż to, to etykieta.






SCENA 16


Zosia, Haneczka


ZOSIA

    Chciałabym kochać, ale bardzo,
    ale tak bardzo, bardzo, mocno.



HANECZKA

    To ta muzyka gra tak skoczno
    i pewno serce tobie skacze.
    Jeszcze się dosyć, dość napłacze,
    nim go kochanie ułagodzi.
    Pociesz się, serce, pociesz, miła,
    jeszcze niejedna łza, mogiła,
    od tej miłości ciebie grodzi.



ZOSIA

    Że to tak losy szczęściem gardzą,
    że tak nie sypią szczęściem w oczy,
    tylko tak zaraz błyski gasną,
    ledwo się w oczach świt roztoczy?



HANECZKA

    Musisz przejść wprzódy cierpień koło;
    przejść musisz wprzódy nędzę, bole,
    a potem kiedyś będzie wesoło,
    jak ci ból serce dość nakole.



ZOSIA

    Ja, gdybym była losów panią,
    na przykład taką, wiesz: Fortuną.
    tobym odarła złote runo,
    żeby dać wszystko ludziom tanio;
    żeby się tak nie umęczali,
    w takiem gonieniu ciężkiem, długiem:
    każden, jak więzień, za swym pługiem;
    żeby się syto nakochali,
    żeby się wszystko im kręciło:
    jakby się złote nitki wiło.



HANECZKA

    A tu są takie Parki stare,
    co nożycami tną przędziwo...



ZOSIA

    A chyba to za jaką karę
    Miłość jest taką nieszczęśliwą.
    Za czyjąż winę, czyjąż karę
    rwać chcą przędziwo Parki stare...?
    Ach, tak bym chciała kochać bardzo!



HANECZKA

    Musisz się wprzódy dość naszlochać,
    napłakać, zbeczeć, razy wiele,
    aże postawią cię w kościele,
    a potem sobie możesz kochać.



ZOSIA

    Ach, tym uczucia moje gardzą —
    nie to, nie jeszcze miałam w myśli:
    chciałabym, żeby się kto zjawił,
    kto by mi nagle się spodobał,
    żebym się jemu też udała
    i byśmy równo na to przyśli.
    Widzisz, takiego bym kochała,
    i to tak bardzo, bardzo, bardzo.



HANECZKA

    Ach, tym uczucia moje gardzą;
    przecie trza wprzódy wypróbować,
    trza coś przecierpieć, coś przeboleć,
    żeby móc miłość uszanować.



ZOSIA

    Już ja tam swoje będę woleć.






SCENA 17


Pan Młody, Żyd


PAN MŁODY

    Przyszedł Mosiek na wesele...



ŻYD

    Nu, ja tu przyszedł nieśmiele.



PAN MŁODY

    No, jesteśmy przyjaciele.



ŻYD

    No, tylko że my jesteśmy
    tacy przyjaciele, co się nie lubią.



PAN MŁODY

    A tak, jak są tacy, co skubią,
    to i są tacy, co się boczą.



ŻYD

    Niech się boczą, a jak oni potrzebują,
    to ich u mnie jest bardzo wiele.



PAN MŁODY

    W zastawie.



ŻYD

    No, to tak, jak w kieszeni; —
    pan dzisiaj w kolorach się mieni;
    pan to przecie jutro zruci — ?



PAN MŁODY

    Narodowy chłopski strój.



ŻYD

    No, pan się narodowo bałamuci,
    panu wolno — a to ładny krój —
    to już było.



PAN MŁODY

    No, to jeszcze wróci.



ŻYD

    Jak będzie każdy patrzeć przed nos swój,
    może co z tego będzie na inkszy raz.



PAN MŁODY

    Oto właśnie teraz taki czas.



ŻYD

    No, ja to gram na skrzypce, a pan na bas.



PAN MŁODY

    Przyszedł Mosiek na wesele, to mu basuję.



ŻYD

    No, już ja wiem od mojej córki,
    że pan młody muzykę czuje.



PAN MŁODY

    Pragnąłem widzieć pannę Rachelę.



ŻYD

    Ona przyjdzie sama tu;
    mówiła, że zamiast snu
    woli widok panów i wesele —
    wykształcona.



PAN MŁODY

    Nawet wierzę.



ŻYD

    Mówi, że ją muzyka bierze,
    za mąż jej nie biorą jeszcze;
    może ją przy poczcie umieszczę;
    moja córka, to kobita,
    a jest panna modern, całkiem
    jak gwiazda.



PAN MŁODY

    Więc satelita?



ŻYD

    Jakie tylko książki są, to czyta,
    a i ciasto gniecie wałkiem,
    była w Wiedniu na operze,
    w domu sama sobie pierze —
    no, zna cały Przybyszewski,
    a włosy nosi w półkole,
    jak włoscy w obrazach anieli
    ala...



PAN MŁODY

    A la Botticelli.



ŻYD

    Żeby pan był przecie kiedy
    chciał z nią gadać — ?



PAN MŁODY

    Chciałem, chciałem.
    Raz byłem, to nie zastałem.



ŻYD

    Ona lubi te poety;
    ona nawet chłopy lubi;
    ona chłopom kredyt daje,
    to mi się aż serce kraje,
    bo to rzecz drażniąca wielce
    i nieraz jestem w rozterce:
    tu interes — a tu serce. —
    Po co się pan z chłopką żeni?
    Są panny inteligentne.



PAN MŁODY

    One mnie się wydają przeciętne.
    Kocham te z Botticellego,
    lecz nie chcę zapychać niemi
    każdej piędzi naszej ziemi.






SCENA 18


Pan Młody, Żyd, Rachel


RACHEL

    Ach, bon soir.



ŻYD

    Moja córka.



RACHEL

    Jedna mnie tu zwiodła chmurka,
    jedna mgła, opary nocy;
    ta chałupa rozświecona,
    z daleka, jak arka w powodzi,
    błoto naokoło, potopy,
    hukają pijane chłopy;
    ta chałupa rozświecona,
    grająca muzyką w noc ciemną,
    wydała mi się arcyprzyjemną,
    jako arka, na kształt czarów łodzi,
    i przyszłam — — tate pozwoli...?



ŻYD

    No, niech sobie Rachel poswywoli.
    No, pan się mną Żydem brzydzi,
    a ją to pan musi uszanować;
    ona się ojca nie wstydzi.



PAN MŁODY

    Przyszła pani z nami potańcować;
    jeśli pani szuka parki,
    przygarniemy ją w noc ciemną.
    Tam są tańce — tam są grajki,
    a tu zastaw gospodarski.






SCENA 19


Pan Młody, Rachel


RACHEL

    Ensemble jak z feerii, z bajki,
    ach, ta chata rozśpiewana,
    jakby w niej słowiki dźwięczą,
    i te stroje ukąpane tęczą.



PAN MŁODY

    Ma pani słuszność, ćmy brzęczą
    najwięcej wokoło świec:
    gdzie błyska, muszą się zbiec.



RACHEL

    Zlatują się w dobrej wierze,
    na oślep, serdecznie, szczerze;
    nie domyślają się wcale,
    że ich tam czeka ogarek,
    co im będzie skrzydła piec.



PAN MŁODY

    Na skrzydłach pani tu przyszła — ?



RACHEL

    Na skrzydłach myśl moja zwisła;
    szłam, przez błoto po kolana,
    od karczmy aż tu do dworu; —
    ach, ta chata rozśpiewana,
    ta roztańczona gromada,
    zobaczy pan, proszę pana,
    że się do poezji nada,
    jak pan trochę zmieni, doda.



PAN MŁODY

    Tak to czuję, tak to słyszę:
    i ten spokój, i tę ciszę,
    sady, strzechy, łąki, gaje,
    orki, żniwa, słoty, maje.
    Żyłem dotąd w takiej cieśni,
    pośród murów szarej pleśni:
    wszystko było szare, stare,
    a tu naraz wszystko młode,
    znalazłem żywą urodę,
    więc wdecham to życie młode;
    teraz patrzę się i patrzę
    w ten lud krasy, kolorowy,
    taki rześki, taki zdrowy —
    choćby szorstki, choć surowy.
    Wszystko dawne coraz bladsze,
    ja to czuję, ja to słyszę,
    kiedyś wszystko to napiszę;
    teraz tak w powietrzu wiszę
    w tej urodzie, w tym weselu;
    lecę, jak mnie konie niosą —
    od miesiąca chodzę boso,
    od razu się czuję zdrowo,
    chadzam boso, z gołą głową;
    pod spód więcej nic nie wdziewam
    od razu się lepiej miewam.






SCENA 20


Pan Młody, Rachel, Poeta


POETA

    Panna młoda jakieś słówko
    ma do ciebie.



PAN MŁODY

    Rzucam damę,
    muszę służyć mojej pani.



RACHEL

    Może słóweczko z wymówką,
    bo coś na mnie kiwa główką.



POETA

    Takie tam drobnostki same.






SCENA 21


Rachel, Poeta


RACHEL

    A pan mi zostawia siebie.



POETA

    Pani mnie interesuje.



RACHEL

    Ja się patrzę i miarkuję.



POETA

    Tak od pierwszego spojrzenia?



RACHEL

    Ach, myśli pan, tak z niechcenia?



POETA

    Trzask gromu.



RACHEL

    Spudłować można.



POETA

    Otóż, panienko wielmożna:
    miłość, Amor, strzała złota.



RACHEL

    Amor, Amor, bóg, bożyszcze,
    rzuca się na pastwę oślep
    i woła:
    i zapalę, i zniszczę.



POETA

    Bellerofon leci oklep.
    Pani poezją przesiąkła;
    ledwo słówek parę brząkła
    Muza pani — a już błyski — ?



RACHEL

    Pan sądzi, że koniec bliski;
    że mnie porwie Amor-bożek?



POETA

    Oto od stóp głowy do nożek:
    Galatea!



RACHEL

    Co, ja nimfa?
    To samo mi właśnie powtarza
    pewien koncypient jurysta.



POETA

    Więc go pani zaniedbuje,
    że to człowiek pracy — ?



RACHEL

    Limfa:
    to jest taki, jak się zdarza
    zbyt często, co tylko powtarza,
    co kto drugi gdzie umieści
    w poezji albo w powieści;
    nie indywidualista.



POETA

    Pani żąda z pierwszej ręki — ?



RACHEL

    Jak od kwiatów, od jabłoni,
    od chmur, słońca, żabek, gadu,
    jak od kwitnącego sadu; —
    cała ta poezja, co goni
    w powietrzu, którą wichr miata,
    która co dnia świeża wzlata,
    z wszystkiego fosforyzuje — —
    pan to pisze, ja to czuję,
    więc...



POETA

    I czegóż pani życzy?



RACHEL

    Miodu, rozkoszy, słodyczy
    miłości, roznamiętnienia
    i szczęścia.



POETA

    A miłość wolna?...



RACHEL

    Ach, marzyłam o tym zawsze!



POETA

    A gdyby tak szczęście łaskawsze
    pożaliło się jej biedy?



RACHEL

    Przestałabym marzyć wtedy.






SCENA 22


Radczyni, Pan Młody


PAN MŁODY

    Jak się żenić, to się żenić!



RADCZYNI

    Komu dzwonią lat południe,
    niech się spieszy użyć wczasu.



PAN MŁODY

    Tak się pić chce przy źródełku;
    ożenić się w tym pragnieniu,
    to tak jakby w uniesieniu...



RADCZYNI

    W równe nogi wskoczyć w studnię.



PAN MŁODY

    Nie utonę, nie utonę!



RADCZYNI

    Topi się, kto bierze żonę.



PAN MŁODY

    Niech się stopi, niech się spali,
    byle ładnie grajcy grali,
    byle grali na wesele.
    Jak się tak muzyka miele,
    jak na żarnach, hula, dzwończy,
    niech se huka, stuka, puka,
    pląsa, bije, przybasuje,
    piska skrzypiec struną cienką,
    tak podskocznie, tak mileńko;
    niech się miele jak młyn wodny
    w noc miesięczną, w czas pogodny;
    szumiejąca, niech się snuje,
    a niech w dźwiękach się nie kończy,
    choćby usnąć w tańcowaniu
    przy mieleniu, przy hukaniu,
    w zapomnieniu, w kołysaniu;
    światy czarów — czar za światem! —
    jestem wtedy wszystkim bratem
    i wszystko jest moim swatem
    w tym weselu, w tej radości:
    Bóg mi gości pozazdrości.
    Granie miłe, spanie miłe,
    życie było zbyt zawiłe,
    miło snami uciec z życia,
    sen, muzyka, granie, bajka —
    zakupiłbym sobie grajka —
    spać, bo życie zbyt zawiłe,
    trza by mieć ogromną siłę,
    siłę jakąś tytaniczną,
    żeby być czymś na tej wadze,
    gdzie się wszystko niańczy w bladze —
    to już tak po uszy sięga,
    Los: fatyga, czas: mitręga.
    Spać, muzyka, granie, bajka,
    zakupiłbym sobie grajka,
    to mi się do duszy nada...



RADCZYNI

    Ach, pan gada, gada, gada.






SCENA 23


Pan Młody, Poeta


PAN MŁODY

    Jakże ci tu na weselu?



POETA

    Zdaje mi się, żem pan młody.



PAN MŁODY

    A mnie się widzi, że patrzę
    na piękno i szczęście cudze,
    że nie moje to, co moje.



POETA

    To są takie niepokoje —
    a co mnie tam szczęście moje
    czy nie moje, a bierz licho!



PAN MŁODY

    Tylko cicho, tylko cicho,
    bo jak najdziesz twoje,
    to tak jakbyś nalazł nutę.



POETA

    Wiersze?



PAN MŁODY

    Wrażenia, wrażenia najszczersze,
    śpiewnik serdeczny, kantyczki,
    całość w książce, komplet serca,
    i te wszystkie spotkania najpierwsze,
    i te wszystkie rozmowy u pola,
    i w ogródku, i we dworze,
    w sieni, na przysionku, w komorze,
    aż do ślubu, aże do kobierca:
    komplet serca.



POETA

    To ciekawe,
    że, co my rozumiemy przez prozę,
    przetapia się na dźwięk, rymy
    i że potem z tego idą dymy
    po całej literaturze.



PAN MŁODY

    Zupełnie tak, jak w naturze:
    kwiat w swoim zapachu się lotni
    i przychodzą różni markotni
    te same wąchać róże.



POETA

    A gdyby tak ustroić się w róże
    i wejść na ogromny stos
    drzewa,
    i pokazać: jak śpiewa
    człowiek, co w różach na czole
    umiera — — ?



PAN MŁODY

    Trzeba by lutni Homera!



POETA

    A Los, a Atmosfera,
    a ogień, a płomieni góra,
    a czarna obłoków chmura,
    co by się ze stosu wzbiła?!!



PAN MŁODY

    Śmierć!?



POETA

    A to byłaby Siła!






SCENA 24


Poeta, Gospodarz


POETA

    Taki mi się snuje dramat
    groźny, szumny, posuwisty
    jak polonez; gdzieś z kazamat
    jęk i zgrzyt, i wichrów świsty. —
    Marzę przy tym wichrów graniu
    o jakimś wielkim kochaniu.
    Bohater w zbrojej, skalisty,
    ktoś, jakoby złom granitu,
    rycerz z czoła, ktoś ze szczytu
    w grze uczucia, chłop „qui amat”,
    przy tym historia wesoła,
    a ogromnie przez to smutna.



GOSPODARZ

    To tak w każdym z nas coś woła:
    jakaś historia wesoła,
    a ogromnie przez to smutna.



POETA

    A wszystko bajka wierutna.
    Wyraźnie się w oczy wciska,
    zbroją świeci, zbroją łyska
    postać dawna, coraz bliska,
    dawny rycerz w pełnej zbroi,
    co niczego się nie lęka,
    chyba widma zbrodni swojej,
    a serce mu z bólów pęka,
    a on, z takim sercem w zbroi,
    zaklęty, u źródła stoi
    i do mętów studni patrzy,
    i przegląda się we studni.
    A gdy wody czerpnie ręką,
    to mu woda się zabrudni.
    A pragnienie zdroju męką,
    więc mętów czerpa ze studni;
    u źródła, jakby zaklęty:
    taki jakiś polski święty.



GOSPODARZ

    Dramatyczne, bardzo pięknie —
    u nas wszystko dramatyczne,
    w wielkiej skali, niebotyczne —
    a jak taki heros jęknie,
    to po całej Polsce jęczy,
    to po wszystkich borach szumi,
    to po wszystkich górach brzęczy,
    ale kto tam to zrozumi.



POETA

    Dramatyczny, rycerz błędny,
    ale pan, pan pierwszorzędny:
    w zamczysku sam, osmętniały,
    a zamek opustoszały,
    i ten lud nasz, taki prosty,
    u stóp zamku, u stóp dworu,
    i ten pan, pełen poloru,
    i ten lud prosty, rubaszny,
    i ten hart rycerski, śmiały,
    i gniew boski gromki, straszny.



GOSPODARZ

    Tak się w każdym z nas coś burzy,
    na taką się burzę zbiera,
    tak w nas ciska piorunami,
    dziwnymi wre postaciami:
    dawnym strojem, dawnym krojem,
    a ze sercem zawsze swojem;
    to dawność tak z nami walczy.
    Coraz pamięć się zaciera — — —
    tak się w każdym z nas coś zbiera.



POETA

    Duch się w każdym poniewiera,
    że czasami dech zapiera;
    tak by gdzieś het gnało, gnało,
    tak by się nam serce śmiało
    do ogromnych, wielkich rzeczy,
    a tu pospolitość skrzeczy,
    a tu pospolitość tłoczy,
    włazi w usta, uszy, oczy;
    duch się w każdym poniewiera
    i chciałby się wydrzeć, skoczyć,
    ręce po pas w krwi ubroczyć,
    ramię rozpostrzeć szeroko,
    wielkie skrzydła porozwijać,
    lecieć, a nie dać się mijać;
    a tu pospolitość niska
    włazi w usta, ucho, oko; — —
    daleko, co było z bliska —
    serce zaryte głęboko,
    gdzieś pod czwartą głębną skibą,
    że swego serca nie dostać.



GOSPODARZ

    Tak się orze, tak się zwala
    rok w rok, w każdym pokoleniu;
    raz wraz dusza się odsłania,
    raz wraz wielkość się wyłania
    i raz wraz grąży się w cieniu.
    Raz wraz wstaje wielka postać,
    że ino jej skrzydeł dostać,
    rok w rok w każdym pokoleniu
    i raz wraz przepada, gaśnie,
    jakby czas jej przepaść właśnie. —
    Każden ogień swój zapala,
    każden swoją świętość święci...



POETA

    My jesteśmy jak przeklęci,
    że nas mara, dziwo nęci,
    wytwór tęsknej wyobraźni
    serce bierze, zmysły drażni;
    że nam oczy zaszły mgłami;
    pieścimy się jeno snami,
    a to, co tu nas otacza,
    zdolność nasza przeinacza:
    w oczach naszych chłop urasta
    do potęgi króla Piasta!



GOSPODARZ

    A bo chłop i ma coś z Piasta,
    coś z tych królów Piastów — wiele!
    — Już lat dziesięć pośród siedzę,
    sąsiadujemy o miedzę.
    Kiedy sieje, orze, miele,
    taka godność, takie wzięcie;
    co czyni, to czyni święcie;
    godność, rozwaga, pojęcie.
    A jak modli się w kościele,
    taka godność, to przejęcie;
    bardzo wiele, wiele z Piasta;
    chłop potęgą jest i basta.






SCENA 25


Poeta, Gospodarz, Czepiec, Ojciec


CZEPIEC

    Szczęść wam Boże!



OJCIEC

    Pochwalony.



GOSPODARZ

    Pochwalony, ojcze, kumie —
    tyle gości od Krakowa!



OJCIEC

    A bo lo nich to rzecz nowa,
    co jest lo nos rzeczą starą,
    inszom sie ta rzondzom wiarą,
    przypatrujom sie jak czarom.



GOSPODARZ

    A to dla nich nowe rzeczy,
    to ich z ospałości leczy.



CZEPIEC

    Pan brat — z miasta — do nas znowu.
    Jak się panu na wsi widzi?



POETA

    Jak u siebie za pazuchą.



CZEPIEC

    Tu ta ładniej, tam to brzydzij;
    z miastowymi to dziś krucho;
    ino na wsi jesce dusa,
    co się z fantazyją rusa.



GOSPODARZ

    Gdyby wam tak...



CZEPIEC

    Nie powtórzyć; —
    jakby kiedy co do czego,
    myśmy — wi sie, nie od tego; —
    ino kto by nos chcioł użyć —
    kosy wissom nad boiskiem.



OJCIEC

    Toście zawdy mocny pyskiem.



CZEPIEC

    Ino sie napatrzcie pięści,
    niech no ino kaj-gdzie świsnę,
    to słychać, jak w ziobrach chrzęści.



GOSPODARZ

    Jak z tym Żydem...!



CZEPIEC

    Tego Zyda,
    było, jak go huknę w pysk —
    juzem myśloł, że sie stocył,
    on sie tylko krwiom zamrocył,
    a nie upod, bo był ścisk.
    A to było przy wyborze,
    w sali w tym sokolskim dworze,
    po co sie bestyjo darła,
    a to tak z całygo garła; —
    było, jak go huknę w pysk,
    myślołem juz, że sie stocył,
    on sie ino krwiom zamrocył,
    a nie upod, bo był ścisk.



GOSPODARZ

    Toście Ptaka wybierali?



CZEPIEC

    A kiedy ptak, niechta leci.



POETA

    Macie ta skrzydlate ptaki?



CZEPIEC

    Ptok ptakowi nie jednaki,
    człek człekowi nie dorówna,
    dusa dusy zajrzy w oczy,
    nie polezie orzeł w gówna —
    pon jest taki, a ja taki;
    jakby przyszło co do czego,
    wisz pon, to my tu gotowi,
    my som swoi, my som zdrowi.



POETA

    Pokłońcie się byle komu,
    poszukajcie króla Piasta.



CZEPIEC

    Pon mi razy dwa nie powi,
    bo jo orze grunt i basta.
    Znom, co kruk, a co pędraki,
    bo jo orze grunt i basta.



GOSPODARZ

    Brat mój wiele podróżuje...



CZEPIEC

    Szkoda, że pon nie lubuje,
    u nas wschodzi pikne żyto,
    pon pszenice odlazuje;
    pojonby sie pon z kobitą,
    swoja rola, swoja wola,
    swoje trocha, dobre i to.



POETA

    Mnie to tak coś gna po świecie.



CZEPIEC

    Kaj ta znów...



OJCIEC

    Nie rozumiecie;
    panu trza powietrza dużo.



POETA

    Jestem sobie pan, żurawiec;
    zlatam, jak się ma na lato;
    buduję se gniazdo z róż,
    ciułam słomę z waszych strzech,
    przysiadam na kalenice,
    rozpatruję okolice:
    daleko czy blisko burz? —
    Rośnie wtedy wszystko u mnie,
    jak na próchnie, jak na trumnie;
    pełno wszelakiego ziela,
    które słońca żar aż spopiela —
    przy tym ta ogromna skala:
    jak w cmentarzu Ruisdala.
    A jak mnie kto w serce rani,
    ostrz się tępy w biedrze złomi,
    tego ani leczyć, ani
    ustrzec się i zażyć hartu;
    człowiek się na ból łakomi,
    że ból swój, że to są swoi — — —
    ucieka wtedy za morze.
    Jak tak sercem co zatarga,
    to ostanie w sercu skarga;
    chce mieć wtedy szumne łoże
    fal, gdzie szuka snu w głębinie,
    snu w topieli, gnać w przestworze!
    Taki grot się ze mną włóczy;
    myślę, że ten ból jest siłą.



CZEPIEC

    Weź pan sobie żonę z prosta:
    duza scęścia, małe kosta.



GOSPODARZ

    Cie cie cie, panie starosta!
    Wy byście ino swatali!



CZEPIEC

    Jo chce, by sie ludzie brali,
    zeby sie jako garnęli,
    zeby sie tak w kupę wzięli,
    toby sie przecie nie dali.



GOSPODARZ

    A to sie wam chwali, chwali...



OJCIEC

    Czegóż wy tak prosto z mosta
    na panaście nastawali — ?
    Pon pedzieli, że żurawiec.



POETA

    Ptak powrotny.



CZEPIEC

    Pon latawiec!






SCENA 26


Ojciec, Dziad


DZIAD

    Patrzcie, kumie, patrzcie, kumie,
    jak sie wam to przydarzyło.



OJCIEC

    Pan Bóg daje, Pan Bóg bierze;
    ani mi sie o tym śniło.



DZIAD

    Piękne pany, szumne pany,
    i cóż wy na to mówicie,
    że to niby różne stany — ?



OJCIEC

    Co tam po kim szukać stanu.
    Ot, spodobała się panu.
    Jednakowo wszyscy ludzie.
    Ot, pany się nudzą sami,
    to się pięknie bawiom z nami.



DZIAD

    Bawiom, bawiom, moiściewy,
    a toć były dawniej gniewy!
    Nawet była krew, rzezańce
    i splamiła krew sukmany.



OJCIEC

    Byli ta tacy pohańce.
    Jo nic nie wiem, jestem czysty.
    To tam pewnie swoje robi
    Czart i ogień wiekuisty.
    Nie wódź nas na pokuszenie,
    Panie Jezusie najsłodszy...
    Wyście znali.



DZIAD

    Byłeś młodszy,
    a ja bywał blisko, bywał,
    widziałem, patrzały oczy,
    jak topniał śnieg i krew spłukiwał,
    a potem Widziadło kroczy.
    wielką czarną chustą wieje
    i Śmierć sieje...



OJCIEC

    Strasno podobno cholera...



DZIAD

    Tylo sta luda zabiera. —
    Padali, jak bąki rażone,
    byle ka, pod płot, na gnoju.



OJCIEC

    Wieczyste odpocznienie...



DZIAD

    Hań kreślicie krzyż daremno!
    Na czołach, jakby znaczone,
    plamy czarne i plamy czerwone.
    Dopust Boski — i rzeź dopust.
    Odbywało się w czas zapust.



OJCIEC

    Ot wy, dziadu, jakby kruk,
    włóczycie się przy weselu.



DZIAD

    Hej hej, stary przyjacielu,
    będzie pan twój wnuk.






SCENA 27


Dziad, Żyd


DZIAD

    Tu tańcują, tam hulają...



ŻYD

    W karczmie trza podmiatać izbę,
    kręcicie się tu po weselu.



DZIAD

    Lepiej się im tańczy w błocie,
    tu wcale nie zamiatają —
    akurat Żyd o nich dbo.



ŻYD

    Co godocie, co godocie,
    córka wam robotę do,
    nie kręćcie się tu, tam służba.



DZIAD

    Mosiek ta tyz tu nie drużba.



ŻYD

    Ja tom tu po interesie.



DZIAD

    Ciągnąć do swojego szynkwasu.



ŻYD

    Z weselem tyle hałasu,
    że wszystko się gniecie tu.



DZIAD

    On z miasta pan, ona chłopka,
    z miasta het poprzyjezdzali,
    z chłopami się przywitali
    jak się patrzy.



ŻYD

    Taka szopka,
    bo to nie kosztuje nic
    potańcować sobie raz:
    jeden Sas, a drugi w las.






SCENA 28


Żyd, Ksiądz


KSIĄDZ

    Ano, panie arendarzu,
    jutro!



ŻYD

    Termin, ja to wim.



KSIĄDZ

    A Mosiek jest akuratny,
    to dlatego trzymam z nim.



ŻYD

    Co do czego Żyd jest nieprzydatny,
    to do takich rzeczy z groszem
    zawsze się przyda.



KSIĄDZ

    Po chłopach jednaka bieda;
    nic nie sprzedam z pustym koszem.



ŻYD

    Bierę, płacę.



KSIĄDZ

    Daję, bierę.



ŻYD

    Moje, twoje.



KSIĄDZ

    Twoje, moje.
    Chłopską biedą nie obstoję.



ŻYD

    Patrz dobrodzij, co się dzieje,
    przy stołach się chłopy biją!
    Czepiec Maćka gruchnoł w łeb.



KSIĄDZ

    Maciek ta ma mocną głowe.



ŻYD

    Może mu i nic nie zrobił,
    może rozbił na połowe.



KSIĄDZ

    A niech się ta chłopy biją.
    To Mosiek w nich wódkę leje,
    Żyd, chłop, wódka, stare dzieje.



ŻYD

    A sprzedaję, bo mam sklep; —
    Czepiec jutro ma mnie płacić,
    to dziś wkoło bije w pysk.



KSIĄDZ

    Na chłopach się chcesz bogacić,
    drzesz podwójny zysk.



ŻYD

    Chce dobrodzij na nich stracić,
    karczmę oddam.



KSIĄDZ

    Jeszcze czas.



ŻYD

    Czas to pieniądz.



KSIĄDZ

    Dług rzecz święta:
    jutro termin.



ŻYD

    Żyd pamięta.



KSIĄDZ

    Pomów z Czepcem.



ŻYD

    Chamy piją.
    Kto by zadarł z tą bestyją?






SCENA 29


Żyd, Ksiądz, Czepiec


CZEPIEC

    O mnie mowa — jestem ci jo.



KSIĄDZ

    Panie Czepiec, znów coś było!



CZEPIEC

    Obmył sie juz, nic nie będzie,
    szyćko przeńdzie, wylicy-sie.



KSIĄDZ

    A wam to cosi patrzy-sie
    za te bitki, zwady, kłótnie.



CZEPIEC

    Zawzięty jestem okrutnie,
    po co mi sie pies sprzeciwio.



ŻYD

    Panie Czepiec, wyście winni,
    wyście zapłacić powinni
    za mój konicz.



CZEPIEC

    Ty psie ścirwo,
    konic twój? Łżesz! Z nas się żywią,
    ssają naszą krew — grosz łudzą,
    nasze szyćko świństwem brudzą.



KSIĄDZ

    Panie Czepiec, macie dług.



CZEPIEC

    Nawet konic nie był wart;
    te trzy kopki raił czart;
    nie dam nic.



KSIĄDZ
do Żyda


    Pozwijcie sądem.



CZEPIEC
do Księdza


    Ciewy, ciewy, z kiepskim rządem!
    Toć to z waszej łaski ino
    Mosiek w karczmie sie rozpiro.



KSIĄDZ

    A bo wy nie chcecie płacić.



CZEPIEC

    Bo drzecie skórę aż miło.



ŻYD

    Prawda jest, za duży czynsz!
    Spuści z czynszu ksiądz dobrodzij.



CZEPIEC
wskazując Żyda


    A, bo trzeba drzyć takiego.



KSIĄDZ

    Jaka taksa słuszna, muszę.



ŻYD
wskazując Czepca


    Nie dam księdzu, aż zapłaci
    swój dług.



KSIĄDZ
do Czepca


    Płaćcie dług!!



CZEPIEC

    Cy kaci?!
    To któż moich groszy złodzij,
    czy Żyd jucha, cy dobrodzij!?



KSIĄDZ

    Wódka —



ŻYD

    Weź, skąd chcesz!



CZEPIEC

    Psie dusze!!
    Niech jegomość sie nie gniewa,
    ale takim w gorącości,
    żebym, psiakrew, potłukł kości
    nawet rodzonemu bratu.






SCENA 30


Pan Młody, Gospodarz


PAN MŁODY

    Jak się kłócą, jak się łają!



GOSPODARZ

    Ha! temperamenta grają!
    Temperament gra, zwycięża:
    tylko im przystawić oręża,
    zapalni jak sucha słoma;
    tylko im zabłysnąć nożem,
    a zapomną o imieniu Bożem —
    taki rok czterdziesty szósty —
    przecież to chłop polski także.



PAN MŁODY

    A jakże to okropne, jakże...



GOSPODARZ

    Do dziś chwalą sobie te zapusty.



PAN MŁODY

    Znam to tylko z opowiadań,
    ale strzegę się tych badań,
    bo mi trują myśl o polskiej wsi:
    to byli jacyś psi,
    co wody oddechem zatruli,
    a krew im przyrosła do koszuli.
    Patrzę się na chłopów dziś...



GOSPODARZ

    To, co było, może przyjś —



PAN MŁODY

    Myśmy wszystko zapomnieli;
    mego dziadka piłą rżnęli...
    Myśmy wszystko zapomnieli.



GOSPODARZ

    Mego ojca gdzieś zadźgali,
    gdzieś zatłukli, spopychali:
    kijakami, motykami
    krwawiącego przez lód gnali...
    Myśmy wszystko zapomnieli.



PAN MŁODY

    Jak się to zmieniają ludzie,
    jak się wszystko dziwnie plecie;
    myśmy wszystko zapomnieli:
    o tych mękach, nędzach, brudzie;
    stroimy sie w pawie pióra.



GOSPODARZ

    At, odmienia nas natura;
    wiara, co jest jeszcze w ludzie,
    że coś z tego przecie będzie;
    rok w rok idziem po kolędzie
    i szukamy, i patrzymy,
    czy co kiedy z tego będzie — ?
    Ot, odmienia nas natura:
    wicher, co nad łanem wionie;
    drżenie, gdzieś aż w ziemi łonie; —
    par, który się wsiąka, wdycha,
    że się tak w tych zbożach tonie;
    chocia gleba może licha,
    nie trza ustępować z drogi:
    były bogi, będą bogi;
    wiara jeszcze jakaś w ludzie.



PAN MŁODY

    Jak się wszystko dziwnie plecie...



GOSPODARZ

    Jak się wszystko plecie dziwno.






SCENA 31


Gospodarz, Ksiądz


GOSPODARZ

    Ksiądz dobrodziej chce się spieszyć
    chce odjechać, zaraz konie...



KSIĄDZ

    Bardzo mile czas tu schodzi;
    tak sie w swoim gruncie brodzi;
    ciekawi ci państwo młodzi.



GOSPODARZ

    Ciekawe, wszystko ciekawe.
    Strzemiennego!



KSIĄDZ

    Strzemiennego!



GOSPODARZ

    Kurdesz!!!



KSIĄDZ

    Coś staropolskiego — —



GOSPODARZ

    Kurdesz nad kurdeszami!!!






SCENA 32


Haneczka, Jasiek


HANECZKA

    A, dziękuję, Jaśku.



JASIEK

    Dobrze?



HANECZKA

    Dobrze, dobrze — później jeszcze.



JASIEK

    Ja bo się panienką pieszczę
    jak jakim świętym obrazkiem,
    jak pisanką, malowanką.



HANECZKA

    Jeszcze będę tańczyć z Jaśkiem.






SCENA 33


Kasper, Jasiek


KASPER

    Jasiek, drużba, słuchaj, bratku,
    co ci powiem na ostatku,
    zgadnij, co — ?



JASIEK

    Nie wiem, co.



KASPER

    Że te panny to nos chcom.



JASIEK

    Moze — jo tak myśle som.
    Kasper, drużba, słuchaj, bratku:
    co ci powiem na ostatku;
    zgadnij, co — ?



KASPER

    Nie wiem, no?



JASIEK

    Że tak one ino kpiom.



KASPER

    Co ta o to, druhny som,
    jesceśmy nie lada jacy.



JASIEK, KASPER

    Albośmy to jacy, tacy.
    .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .






SCENA 34


Jasiek


JASIEK

    I Zdobyłem se pawich piór,
    nastroiłem pawich piór:
    pawie pióra ładne,
    pawie pióra kradnę:
    postawie se pański dwór!
    
    II Zdobędę se pański dwór,
    wywlekę se złoty wór:
    złoty wór wysypie
    ludziskom przed slipie:
    nakupie se pawich piór!






SCENA 35


Pan Młody, Radczyni


PAN MŁODY

    Jaki taki niech se szczeka.
    Czy dziwota, czy dziwota:
    zamiast wody, że chcę mleka;
    że nie gonię, kto ucieka;
    na konkury lat nie trwonię,
    jak ci, co lat kwarantannę
    czekają, nim zgarną pannę.



RADCZYNI

    Mego zdania to nie zmienia.



PAN MŁODY

    Punkt widzenia, kąt widzenia
    O ten kredens, o tę szafę
    rozbiją się, jak o rafę,
    i najbardziej zakochani; —
    znałem takich, proszę pani,
    pięć lat byli zaręczeni —
    naraz kredens wszystko zmieni.



RADCZYNI

    Mego zdania to nie zmienia.






SCENA 36


Poeta, Rachel


POETA

    Pani się kiedy zakocha
    w chłopie...



RACHEL

    Pan może wywróży.
    Mam do chłopców pociąg duży,
    lecz być musi ładny chłopiec.
    Powrót, powrót do natury.



POETA

    Nie tak trudno tego dociec:
    nie trafia się inszy który;
    skarżył się już pani ociec
    na ten literacki ton.



RACHEL

    Na wszystko dla mnie pozwala;
    nawet sobie mnie zachwala.
    Interesujące, co?
    Wyzysk, handel, ja i on — ?



POETA

    Wszystko się w poezji topi
    u pani, ojciec i chłopi.



RACHEL

    Ogromnie dużo wierszy czytałam



POETA

    Pisała pani kiedy?



RACHEL

    Nie chciałam.
    Gust ten właśnie wielki miałam,
    żeby nie pisać — lichą formą się brzydzę;
    ale za to, kędy spojrzę, to widzę
    poezję żywą zaklętą,
    tę świętą,
    i tym jestem szczęśliwa:
    że święta i dla mnie żywa.



POETA

    Ze świętymi pani przestaje;
    za pan brat z różami w ogrodzie;
    za pan brat z obłokami,
    a ku swojej wygodzie
    chce pani za pan brat z poetami.



RACHEL

    Ach, pan ciągle mnie łaje —
    cała ta przyroda tajemna
    przestała mi być ciemna.



POETA

    Choć oko wykol, noc na dworze —
    to pannie serce żądzą gorze
    i wolałaby gdzie w komorze
    nie sama...?



RACHEL

    Przyszłam na chwilę,
    gdzie ta chata rozśpiewana,
    przybiegłam jak ćmy, jak motyle,
    co biegą — gdzie zapalona
    lampa — ale odejdę w pokorze
    do dom
    i będę sobie wyobrażać pana
    z daleka,
    a jak będę zakochana,
    przyszlę panu list i klucz.



POETA

    A włócz się, poezjo, włócz,
    od komory do komory,
    od ogrodu róż
    do sadu tych śpiących drzew:
    widać je tu z okienka;
    więc jak pójdzie panienka,
    a muśnie jej szal który krzew,
    to jej tęsknota i żal
    udzieli się przyciętej słomie,
    a z krzaka smutek i cień
    udzieli się nieświadomie
    panience...



RACHEL

    A tak, a tak...



POETA

    A jak się drużba przydarzy,
    serduszko się drużbą pocieszy
    i zgrzeszy.



RACHEL

    A tak, a tak:
    przez ogród pójdę, przez sad,
    a pan niech tu w oknie stoi.



POETA

    Ujrzę panią rad,
    błądzącą przez mroczny sad,
    niby zakochaną i błędną,
    pół dziewicą, pół aniołem,
    pochyloną nad chochołem,
    jakby z obrazu Bern-Dżonsa —
    gdy ja będę w cieple stać.



RACHEL

    No, nie trza się o mnie bać;
    nie przeziębi najgorszy mróz,
    jeźli kto ma zapach róż;
    owiną go w słomę zbóż,
    a na wiosnę go odwiążą
    i sam odkwitnie.



POETA

    To szczytnie; —
    ach, pani się trochę dąsa — ?



RACHEL

    Patrz pan różę na ogrodzie
    owitą w chochoł ze słomy;
    przed tą pałubą słomianą
    poskarżę się mej poezji;
    wyznam, jakich się herezji
    nasłuchałam;
    jak się jęto kąsać, gryźć
    mnie, com przyszła zakochana! —
    Zmówię chochoł, każę przyść
    do izb, na wesele, tu —
    może uwierzycie mu,
    że prawda, co mówi Rachela.



POETA

    Pani na imię Rachela —



RACHEL

    Czy to postać rzeczy zmienia?



POETA

    Ach, pani się zarumienia; —
    cieszę się pani imieniem —
    sproś pani, jakich chcesz, gości —
    imię pani tak liryczne...



RACHEL

    Prawda, śliczne —
    a teraz proszę Miłości
    wysłuchać. —
    Chcę poetyczności
    dla was i chcę ją rozdmuchać;
    zaproście tu na Wesele
    wszystkie dziwy, kwiaty, krzewy,
    pioruny, brzęczenia, śpiewy...



POETA

    I chochoła!



RACHEL

    Już pan wierzy?!
    Już to pana zajęło:
    słoma, zwiędła róża, noc,
    ta nadprzyrodzona Moc.



POETA

    Może być weselna feta
    na wielką skalę!



RACHEL

    A! teraz pana pochwalę.
    Adie — ta jedyna chwilka —
    pan mnie zajął, pan teraz poeta.



POETA

    Otula się panna w szal —
    więc już adie?!



RACHEL

    Nie dorosłam do wielkich skal;
    bawię się
    pour passer le temps tylko.






SCENA 37


Poeta, Panna Młoda


POETA

    Panno młoda, myślę sobie,
    że co zechcesz, to się stanie:
    miłość płonie z lic.



PANNA MŁODA

    Jako, jo nie umiem nic;
    niby na moje zawołanie?



POETA

    Na prośbę i rozkaz twój:
    żeś to dzisiaj panna młoda,
    jak jaśminy, jak jagoda...



PANNA MŁODA

    I o cóz się to rozchodzi,
    że pon tyło się spodziwo
    po mnie?



POETA

    Ty dzisiaj jesteś szczęśliwą,
    panno młoda — zaproś gości
    tych, którym gdzie złe wciórności
    dopiekają — którym źle —
    których bieda, Piekło dręczy,
    których duch się strachem męczy,
    a do wyzwoleństwa się rwie.



PANNA MŁODA

    I po cóż te z Piekła duchy?



POETA

    Niechaj przyjdą na podsłuchy,
    na Wesele, gdzie muzyka...



PANNA MŁODA

    A to mi pon zabił ćwika;
    kaz się tylo luda zmieści?



POETA

    Muzyka ich chwilę popieści;
    duch taki chwilę przystanie,
    a potem, jako dym znika.



PANNA MŁODA

    Pon cosi trzy po trzy bają;
    może się inksi poznają,
    o co chodzi — ot, mój mąż.






SCENA 38


Poeta, Panna Młoda, Pan Młody


POETA

    Ach! pan młody! — ty pan młody!
    Słuchaj, przecie ty poeta
    i ty dzisiaj sprawiasz Gody!



PAN MŁODY

    Ja szczęśliwy, do gospody
    sprosiłbym tu cały świat:
    takim rad, takim rad.



POETA

    Zaprośże tego chochoła;
    tam za oknem skrył się w sad.



PAN MŁODY

    Cha cha cha — cha cha cha,
    przyjdź, chochole,
    na Wesele,
    zapraszam cię ja, pan młody,
    wraz na gody
    do gospody!



PANNA MŁODA

    Jest na tyle jeść i pić,
    mozes sobie z nami kpić!



PAN MŁODY

    Dla nas samych dość za wiele;
    przyjdź, chochole,
    na Wesele!



PANNA MŁODA

    Przyjdze, przyjdze, jak mos wole!



POETA

    Cha cha cha...



PANNA MŁODA

    Cha, cha, cha!
    Skoro północ zacznie bić,
    do nas tu na izbę przydź.



PAN MŁODY

    Cha cha cha!



POETA

    Cha cha cha...



PANNA MŁODA

    Cy on nos tyz posłucha,
    bo to głucho psiajucha.



PAN MŁODY

    Sprowadź jeszcze, kogo chcesz,
    ciesz się z nami,
    ciesz Godami!



PANNA MŁODA

    Ciesz się, ciesz!



PAN MŁODY

    Cha cha cha,
    czy on nas też posłucha — ?









AKT II


Świeczniki pogaszone; na stole mała lampka kuchenna





SCENA 1


Gospodyni, Isia


GOSPODYNI

    Trza rozbirać dzieci spać,
    już północno godzina.



ISIA

        Mnie sie nie chce spać,
    pokil bedom grać,
    a tamte dziecka śpiom,
    niech se lezom, tak jak som.



GOSPODYNI

    Chodź tu zaraz.



ISIA

        Matusiu,
    jesce ino w kółko raz;
    przyjrzę im sie z komina.



GOSPODYNI

        Nie bedzies kcieć jutro wstać;
    z łóżka trzeba wyganiać,
    a do łóżka trzeba gnać.



ISIA

    Nie, nie póde, matusiu,
    zaroz bedom cepiny,
    muse widzieć cepiny,
    matusieńku, matusiu,
    ino dziś, ino dziś.



GOSPODYNI

    Ocy ci sie przymykają,
    ślipki ci sie mruzom.



ISIA

    Chciałabym być duzom:
    jak cepiny przypinają,
    jak druhny słuzom.



GOSPODYNI

    A przynieś tu lampę haw,
    pozakołysz dziecko,
    dobrze mi sie spraw,
    to pódzies w kółecko.







SCENA 2


Gospodyni, Isia, Klimina


KLIMINA
w drugiej izbie


    Juz cepiny, juz cepiny,
    podciez tam, podciez juz,
    na mężatki szyćkie mus.



Obiedwie zaświecają małe łojówki i z płonącymi świeczkami w rękach idą ku Weselu, gdzie się odbywają oczepiny. Po ich odejściu chwilę Isia sama bawi się rozkręcaniem i przykręcaniem lampki i patrzy we światło. Północ bije na zegarze w izbie.





SCENA 3


Isia, Chochoł


CHOCHOŁ

    I. Kto mnie wołał,
    czego chciał —
    zebrałem się,
    w com ta miał:
    jestem, jestem
    na Wesele,
    przyjedzie tu
    gości wiele,
    żeby ino wicher wiał.


II. Co się w duszy komu gra,

    co kto w swoich widzi snach:
    czy to grzech,
    czy to śmiech,
    czy to kapcan, czy to pan,
    na Wesele przyjdzie w tan.



ISIA

    Aj, aj, aj — aj, aj, aj,
    a cóz to za śmieć?!



CHOCHOŁ

    Tatusiowi powiadaj,
    że tu gości będzie miał,
    jako chciał, jako chciał.



ISIA

    A ty mi się przepadaj,
    śmieciu jakiś, chochole,
    huś ha, na pole!



CHOCHOŁ

    Tatusiowi powiadaj...



ISIA

    Huś ha, na pole,
    głupi śmieciu, chochole!



CHOCHOŁ

    Szepnij w ucho mamusie...



ISIA

    Wynocha, paralusie!



CHOCHOŁ

    Kto mnie wołał,
    czego chciał...



ISIA

    A, słomiany nygusie,
    wynocha, paralusie!



CHOCHOŁ

    Ubrałem sie, w com ta miał,
    sam twój tatuś na mnie wdział,
    bo się bał, bo się bał,
    jak jesienny wicher dął,
    zaś bym zwiądł, róży krzak,
    a tak, tak, a tak, tak,
    skądże bym ja sam to wziął...



ISIA

    Idź precz, idź precz, na pole,
    huś ha, hulaj, chochole!



CHOCHOŁ

    Kto mnie wołał,
    czego chciał,
    .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .






SCENA 4


Marysia, Wojtek


MARYSIA

    Odpocnijze haw, Wojtecku,
    bo i jo tańcem zmęcona.



WOJTEK

    O mojaś ty, serce, zona,
    moja duszo, tak mi smutno
    o ciebie — idź ta ku muzyce,
    hulaj...



MARYSIA

    Tak se ta znów nie zyce,
    żebym wystoć nie mogła
    przy tobie.



WOJTEK

    Nagle mi się zawróciło w głowie,
    jakby twoje to wesele było,


nuci


    „ale nie nase, Marysiu,
    ale nie nase...”



MARYSIA

    Podź hań, przy dzieciach se siądź,
    pośpij, zaśpisz bolenie.



WOJTEK

    W głowie mi sie zamrocyło,
    inom ku muzyce wszed,
    i tak mi sie uwidziło,
    ze łazom koło nos cienie...



MARYSIA

    Czarno figura po ścienie
    ze światła — o, patrzajże sie,
    widzis, jak po wszyćkim goni — ?



WOJTEK
nuci


    „Pilnuj, parobku, koni,
    pon ci dziewuchę zgoni...”
    Przystaw gęby, żonisiu.



MARYSIA

    Smęcisz czego — ?



WOJTEK

    Marysiu!



Gdy oboje idą do alkierza w głębi, Marysia zabiera lampkę ze stołu. Izba pozostaje ciemna — tylko alkierz oświetlony i od weselnych drzwi smuga światła.





SCENA 5


Marysia, Widmo


WIDMO

    Miałem ci być poślubiony,
    moja ślubna ty.



MARYSIA

    Bywałeś mój narzeczony,
    przyrzekałeś mi.



WIDMO

    Byłaś dla mnie słońce złote,
    w moim domku zimno mnie.



MARYSIA

    Mróz jakisi od wos wionie,
    zimnem ubiór dmie.



WIDMO

    Ogniem, żarem lico płonie,
    zaś krew w tobie wre.



MARYSIA

    Miałam ci być poślubiona
    i mój ślubny ty.



WIDMO

    Maryś, Maryś, narzeczona,
    długie moje sny.



MARYSIA

    Ka ty mieszkasz, kaś ty jest?
    Jechałeś do obcych miest,
    czekałam cie długo, długo
    i nie doczekałam sie.
    Kaś ty jest, kajś ty jest,
    gdzie ty mieszkasz, gdzie?



WIDMO

    Goniłem do różnych miest,
    rozhulaniec, pędziwiatr,
    ażem gdziesi w ziemię wpad,
    gdzie mnie toczy gad.



MARYSIA

    O mój Boże, Boże mój,
    to juz ciebie tocy gad.



WIDMO

    Zwabiło mnie echo z Tatr,
    otom jest, otom jest,
    zwabiły mnie głosy z chat,
    do myśli mi przyszedł gest
    przypomnieć się z dawnych lat;
    domek mój, podobnoś grób,
    nie jestem wymagający,
    przeszedłem niejedną z prób,
    ale żebym ja był trup,
    nie wierz, Maryś, bo to kłam;
    żywie Duch, żywie Duch,
    wytężyłem cały słuch,
    zwabiły mnie głosy z chat.



MARYSIA

    Ka twój grób, ka twój grób?
    Pono gdziesi zadaleko,
    nie dobiegnie, nie doleci.



Ona przesłania oczy ręką, on zaś jej, nagły, dłoń odrywa.


WIDMO

    Łzy mnie palą, łzy mnie pieką,
    licho bierz grób mój;
    otom jest, otom twój;
    czy pamiętasz jeszcze dzień,
    jak nas gruszy cienił cień,
    tu w tym sadzie, na zieleni,
    śród połednia, śród promieni,
    przy mnie stałaś: w dłoni dłoń — ?



MARYSIA

    Dawno, dawno, tyle lat.



WIDMO

    Skłońże ku mnie główkę, skłoń.




MARYSIA

    Hańśmy stoli w dłoni dłoń —
    szedł od ciebie swat.



WIDMO

    Dawno, dawno, tyle lat.



MARYSIA

    Miałabym tylo wesele,
    co jak dziś, jak to dziś.



WIDMO

    Potańcujmy raz dokoła,
    potem zaś znów mus mnie iść.



MARYSIA

    Som tu twoi przyjaciele,
    ostań chwile.



WIDMO

    Raz dokoła,
    — — — — — — — — — — — —
    potem to już mus mnie iść:
    mus mnie woła, mus mnie woła.



MARYSIA

    Ano dziś nasze wesele;
    raz dokoła, raz dokoła.



WIDMO

    Taki smutek idzie z czoła...



MARYSIA

    Takie zimno wieje z ust...



WIDMO

    Przytul mnie do twoich chust,
    przytul mnie do piersi, rąk...



MARYSIA

    Nie chytaj sie moich wstąg,
    taki wieje trupi ciąg.



WIDMO

    Kochaj...!



MARYSIA

    Precz, nie sięgaj lic.



WIDMO

    Nie broń mi się — nic to, nic...



MARYSIA

    Zimnem dołu wieje strój,
    ty nie mój, ty nie mój!



WIDMO

    Mus mnie woła, mus mnie woła,
    raz dokoła...



MARYSIA

    Stój, ach, stój!






SCENA 6


Marysia, Wojtek


WOJTEK

    Maryś — jakoześ ty blado — ?



MARYSIA

    To światła sie takie kładą
    po twarzy...



WOJTEK

    Trzęsiesz się cała.



MARYSIA

    Uchyliłam drzwi i stamtąd powiała
    jakaś zawieja — to nic —



WOJTEK

    A to znów czerwoność do lic
    przyszła —


MARYSIA

    Z twojego patrzenia;
    przytul mnie, Wojtecku, do siebie,
    wole ciebie, wole ciebie.



WOJTEK

nuci


    „Pójdze, Maryś, po niewoli
    na mój jeden zagon roli”.






SCENA 7


Stańczyk, Dziennikarz


STAŃCZYK
idąc


    Ktoś się za mną włóczy wciąż.



DZIENNIKARZ

    Ktoś przede mną ciągle stąpa.



STAŃCZYK
już był usiadł


    Domek mały, chata skąpa:
    Polska, swoi, własne łzy,
    własne trwogi, zbrodnie, sny,
    własne brudy, podłość, kłam;
    znam, zanadto dobrze znam.



DZIENNIKARZ

    Zacz kto? —



STAŃCZYK

    Błazen.



DZIENNIKARZ

poznając


    Wielki mąż!



STAŃCZYK

    Wielki, bo w błazeńskiej szacie;
    wielki, bo wam z oczu zszedł,
    błaznów coraz więcej macie,
    nieomal błazeńskie wiece;
    Salve, bracie!



DZIENNIKARZ

    Ojcze, Salve!
    Szereg dobrych błaznów zrzedł,
    przywdziewamy szarą barwą;
    koncept narodowy gaśnie;
    gasną coraz te pochodnie,
    które do hajduków ręku
    przywiązane żarem płoną.
    Skąpały, zżarły się świece,
    a że do rąk przytroczone,
    więc jeszcze palą się ręce,
    w tę samą zaklęte stronę. —
    Trzeba by do służby narodu
    błaznów całego zastępu;
    palą się hajduki w męce,
    z własnego bólu się śmieją;
    gasną świece narodowe,
    okropne rzeczy się dzieją,
    śmiechem i szyderstwem biegu
    obudzić, ośmielić zdolne
    serce spodlone, niewolne,
    które naszą krew zaprawia.



STAŃCZYK

    A wolicie spać —



DZIENNIKARZ

    To jedno!
    Usypiam duszę mą biedną
    i usypiam brata mego;
    wszystko jedno, wszystko jedno,
    tyle złego, co dobrego,
    okropne rzeczy się dzieją.
    Patrzeć na przebiegi zdarzeń —
    dalekie, dalekie od marzeń,
    tak odległe od wszystkiego,
    co było wielkie w kraju;
    że wszystko, co było, przepadło,
    bezpowrotnie w mroku zbladło:
    to bajki o Trzecim Maju!
    Matkę do trumny się kładło,
    siostry i rodzinę całą;
    ksiądz pokropił i poświęcił,
    grabarze gruz przywalili;
    epigonów co zostało,
    na stypie się weselili
    wesołością, co przeklina;
    w pijaństwie duszę zabili,
    a nie mogli zabić serca.
    Zostało serce, co woła,
    spłakane u bram kościoła,
    skrwawione u wrót świątyni
    i jeszcze w męce okrutnej,
    w czułej litości rozrzutnej
    samo siebie wini.



STAŃCZYK

    Asan jako spowiedź czyni,
    spowiedź, widzę, cudzych grzechów;
    Acan się zalewa łzami,
    duszę krwawi, serce krwawi;
    ale znać z Acana mowy,
    że jest — tak — przeciętnie zdrowy;
    jutro humor się naprawi. —
    Gotów mi płakać najrzewniej,
    rozczulać się cudzych grzechów,
    u bliskiego widzieć tramy,
    zbrodnie, brudy, grzechy, plamy
    i za swojego bliskiego
    uczynić publiczną spowiedź. —
    A! doprawdy! warte śmiechów —
    Może jeszcze rozgrzeszenie
    wziąć kapłańskie z cudzych zbrodni —



DZIENNIKARZ

    Wina ojca idzie w syna;
    niegodnych synowie niegodni;
    ten przeklina, ów przeklina —
    ród pamięta, brat pamięta,
    kto te pozakładał pęta
    i że ręka, co przeklęta,
    była swoja. — Rozbrat wieczny
    duszy z ciałem, ciała z duszą;
    w nim się słabi kruszą —
    miecz do walki obosieczny —
    myśmy słabi. — Wielkość gniecie,
    przekleństwo nosi na grzbiecie:
    zbrodnie nosi, czarne kiry,
    szatę krwawą Dejaniry
    Wielkość: Zbrodnia; Małość: podła —
    Jakaż nasza dzisiaj Wola?!
    Czarodziejska dłoń ogrodła
    nasze pola.



STAŃCZYK

    Łzy ze źródła!
    Tyle żalów o nieswoje!?
    A cóż tobie niepokoje
    tych, co w grobach leżą?
    Myślisz — że się trupy odświeżą
    strojem i nową odzieżą —
    a ty z trupami pod rękę
    będziesz szedł na Ucztę-mękę
    i jako potrawy żuł,
    czym się tylko kiejś kto truł;
    wsączał w siebie i pił,
    czym tylko kto gdzie gnił;
    czy to ma być twoja krew?!



DZIENNIKARZ

    Moja krew, moja krew —
    czy ja wiem — okrzyk mew,
    gdy gonią ponad skały,
    okrzyk mew osmętniały,
    żałośliwy, straszny,
    gdy od brzegu odbiegły daleko.
    Morze ciche, strop się chmurzy,
    ale burza i orkan daleko.
    Tylko głuchość i pustka bezmierna —
    a tu skrzydła rozchwiane do lotu,
    nie pragną, nie pragną powrotu
    i wiedzą, że tam, gdzie dążą,
    wylądu szukać daremno;
    przekleństwu swojemu wierne,
    lecą — i nie śmieją ustać,
    aż krew do ust pocznie chlustać
    ze znużenia — wtedy padną,
    łzą nie pożegnane żadną,
    bo śmierć ulga, ulga zgon.



STAŃCZYK

    Zaśpiewałeś kruczy ton;
    tobież tylko dzwoni w głuszy
    pogrzebowych jęków dzwon?
    — — — — — — — — — — — —
    A słyszałżeś kiedy, z wieży
    jak dźwięczy i śpiewa On?



DZIENNIKARZ

    Zygmunt, Zygmunt...



STAŃCZYK

    Dzwon królewski: —
    Siedziałem u królewskich stóp,
    królewski za mną dwór:
    synaczek i kilka cór,
    Włoszka — a wielki chór
    kleru zawodził hymny; —
    a dzwon wschodził.
    Patrzali wszyscy w górę,
    a dzwon wschodził —
    zawisnął u szczytów
    i z wyżyn się rozdzwonił:
    głos leciał, polatał,
    kołysał się górnie,
    wysoko, podchmurnie —
    a tłum się wielki pokłonił.
    Pojrzałem na króla,
    a król się zapłonił...
    Dzwon dzwonił
    — — — — — — — — — — — —



DZIENNIKARZ

    A toć on nam tętni dziś,
    jak grzebiemy, kto nam drogi;
    zwołuje nas, każąc iść
    posłuchać kościelnych szumów,
    w wielkim zamęcie rozumów,
    w wielkim modlitew rozjęku,
    On pan, ten dzwon królewski,
    nie ustający w brzęku,
    o pękniętym sercu:
    nasz ton. — Nad przepaścią stoję
    i nie znam, gdzie drogi moje.



STAŃCZYK

    Byś serce moje rozkroił,
    nic w nim nie najdziesz inszego,
    jako te niepokoje:
    sromota, sromota, wstyd,
    palący wstyd;
    jakoweś Fata nas pędzą
    w przepaść —



DZIENNIKARZ

    Ty Wid!



STAŃCZYK

    Ja Wstyd!!
    Piekło wiem gorsze niż Dante,
    piekło żywe.



DZIENNIKARZ

    Żyję w Piekle!



STAŃCZYK

    Społem w przepaść!



DZIENNIKARZ

    Społeczeństwo!
    Oto tortury najsroższe,
    śmiech, błazeństwo —
    to my duchy najuboższe. —
    „Społem” to jest malowanka,
    „społem” to duma panka,
    „społem” to jest chłopskie „w pysk”,
    „społem” to papuzia kochanka,
    próżność, nadczłowieczeństwo —
    i przy tym to maleństwo:
    serce pęknione, co krwawi.



STAŃCZYK

    Asan prawi —
    jako najwalniejsi gębacze,
    odrośl od tych samych pni
    z moich dni.



DZIENNIKARZ

    Wolałbym już stokroć razy
    policzone dni
    niż ten bieg, bieg, pęd, gonitwa
    ku przepaści, otchłani, zawrotom!
    Ach, kresu, ach, kresu lotom!
    Stacza się sercowa bitwa,
    opadam coraz na głazy,
    mrze na ustach modlitwa,
    ach, kresu, ach, kresu lotom! —
    Niechby się raz wszystko spali,
    zetrze się, na proch się zsypie,
    jak kolumny, na gruz się rozwali,
    byśmy padli potruci
    jadami w pogrzebowej stypie;
    niechajby się raz wszystko spali,
    i te nasze polskie posty
    dusz do polskich świętych,
    i te nasze tęczowe mosty
    czułości nad pustką rozpiętych,
    malowanki Częstochowskie
    w koronach — i wszystkie Wiary!
    Nieszczęścia wołam!!



STAŃCZYK

    Puszczyku...



DZIENNIKARZ

    Może by Nieszczęście nareście
    dobyło nam z piersi krzyku,
    krzyku, co by był nasz,
    z tego pokolenia. —
    Ach, Sumienia, Sumienia!
    Już było tych prawd bez liku
    dla nas — Prawdy czy Fraszki??
    Stoimy u polskich granic,
    a mamy obecność za nic,
    od talentów zawisłe igraszki.



STAŃCZYK

    Puszczyku!
    Zgrałeś się przy zielonym stoliku
    czy z kobietami w gorączce
    opętałeś duszę mdłością
    i w tej momentu palączce
    oślep gnasz we własne próchno.
    A gdy na nie wichry dmuchną,
    rozleci się zgasłe próchno,
    zamurują się otchłanie
    i krzyk i jęk, i wołanie
    zda ci się błazeństwem duszy,
    które nikogo nie skruszy,
    które zeżre siebie samo,
    a trzewia mu gniciem cuchną. —
    Znam ja, co jest serce targać
    gwoźdźmi, co się w serce wbiły,
    biczem własne smagać ciało,
    plwać na zbrodnie, lżyć złej woli,
    ale Świętości nie szargać,
    bo trza, żeby święte były,
    ale Świętości nie szargać:
    to boli.



DZIENNIKARZ

    Tragediante...



STAŃCZYK

    Commediante,
    dla ciebie błazeńska laska.



DZIENNIKARZ

    Piastujesz ją, piastun stary;
    znasz tylko: status quo ante;
    błazeństwo z tobą się zrosło.



STAŃCZYK

    Oto naści twoje wiosło:
    błądzący w odmętów powodzi,
    masz tu kaduceus polski,
    mąć nim wodę, mąć.



DZIENNIKARZ

    Fatum nas w obłędy wodzi:
    u rozstajnych dróg zły Duch!
    Tu moje rozstajne drogi;
    ty mój Duch-zły — demon, Szatan;
    błazeństwem ja z tobą zbratan,
    byłem ci duszą poswatan,
    nim dusza stała się trup; —
    a teraz mi pachnie grób,
    czuję trąd.



STAŃCZYK

    Naści; rządź!
    Masz tu kaduceus polski,
    mąć nim wodę, mąć.



DZIENNIKARZ

    Nie chcę żadnych więcej prób.
    Serce miałem kiedyś młode,
    porwałeś mi serce młode,
    wlałeś jad goryczny w krew.
    Nie widzę, nie widzę dróg,
    zaćmił mi się Bóg...



STAŃCZYK

    Fata pędzą, pędzą Fata —
    Wielkość — Nicość — pusty dzwon,
    serce strute —
    uderzyłeś błazna ton:
    moją nutę.
    Kłam sercu, nikt nie zrozumie,
    hasaj w tłumie!
    Masz tu kaduceus, chwyć!
    Rządź!
    Mąć nim wodę, mąć!
    Na Wesele! Na Wesele!
    Idź!
    Mąć tę narodową kadź,
    serce truj, głowę trać!
    Na Wesele! Na Wesele!
    Staj na czele!!!






SCENA 8


Dziennikarz, Poeta


DZIENNIKARZ

    Może z mętów się dobędzie człowieka;
    może minie palączka i głód;
    ot, kaleka ja, ot, ja kaleka:
    każdy dzień piekielny trud.
    Młodości! wyrwi mię z cieśni,
    oplatają mnie grzyby i pleśni;
    o Młodości, jakożeś daleko,
    a to jeszcze wczora, prawie wczora...



POETA

    Cóżeś tak się rozżalił, rozpalił,
    czy cię jakie przemieniły cuda?



DZIENNIKARZ

    A przeszedł tu koło mnie cień,
    cień goryczy pełen wielkoluda
    i ostawił mi laseczkę kaduczą.



POETA

    Nie przeczę, że rozmyślania uczą,
    ale cóż tak sobie żalisz serce?



DZIENNIKARZ

    Och, w okropnej jestem poniewierce;
    po torturach mię duchowych włóczą,
    więżą mnie konwenansowe szpangi:
    oto droga utarta do rangi,
    a ja gardzę, ja gardzę, ja plwam
    na to wszystko, ze serca szczerego —
    i nie zdołam rozerwać obroży,
    a wstrętów coraz się mnoży
    i cokolwiek słyszę, to mnie drażni.
    Przyjaźń farsą, Litość: kłam,
    a słyszę, że gadają o przyjaźni.
    Miłość farsą —
    słyszę wkoło półszepty miłości.
    Kłamstwo Szczerość, a widzę tu gości
    i muzyki słyszę swoje, polskie, nasze,
    i po ścianach złożone pałasze,
    obrazeczki, sceny narodowe.
    To mnie drażni i męczy, i boli:
    Czy my mamy prawo do czego?!!
    Czy my mamy jakie prawo żyć...?
    My motyle i świerszcze w niewoli,
    puchnąć poczniemy i tyć
    z trucizny, którą nas leczą.
    I tę naszą dolę kaleczą,
    widzieć i trupem gnić...



POETA

    Rozżaliłeś się, działa muzyka,
    to się koło widzeń zamyka
    i działa na nerwy.



DZIENNIKARZ

    Na nerwy!?
    Na nerwy działa te, na te sieci,
    które mają duszę w uwięzi,
    że gdy tak mi grają bez przerwy,
    zdało mi się, że moja dusza
    ze mnie wyszła i koło mnie świeci.



POETA

    Zdawało ci się — sam mówisz przez to,
    że o jedno złudzenie więcej.



DZIENNIKARZ

    Poezjo! — tyś to jest spokojną sjestą;
    chcesz mnie uśpić, znieczulić, zniewolić,
    byle słówka nie wyrzec goręcej.
    Ach, nie ukrywaj — nie udawaj,
    ty sameś w ogniu — to maska
    ten pozorny spokój — to kłam.
    A! ta muzyka tak brzęczy,
    jak z ula dzwonienie pszczół —
    a my jak szerszenie:
    to mi się rzuca do garła
    ta duża wesołość narodowa,
    to mi się rozszerza głowa
    szumem, gwarnością, zawrotem
    i nawet mi jest wstrętny ból.



POETA

    Daj rękę.



DZIENNIKARZ

    Ech, daj mi pokój —
    wyjdę za próg — jak wieje od pól...
    Powietrza, powietrza!...



POETA

    Daj dłoń...



DZIENNIKARZ

    Daj mi spokój!






SCENA 9


Poeta, Rycerz


POETA

    Otwarła się toń!
    Upomina się o swoje Umarła.
    Szumem, gwarnością, zawrotem
    idzie ku nam z powrotem;
    jakaś Przemoc wrotom grobu się wydarła,
    oto, słyszę, woła:



RYCERZ

    Daj dłoń!!



POETA

    Puszczaj!



RYCERZ

    Ty mój!



POETA

    Puszczaj!



RYCERZ

    Ty mój!!



POETA

    Żelazem owita ręka,
    żelazem zakryta skroń.



RYCERZ

    Zbieraj się, skrzydlaty ptaku,
    nędzarzu, na koń, na koń,
    przepadnie przekleństwo, męka!



POETA

    Co mówisz, okropne widziadło,
    na koń? — gdzie? — jak?
    Żelazna twoja dzwoni szczęka,
    żelazna więzi mnie ręka.



RYCERZ

    Na koń, zbudź się, ty żak,
    ty lecieć masz jak ptak!
    Bioręć w pętle.



POETA

    Na arkan mnie wiąże!



RYCERZ

    Poznasz, ktom jest, gdy zaciążę —
    ty więzień mój, mnie służ;
    biorę przemocą, Ja Moc:
    za mną, przede mną
    ognia kurz;
    po drogach, po których lecę,
    drzewa się palą jak świece,
    ciskają się błyskawice,
    jak lecę, Duch:
    wytężaj, wytężaj słuch!



POETA

    Puszczaj, przepadaj w Noc —
    o, ręce, ręce martwieją...



RYCERZ

    Ty mój!



POETA

    Precz. —



RYCERZ

    Słysz grom...



POETA

    Zatrzasnął się cały dom...



RYCERZ

    A czy wiesz, czym ty masz być,
    o czym tobie marzyć, śnić?



POETA

    Sen, marzenie, mara, wid.



RYCERZ

    Jutro dzień! przede dniem świt!
    Wiesz ty, czym ty mogłeś być?



POETA

    Słowo, Widmo gończe!



RYCERZ

    Zwiastun!!



POETA

    Głos jak marzeń moich piastun;
    Rycerz, Widmo, urojenie
    przyoblekło szatę żywą.



RYCERZ

    Krwi, krwi pragnę, krwawe żniwo!
    Wracam do dom w noc szczęśliwą,
    w noc ponurych wichrów łkań.
    Niosę dań, orężną dań.



POETA

    Wracasz do dom ze snów, z dali...



RYCERZ

    Z dali, hen z zaświatów, z prochów. —
    Przeszedłem ogień, co pali,
    przeszedłem zapady lochów.
    Ścigam, gonię, moc roztrwonię.
    Niosę dań, orężną dań.



POETA

    W noc ponurych wichrów łkań
    wstajesz z lochów, z prochów, skał...



RYCERZ

    Na głos mój ty będziesz drżał:
    Grunwald, miecze, król Jagiełło!
    Hajno się po zbrojach cięło,
    a wichr wył i dął, i wiał;
    stosy trupów, stosy ciał,
    a krew rzeką płynie, rzeką!
    Tam to jest!! Olbrzymów dzieło;
    Witołd, Zawisza, Jagiełło,
    tam to jest!! — Z pobojowiska
    zbroica się w skibach przebłyska,
    żelezce, połamane groty,
    drzewce powbijane do ciał,
    z trupów zapora, z trupów wał,
    rycerski zgotowiony stos:
    Ofiarnica —
    tam leć — tam chodź, tam leć!!!
    brać z tej zbrojowni zbroje.
    kopije, miecz i szczyt
    i stać tam wśród krwi,
    aż na ogromny głos
    bladością się powlecze świt,
    a ciała wstaną,
    a zbroje wzejdą
    i pochwycą kopije, i przejdą!!!
    Spiesz, tam leżą stosy ciał;
    przeparłem trumniska wieko,
    czas, bym wstał, czas, bym wstał.



POETA

    Łzy mnie pieką, łzy mnie pieką,
    czymże bym ja tam być miał.



RYCERZ

    Niosę dań, orężny szał.



POETA

    Dech twój zimny, dech grobowy...



RYCERZ

    Patrzaj w twarz, patrz mi w twarz,
    ślubuj duszę, duszę dasz.



POETA

    Za przyłbicą pustość, proch;
    w oczach twoich czarny loch,
    za przyłbicą Noc;
    zbroja głuchym jękiem brzękła.



RYCERZ

    Miecz, miecz, siła nieulękła;
    patrzaj w twarz, patrzaj w twarz;
    ty mnie znasz.



POETA

    Ktoś jest?



RYCERZ

    Moc.



POETA

    — — Przyłbicę wznieś!



RYCERZ

    Rękę daj.



POETA

    Duszę weź.



RYCERZ

    Patrz!!



POETA

    Śmierć — — — Noc!






SCENA 10


Poeta, Pan Młody


POETA

    Potęga, wieczysta Potęga,
    Moc nieprzeparta!!



PAN MŁODY

    O czym mówisz — ?



POETA

    Niedołęga
    byłem — a dzieła to mitręga
    próżna — mgła nic niewarta.
    Teraz naraz się koło mnie zapaliło
    i gore — i piersi się palą;
    zdaje mi się, że słyszę gdzieś górą,
    jak skały się padają
    i w otchłań z łoskotem się walą.



PAN MŁODY

    Będziesz sonet pisać czy oktawę?



POETA

    Nie — przewiduję inszą zabawę;
    poczułem na szyi arkan —
    Polska to jest wielka rzecz:
    podłość odrzucić precz,
    wypisać świętą sprawę
    na tarczy, jako ideę, godło,
    i orle skrzydła przyprawić,
    husarskie skrzydlate szelki
    założyć,
    a już wstanie któryś wielki,
    już wstanie jakiś polski święty.



PAN MŁODY

    Zajmujące.



POETA

    Ty tematem zajęty.



PAN MŁODY

    Myślałżeś ty co więcej
    niż poemat?



POETA

    Może ja to myślę goręcej
    i w tej chwili to jeszcze się pali —
    jeszcze — a jutro się zawali
    w gruz ten pożarny gmach.
    A! chciałbym wstąpić w to Piekło
    Ach!



PAN MŁODY

    Rozpalony.



POETA

    Piekło żywe
    w tej chacie, w zaklętym dworze:
    Piekło górze!



PAN MŁODY

    A to coże?!






SCENA 11


Pan Młody, Hetman, Chór


CHÓR

    Hej, panie, panie Branecki,
    nie żałuj grosika, nie żałuj,
    pocałuj się z nami, pocałuj,
    nie żałuj dukacika, nie żałuj,
    daj że go nam z tej kieski!



HETMAN

    Ha, szatańce, sztab moskieski,
    znajcie pana, bierzcie złoto,
    nie stoję ja pan o złoto;
    piekielna mnie dziś gospoda:
    hulaj dusza, z wami zgoda.



CHÓR

    Hulaj dusza, z nami w zgodzie,
    potańcujemy w gospodzie;
    pocałuj się z nami, pocałuj,
    nie żałujta, hetmanie, kieski,
    braliśta pieniążek moskieski,
    hej, hetmanie, hetmanie Branecki!!



HETMAN

    Bierzcie złoto, pali złoto.



CHÓR

    Pali pieniążek moskieski?



HETMAN

    Piekielna mnie dziś gospoda:
    diabły moją piją krew;
    szarpają mi pierś, plecyska,
    psy zjawiska, łby ogniska;
    szarpają, sięgają trzew!



PAN MŁODY

    Wojewoda! Wojewoda!



HETMAN

    Puszczajcie, litości!



PAN MŁODY

    Jezu!!






SCENA 12


Pan Młody, Hetman


HETMAN

    Ha, przepadli kędyś diabli,
    ktoś się doli ulitował;
    rana jeno straszna boli — —
    puste żale, mnie nie szkoda,
    bo ja pan, piekielny pan,
    drwię z serdecznych ran.
    Setkę lat przez puszczę gnam,
    przez bór gonię, gęsty las,
    przez ugory, łąki, błoń —
    upałami bije skroń,
    młotami serce wali,
    ogień wnętrzności pali — — —
    Każ muzyce dla mnie grać,
    mnie na Piekło stać.
    Ja pan, ćwierć kraju mam w ręku,
    a jak kto po cichuteńku
    powie „Jezus” — ja wolny na chwilę,
    powietrzem się zasilę:
    odetchnąłem piersią całą;
    bierz ty, ile złota zostało,
    patrz, oto niecki,
    diabli mi to kazali nieść;
    co noc tak świeżych nasypią,
    a sztabowi, czerńcy przeklęci,
    krzyczą za mną: panie Branecki,
    nie żałuj; — krew moją chlipią — —
    Masz!



PAN MŁODY

    Hetmaniłeś ty, hetmanie,
    chocia byłeś łotr,
    i sam król był tobie kmotr;
    przewodziłeś, przewodziłeś,
    a my dzisiaj w psiej niewoli:
    nie hetmany, strzęp, łachmany, gruz;
    duszę ziębi mróz;
    ciebie ogień, ogień pali -
    przecz już nic nas nie ocali,
    ani król, ani ból,
    ani żale, ni płakanie,
    hej, hetmanie, hej, hetmanie
    dzisiaj to mój dzień miłości...



HETMAN

    Czepiłeś się chamskiej dziewki?!
    Polska to wszystko hołota,
    tylko im złota;
    trza było do bękartów Carycy
    iść smalić cholewki:
    byłać ta we mnie cnota.
    Asan mi tu Polski nie żałuj,
    jesteś szlachcic, to się z nami pocałuj,
    jesteś wolny!



PAN MŁODY

    Bierz cię diabli.



HETMAN

    Gębuj, widzęś nie przy szabli.






SCENA 13


Pan Młody, Hetman, Chór


HETMAN

    Ścigają psy, kąsają psy.



CHÓR

    Przeklęty ty, przeklęty ty.



HETMAN

    Sursum corda, serce żreją —
    serce mi wyjmują z trzew.



CHÓR

    Zaprzedałeś kraj, ty lew;
    złotem pysk ci zaleją!
    Złoty pan, weselny pan,
    pójdźże w tan, pójdźże w tan!



HETMAN

    Złoto pali, złoto war;
    sursum corda, wiwat Car!



CHÓR

    Lejcie mu do pyska żar,
    sięgajcie mu dłońmi trzew.



HETMAN

    Piją krew, żłopają krew,
    cielsko drą po kawale!



CHÓR

    Złoty pan, weselny pan,
    Pójdźże w tan, dalej w tan:
    na Weselu hula Śmierć,
    garniec pereł, złota ćwierć,
    zaprzedałeś Czortu kraj.



HETMAN

    Żłopią krew Czarty Moskale,
    sursum corda, wiwat Car!



CHÓR

    Huś ha, huś — haj go, haj!
    Pójdźże w tan, dalej w tan!
    Złoty pan! weselny pan!






SCENA 14


Pan Młody, Dziad


PAN MŁODY

    Tyle się przewlekło mar
    z okropnym śmiechem Piekła...



DZIAD

    Cóż wam to? cóż wam to?
    Czy was panna młoda urzekła?



PAN MŁODY

    Oj, tu Diabły, ze samego Piekła,
    włóczyły przede mną człowieka,
    ach, powietrza, tchu...



DZIAD

    Cóż Don ucieka?






SCENA 15


Dziad, Upiór


DZIAD
za Panem Młodym


    Miałem rzec, cosi miałem rzec:
    Szczęść Boże przy weselu.



UPIÓR

    Przyjacielu, przyjacielu...



DZIAD

    Kto! ty we krwi! precz, piekielny!



UPIÓR

    Ja weselny, ja weselny,
    dajcie, bracie, kubeł wody:
    ręce myć, gębo myć,
    chce mi się tu na Weselu
    żyć, hulać, pić.



DZIAD

    Precz, przeklęty, precz, przeklęty.



UPIÓR

    Dajcie, bracie, kubeł wody:
    gębę myć, ręce myć...



DZIAD

    Krew na sukniach, krew na włosach...



UPIÓR

    Nie pyskuj, nie powtarzaj. —
    Już, już wiedzą o tym w niebiosach.
    
    nuci
    
    „A stało się to w Zapusty”.



DZIAD

    Precz, przeklęty, precz, przeklęty.



UPIÓR

    Jeno ty nie przeklinaj usty,
    boś brat — drzyj! ja Szela!!
    Przyszedłem tu do Wesela,
    bo byłem ich ojcom kat,
    a dzisiaj ja jestem swat!!
    Umyje się, wystroje się.
    Dajcie, bracie, kubeł wody:
    ręce myć, gębę myć,
    suknie prać — nie będzie znać;
    chce mi się tu na Weselu
    żyć, hulać, pić —
    jeno ta plama na czole...



DZIAD

    Cholera!



UPIÓR

    Zaraza, grób.



DZIAD

    Precz, precz, ty trup!



UPIÓR

    Widzisz, w orderach chodzę.



DZIAD

    O! plamy na podłodze od nóg.



UPIÓR

    To krew, obmyję próg,
    dajcie ino, bracie, wody,
    kubeł wody — gębę myć,
    suknie prać — nie będzie znać.



DZIAD

    Przeklęty! Maryjo, strać!



UPIÓR

    Gadu, gadu, stary dziadu,
    trza się do roboty brać;
    kubeł wody, gębę myć,
    nie bede próżno stać,
    na Wesele, na Wesele,
    podź tańcować, bośma brać.
    .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .






SCENA 16


Kasper, Kasia, Jasiek


JASIEK

    Kasiu —



KASPER

    Kasiu —



KASIA

    Cóz ta, Jasiu?



JASIEK

    Bo to widzis, Kasiu, że to —
    tak mnie ciągnie bez pół.



KASPER

    Pódź, Kasicko, ku mnie, cosi
    mom ci sepnonć.



KASIA

    Co, że co — ?



KASPER

    Radź, co z nami — ?



KASIA

    Kiej na ogrodzie rosi.



KASPER

    Kiejbyśmy byli sami!...



JASIEK

    Kasper — idze pod stodołę.



KASIA

    Po co? — Idze ty.



KASPER

    Wis, bracie,
    idź ty pirwy — namość słomę.



KASIA

    Przyjdziewa.



[JASIEK]

    Cóz sie trzymacie,
    lgnies do niego — ?



KASPER

    To sie zeń.



JASIEK

    Do zeniacki pirsy leń,
    a wpół chyci, zwyobraco.



KASPER

    Jest ta Kasie chycić za co.



JASIEK

    Juz bym do wos nic nie cuł —
    ino ciągnie mnie bez pół.



KASIA

    Przynieś wódki.



KASPER

    Naści grosz.



JASIEK

    Zaros, juści racje mos,
    lece!






SCENA 17


Kasper, Kasia


KASIA

    Powiedziałam tak na hece.



KASPER

    Kasiu, dyć to k'sobie miło,
    byśwa poszli spolnie ka.



KASIA

    Na ogrodzie sie zrosiło —
    jak kces gęby, na —



KASPER

    Ino by najmilej było
    k'sobie, Kasiu, byle ka.



KASIA

    Juści, miło, Kaspruś — co?
    k'sobie —



KASPER

    Ano —



KASIA

    Juści...



KASPER

    Zaś.



KASIA

    Splezła mi się wstązka kaś —



KASPER

    Wstązka od gorseta?



KASIA

    Nie ta,
    przewiązka spodnicki.



KASPER

    Kabyśwa pośli, Kasicko,
    mojeś ty palące policki.
    
    nuci
    
    „Ino mi się nie broń dziś,
    jutro mozes sobie iść”.






SCENA 18


Kasper, Kasia, Nos


NOS
z flaszką i kieliszkiem


    W twoje ręce.



KASPER

    Podziękować.



NOS

    A dej Kasię pocałować.



KASPER

    W twoje ręce!



KASIA

    Podziękować!



NOS

    A teraz pocałuj z woli.



KASIA

    Ej ta, cóz to — ?



NOS

    Nie zaboli —
    Kasiu, dziwcze, co za dąs,
    i on, i ja gołowąs;
    chcesz go, to ci go nie bronię;
    niedobrze ci w tej koronie.



KASIA

    Pódzies pon, patrzcie go,
    ledwo przysed, juz by kcioł.



NOS

    Adie, druhna, jak nie, to nie.



KASPER

    Cało flaszkę bestia schloł.






SCENA 19


Panna Młoda, Pan Młody


PANNA MŁODA

    Och, mójeśty, juz nie mogę tańcować,
    a tańce, nie chciałabym żałować
    jutro, że dzisiaj nie dosyć,
    jak dzisiaj, że nie dość wczora,
    ażem osłabła, aż prawie chora,
    ino, że mi nie trza doktora,
    ino tańca —



PAN MŁODY

    Jak paciorki różańca,
    taniec jeden, jak drugi
    jednaki,
    a łańcuch taneczny długi,
    do rana, a od rana do nocy.



PANNA MŁODA

    Pokiel starcy piecywa i kołocy,
    hulać, hulać w kółecko, tańcować...



PAN MŁODY

    A pocałuj, bo będziesz żałować.



PANNA MŁODA

    Tak ci mnie to granie tkliwi —



PAN MŁODY

    Poczekaj, będziemy szczęśliwi —



PANNA MŁODA

    Mój ty Boże — !



PAN MŁODY

    W jakim dworze;
    postawimy se dwór modrzewiowy,
    brzózek przed oknami posadzę.



PANNA MŁODA

    Brzoza straśnie sybko pusco,
    het ściany we trzy roki ocieni.



PAN MŁODY

    Będziemy se siedzieć w zieleni,
    będziemy se siedzieć w maju,
    we kwitnącym sadzie.



PANNA MŁODA

    W paradzie.



PAN MŁODY
nuci


    „A jak będzie słońce i pogoda,
    słońce i pogoda...”



PANNA MŁODA
nuci


    „Pójdziemy se razem do ogroda —
    będziemy se fijołecki smykać...”






SCENA 20


Dziennikarz, Zosia


ZOSIA

    Ach!



DZIENNIKARZ

    Aa! —



ZOSIA

    Bardzo ciemno.



DZIENNIKARZ

    Nie widno.



ZOSIA

    Zmęczonam, wciąż w kółko, w kółko...



DZIENNIKARZ

    I cóż? chłopy pani nie brzydną?



ZOSIA

    Nie wiem — nie; — patrzę na ludzi
    jak na przeróżnych ludzi.



DZIENNIKARZ

    A tak się serduszko budzi.



ZOSIA

    Patrzę i usypiam serce;
    to ładne — to bardzo górne,
    ale z tego co? — ja czuję,
    muru głową nie przewiercę,
    a jak widzę w lichej poniewierce
    rzeczy górne i piękne, i czułe,
    to mnie boli.



DZIENNIKARZ

    A ten ból przechodzi.



ZOSIA

    A pan ma swoją bibułę,
    żeby ból każdy przeszedł.



DZIENNIKARZ

    Epidemia.



ZOSIA

    Pan nie wierzy, co nie przewidziane?
    A wie pan, ojczyzna to chemia;
    serce, jak się czego uczepi,
    to dynamit.



DZIENNIKARZ

    Coraz lepiéj,
    jeszcze jeden taniec w kółko,
    a edukacja skończona.



ZOSIA

    Nie byłabym ja chłopu żona;
    nikt mnie w śluby nie poprosi —
    ale myślę, panie redaktorze,
    że tam w tej wiejskiej komorze,
    w półblasku kuchennej lampy,
    że tam mój taniec coś znaczy.



DZIENNIKARZ

    Gdy sama to pani uznać raczy... —



ZOSIA

    Pan skąd się tu bierze?



DZIENNIKARZ

    Ja się patrzę, lubię i nie wierzę,
    za to wierzę w panią.



ZOSIA

    Za co?



DZIENNIKARZ

    Za tę minkę, oczy, gest.



ZOSIA

    Podobam się?



DZIENNIKARZ

    W tym coś jest.






SCENA 21


Poeta, Rachel


POETA

    To pani, o, proszę wejść.



RACHEL

    Idę za panem jak cień;
    pan się może śmiać,
    ale mnie się wymarzyło,
    że się tu zaczyna coś dziać — ?



POETA

    Może — a w tej chwili na dworze
    pani mi się z dala pokazała,
    jak płomieniste widziadło.



RACHEL

    Byłam w ten szal owita cała
    i w świetle ode drzwi, ot tak.



POETA

    Noc nasze przeinacza widzenia.



RACHEL

    Ja prawie że jestem w trwodze —
    a wie pan, że się zwróciłam w drodze,
    bo mi w poprzek ścieżki przeszła
    jakaś osoba...



POETA

    To są ludowe baśnie.



RACHEL

    Chodzą hałaśnie
    w huczącym wichrze; pan widzi,
    jaki się huragan zrywa,
    jak świszczy i drzewa szamoce —



POETA

    Zatrząsł szybami; — patrz pani,
    czego nie dostrzegam w ogrodzie...



RACHEL

    Tak bardzo ciemno...



POETA

    Ktoś wyrwał krzew różany.



RACHEL

    Czy ten, co był w słomę odziany?



POETA

    No ten chochoł.



RACHEL

    Ktoś połamał? —
    a myśmy, cośmy to chcieli
    z nim — ?



POETA

    Myśmy lecieli
    na lep poezji — i teraz
    dwór się od poezji trzęsie;
    odbywa się wielkie darcie
    piór wszelijakiego drobiu:
    grunwaldzkie duchowe starcie,
    lecą pióra orle, pawie, gęsie,
    wnet ujrzymy husarię i króla;
    zatrzęsło sie tu ze wszech jak do ula.



RACHEL

    W powietrzu atmosferyczna zmiana:
    chata stała się rozkochana
    w polskości — właściwa skala:
    żar, co się duchem udziela,
    co się na powietrzu spala
    jak garść lnu.



POETA

    Dawno nie miałem snu,
    jak ten wieczór, jak ta noc.



RACHEL

    Przedziwna, przedziwna Moc,
    te potęgi walczące, ten wiatr,
    jakieś prastare siły.



POETA

    Hen z Tatr
    przylatują ku mnie przypomnienia!
    Skrzydeł! — nad ten las z kamienia
    lecieć — w górę —



RACHEL

    Na szczyty!



POETA

    Walküra!



RACHEL

    Dzisiejsze sny,
    po tej nocy nieprzespanej,
    będą cudne — bo oczy patrzące
    stały się figurami ludne,
    które się niełatwo zatrzeć dadzą.



POETA

    Chodźmy patrzeć!






SCENA 22


Gospodarz, Kuba


KUBA

    Jakiś pon, jakiś pon
    zsiadają z siwka w podwórzu;
    koń ogromniec...



GOSPODARZ

    Weźcie konia
    razem ze Staszkiem ku szopie;
    podrzućcie co żryć.



KUBA

    A pon musi wielgi być:
    ubiory na nim czerwone,
    siwa broda a lira u siodła,
    jak te dziady z Kalwaryje
    co nosa lirę u pasa.
    Niech pon wyjdą w sień.



GOSPODARZ

    Bania się z gośćmi rozbiła
    w ten weselny dzień;
    kogóż ta ciekawość przywiodła?
    Latarkę zaświć! —



KUBA

    Jak żyje,
    jeszczem takiego Polaka
    nie ujzoł —



GOSPODARZ

    Bo żyjesz mało;
    jeszcze duża takich Polaków ostało,
    co są piękni.



KUBA

    A kaz się to wszyćko kryje? —
    O, zaroz będzie latarka,
    ino sie przypiece siarka.






SCENA 23


Gospodarz, Gospodyni, Kuba


GOSPODARZ

    Słyszysz, ponoś ktoś w gościnę,
    jakiś jakby wielki gość...



GOSPODYNI

    Tu drzwi zawrzes — tam se gwarzcie,
    jo już mom tych tańców dość;
    a cóż ty mos za tęgom minę,
    coś ty jakisik niepewny — ?



GOSPODARZ

    Ino, matuś, zaś nie swarzcie —
    ja tak dziś przy Weselu rzewny;
    jakiś gość nie lada jaki...



GOSPODYNI

    Tu drzwi zawrzes, tam se gwarzcie.



GOSPODARZ

    Kto to taki, kto to taki — — ?






SCENA 24


Gospodarz, Wernyhora


WERNYHORA

    Sława, panie Włodzimierzu,
    zjechałem tu gość.



GOSPODARZ

    Spocznij, Wasza Mość;
    żona stroi się w alkierzu...



WERNYHORA

    Ostań, panie Włodzimierzu.



GOSPODARZ

    Żona stroi się w alkierzu;
    niespodziany gość,
    właśnie była przy pacierzu,
    bo się dziecka kładło spać.



WERNYHORA

    Niechajże żona w alkierzu...



GOSPODARZ

    Bo się dziecka kładło spać,
    a ci nie przestają grać:
    jak wesele, to wesele,
    to nie będą w miejscu stać;
    ot, tu żona jest w alkierzu.



WERNYHORA

    Niechajże żony w alkierzu,
    niechże tańcuje Wesele.
    Siądźże, panie Włodzimierzu,
    mam Asaństwu nowin wiele:
    Pomówimy o Przymierzu.



GOSPODARZ

    Ano proszę, bardzo proszę.



WERNYHORA

    Siadaj.



GOSPODARZ

    Siadam — zacny gość —
    bardzo proszę, bardzo proszę;
    ceremonii dość.



WERNYHORA

    Ja z daleka — hen od kresów,
    konia zgnałem.



GOSPODARZ

    Podły czas.
    A do wszystkich spadłych biesów,
    toście tu są pierwszy raz;
    któż was zwabił w taki czas?
    A do wszystkich spadłych biesów,
    żeście tak niespodziewanie
    w noc i na to weselisko
    zechcieli tu, Ichmość Panie?



WERNYHORA

    Z daleka, a miałem blisko
    i wybrałem Weselisko,
    boście som tu jakoś wraz,
    i wybrałem Ichmość Mości
    dom, gdzie ludzie sercem prości.



GOSPODARZ

    Wasza Mość mieliście blisko,
    serceście zobligowali —
    myśmy sobie prości — mali.



WERNYHORA

    Z daleka, a miałem blisko;
    ledwom wymienił nazwisko,
    a zaraz mi pokazali
    tacy chłopcy, rześcy, mali.



GOSPODARZ

    Co to u nich serce z miską;
    przybieżali, powiadali,
    czego nie zjęzykowali:
    że pan stary, że Dziad stary,
    że Dziad z lirą, brodą siwą...



WERNYHORA

    Ot, dziadzisko z siwą brodą.
    Dawnoż było w duszy młodo;
    żeście sobie prości, mali,
    toście wielkich krzywd nie znali. —
    Chudobę macie szczęśliwą.



GOSPODARZ

    A ot, takie złote żniwo,
    złote pola — pokoszone —
    wszystko błoto — zadyszczone; —
    sady ciche — kwitną, rodzą,
    jedne z drugich same wschodzą:
    złote żniwo, serce z miską;
    nie trzeba szukać daleko,
    kiedy było jakoś blisko.
    Pokażę waćpanu żonę.



WERNYHORA

    Złote żniwo, serce złote:
    jeszcze u was w duszy młodo,
    żeście sobie prości, mali,
    toście wielkich krzywd nie znali. —
    Może żona ma robotę — ?



GOSPODARZ

    Żona stroi się w alkierzu,
    chce się wydać urodziwa,
    że to gość niespodziewany,
    każe zaraz podać piwa.



WERNYHORA

    Zostaw, panie Włodzimierzu,
    że to chwila osobliwa...



GOSPODARZ

    Lepiej gwarzy się przy szklenie,
    że to z drogi, tyle błoto;
    lepiej gada się przy wenie.



WERNYHORA

    Kiej się nie rozchodzi o to;
    że to chwila osobliwa,
    możemy na osobności
    porozmawiać.



GOSPODARZ

    Słucham Mości;
    a to chwila osobliwa.
    Wolnoć spytać o nazwisko... — ?



WERNYHORA

    Nie poznałeś — ?



GOSPODARZ

    Ktoś mi znany,
    ktoś serdeczny, ktoś kochany,
    ktoś, co groźny — dawny, stary,
    jak wiek cały...



WERNYHORA

    Dawnej wiary.



GOSPODARZ

    Ktoś mi znany, niespodziany...



WERNYHORA

    Przypominasz krwawe łuny
    i jęk dzwonów, i pioruny,
    i rzeź krwawą, krwawe rzeki?



GOSPODARZ

    A sen, sen jakiś daleki,
    jeszcze w uszach mam te dzwony —
    mieszają weselne grajki:
    jakieś stare dumy, bajki.



WERNYHORA

    Jeszcze w uszach mam te dzwony
    ponad ich weselne grajki:
    jęk posępny, jęk męczony,
    tyle krwi rzezanych ciał;
    ja tam był, przy trupach stał;
    jeszcze w uszach mam te dzwony.
    Patrzyłem się na lud święty,
    jako upadał przeklęty,
    przekleństwami potępiony:
    kiedy ojce klną na synów,
    kiedy syny przeklną ojce,
    takie jęczące ogrojce
    łez krwawiących, łez serdecznych
    słyszałem w tych głosach wiecznych:
    w głosach dzwonów jęk szalony —
    jeszcze w uszach mam te dzwony.



GOSPODARZ

    Dawne czasy — dawne wieki,
    a sen, sen jakiś daleki,
    jęki przygłuszają grajki;
    jakieś stare dumy, bajki.



WERNYHORA

    Ja stałem w pożarnej łunie
    na siwym, na siwym rumaku,
    czekając Bożego znaku.
    Za mną piorun po piorunie
    bije z chmur, przez niebo łyska.



GOSPODARZ

    Rzecz daleka — taka bliska,
    ktoś mi znany, niespodziany;
    ktoś, o którym jeszcze wczora
    tylko we śnie, tylko w marze:
    Pan-Dziad z lirą...



WERNYHORA

    Wernyhora.



GOSPODARZ

    Pan-Dziad z lirą — Wernyhora!
    Wy mnie znany — spodziewany,
    Wy, o którym jeszcze wczora
    tylko we śnie, tylko w marze:
    jak owi dawni mocarze,
    Wy na koniu, siwym koniu,
    poprzed dom mój, z wieścią.



WERNYHORA

    Słowem!



GOSPODARZ

    Wy ze Słowem — Wy ze Słowem!



WERNYHORA

    Ja z Rozkazem.



GOSPODARZ

    Rozkaz-Słowo!
    Dawno serce już gotowo
    tem wezwaniem piorunowem.



WERNYHORA

    Słowo-Rozkaz, Rozkaz-Słowo;
    dla serca serce gotowo.
    Słuchaj, panie Włodzimierzu:
    oto chwila osobliwa,
    pomówimy o Przymierzu.



GOSPODARZ

    To jak ze snu prawda żywa,
    chwila dziwnie osobliwa.
    Jakiż rozkaz?



WERNYHORA

    Trzy zlecenia.



GOSPODARZ

    Chwila dziwnie osobliwa:
    żem niejako jest wezwany.



WERNYHORA

    Roześlesz wici przed świtem,
    powołasz gromadzkie stany.



GOSPODARZ

    To jak ze snu prawda żywa;
    prawie że są wszyscy społem
    u mnie przez to weselisko.



WERNYHORA

    Ma być jawne, co jest krytem;
    co dalekie było — blisko.
    Dziś u Waści weselisko;
    prawie że są wszyscy społem;
    roześlesz wici przed świtem;
    niech jadą we cztery strony.



GOSPODARZ

    Porozsełam konno gońce,
    roześlę wici przed świtem;
    zaraz się poradzę żony —
    ona swoim chłopskim sprytem.



WERNYHORA

    Niech jadą we cztery strony!
    Bądź gotów, nim wstanie słońce.
    Skoro porozsełasz gońce,
    zgromadzisz lud przed kościołem,
    jak są zdrowi, prości, mali;
    ażeby godność poznali,
    Bogiem powitasz ich kołem,
    a wtedy przykaż im ciszą,
    niech żaden brzeszczot nie szczęknie,
    a skoro rzesza uklęknie,
    niech wszyscy natężą słuch:
    czy tętentu nie posłyszą
    od Krakowskiego gościńca — ?



GOSPODARZ

    Wytężam, wytężam słuch.



WERNYHORA

    Ja wiem, żeś jest Asan zuch
    Od Krakowskiego gościńca
    czy tętentu nie posłyszą,
    czy już jadę z Archaniołem — ?



GOSPODARZ

    Wytężam, wytężam słuch —
    choćby i największy zuch,
    jak to, co to, rozpoczęcie — —?



WERNYHORA

    Słuchać ślepo, wierzyć święcie;
    ja wiem, żeś jest Asan zuch.



GOSPODARZ

    Ja mam stanąć przed kościołem?
    to jak we śnie prawda żywa.
    Któż mnie darzy tym zaszczytem;
    któż śle ku mnie dawne gońce:
    chwila dziwno osobliwa.



WERNYHORA

    Bądź gotów, nim wstanie Słońce.



GOSPODARZ

    Wstaną kosy w słońca świcie;
    będę gotów!



WERNYHORA

    Przysiąż Słowo.



GOSPODARZ

    Rzekłem.



WERNYHORA

    Przysiąż.



GOSPODARZ

    Rośnie życie.
    Czyli marą Wy widmową,
    czyliś Waść jest upiór grobów,
    czy ty próchno, czy ty czarem,
    żeś ze słowem przyszedł starem,
    żeś na mnie użył sposobów
    i co we mnie tajemnicą,
    ty mówisz jak rzecz prawdziwą;
    jako żywo, jako żywo — !



WERNYHORA

    Mówię Słowo — rzecz prawdziwą;
    chwila, chwila osobliwa:
    wybrałem dziś weselisko,
    twój dworek, dróżkę, zagrodę. —
    Słyszysz, jaki wicher wyje!
    Słyszysz, wielki deszcz się pluszcze!
    Słyszysz, chrzęszczą wielkie drzewa
    i jako trzaskają kuszcze:
    to tam moja drużba śpiewa,
    tysiąc koni grudy bije
    ze złotymi podkowami!



GOSPODARZ

    Jezus, zmiłuj się nad nami — — !



WERNYHORA

    Leć kto pierwszy do Warszawy
    z chorągwią i hufcem sprawy,
    z ryngrafem Bogarodzicy;
    kto zwoła sejmowe stany,
    kto na sejmie się pojawi
    Sam w stolicy — ten nas zbawi!



GOSPODARZ

    Jako żywo, jako żywo;
    Waść mi takie dziwa prawi,
    i to jako rzecz prawdziwą.



WERNYHORA

    Wszystko święte, wszystko żywo:
    z daleka, a miałem blisko;
    wybrałem twój dom, zagrodę
    i wybrałem Weselisko.
    Waszmość rękę miej szczęśliwą:
    Daję Waści złoty róg.



GOSPODARZ

    Złoty róg.



WERNYHORA

    Możesz nim powołać chór.



GOSPODARZ

    Bratni zbór.



WERNYHORA

    Na jego rycerny głos
    spotężni się Duch,
    podejmie Los.
    Daję w twoje ręce róg.



GOSPODARZ

    Dziękuj Bóg.



WERNYHORA

    Waść masz porozsełać wici,
    lud zgromadzić przed kaplicą.



GOSPODARZ

    Jutro? — skoro się zgromadzą?
    mają radzić? — co uradzą?



WERNYHORA

    Jutro: wielką tajemnicą,
    jutro skoro się zgromadzą,
    niech nie radzą, nic nie radzą,
    jednoś niechaj w ciszy staną.
    Jutro wielką tajemnicą.
    A ty wstawszy bardzo rano,
    skoro zejdzie pierwsze słońce.
    ku drogom natężaj słuch.



GOSPODARZ

    Jutro?!



WERNYHORA

    Jutro!!!



GOSPODARZ

    Wszelki duch!!!






SCENA 25


Gospodarz, Gospodyni


GOSPODARZ

    Żono, słuchaj no, żonisia,
    pódź no, Hanuś!



GOSPODYNI

    Cóz takiego?!



GOSPODARZ

    Osobliwy ten dzień dzisia,
    tyle naraz wiem nowego.



GOSPODYNI

    A złego co, cy dobrego?



GOSPODARZ

    A wiesz, mama, tyle tego,
    że mi w głowie huczy, szumi;
    kto zrozumi, kto zrozumi?



GOSPODYNI

    Cóz takiego, cóz takiego?
    możeś chory, któż ten stary?



GOSPODARZ

    Kto ten stary: — Wernyhora;
    jeno nie mów to nikomu,
    to ci mówię po kryjomu,
    i on był tu w tajemnicy.



GOSPODYNI

    Ka już posed — — ?



GOSPODARZ

    Precz odjechał,
    bardzo ważne mówił rzeczy:
    trza się zbierać.



GOSPODYNI

    A co tobie?



GOSPODARZ

    Trza się zbierać, pasy, torby,
    moja flinta, pistolety
    i te szable wezmę obie — — !



GOSPODYNI

    O Jezusie, jakieś borby
    po nocy, gdzież to, cóż znowu — — ?



GOSPODARZ

    Mam być gotów.



GOSPODYNI

    Gwałtu, rety!
    Ledwo stoisz, jesteś chory.



GOSPODARZ

    Zaraz konno jechać muszę.



GOSPODYNI

    Jeszcze spadniesz ka do rowu...



GOSPODARZ

    Poprzysiągłem się na duszę;
    konno muszę — — !



GOSPODYNI

    Cary, zmory,
    jakaś siła?!



GOSPODARZ

    Od tej pory
    żyć zaczniemy — coś wielkiego!



GOSPODYNI

    Chowaj Boże czego złego.



GOSPODARZ

    Z daleka jechał, miał blisko;
    goniec, zwiastun, Wernyhora!
    Tam! już jakaś wielka Zgoda.
    Z daleka jechał, miał blisko —
    koniec i początek Sprawy.
    Kazał. — Słowo. Słuchać muszę,
    zaprzysiągłem się na duszę.
    Jego siła mnie urzekła:
    Duch narodu!



GOSPODYNI

    Widmo z Piekła!
    gwałtu, rety, jesteś chory,
    cosi, gdziesi, kajsi, ktosi -
    piłeś duza.



GOSPODARZ

    Duch ponosi!






SCENA 26


Gospodarz, Jasiek


GOSPODARZ

    Jasiek!!



JASIEK

    Pon co!?



GOSPODARZ

    Sam tu!



JASIEK

    Juści!



GOSPODARZ

    Siodłać konia, dosiądź szkapy,
    pojedziesz zwoływać chłopy!



JASIEK

    Jechać, teraz, trzeba — — ?



GOSPODARZ

    Musi!



JASIEK

    Zagubię się w tej celuści,
    wszędy straszne błotne chlapy.



GOSPODARZ

    Aleś Jasiek, co przeleci!



JASIEK

    Konia se odwiąze z szopy!



GOSPODARZ

    Musi! Ważne rzeczy.



JASIEK

    Nasza?



GOSPODARZ

    Przeleć, przeleć w cztery strony;
    pukaj w okna, zakrzycz „musi”;
    niech tu staną przede świtem,
    niech tu staną przed kaplicą
    chłopy z ostrzem rozmaitem.



JASIEK

    Chłopy z kosą — dobra nasza!



GOSPODARZ

    Dobędzie się i pałasza.



JASIEK

    Że pon wojak — dobra nasza!



GOSPODARZ

    Dobra nasza!



JASIEK

    Lecę duchem!



GOSPODARZ

    Tajemnica!



JASIEK

    Chłopy z kosą!
    Same wichry mnie poniosą!



GOSPODARZ

    Niech przed świtem staną.



JASIEK

    Musi!!



GOSPODARZ

    A nie słuchaj, choć czart kusi,
    jeno prosto.



JASIEK

    Swego nosa.



GOSPODARZ

    Nim na wrzosy padnie rosa,
    zanim ptaki zaświergocą...



JASIEK

    Lecę duchem.



GOSPODARZ

    A leć z mocą!



JASIEK

    Hej!



GOSPODARZ
wręcza Jaśkowi złoty róg, który otrzymał był od Wernyhory


    Masz w łapę, to jest dar.



JASIEK

    Szczyre złoto, cóż to?



GOSPODARZ

    Czar!
    Owiń se o szyję sznur
    i dzierż mocno cięgiem róg.
    Bacuj u rozstajnych dróg,
    by cię jaki czart nie zmóg.
    Nie chylaj się nigdzie po nic,
    ino leć.



JASIEK

    Do samych granic!



GOSPODARZ

    Wróć, nim trzeci pieje kur;
    wrócisz, to se staniesz tu;
    wtedy zadmij tęgo w róg,
    to się taki wzmoże Duch,
    jaki nie był od lat stu —
    bo wszyscy wytężą słuch.
    Ino nie zgub, bo róg złoty,
    bo go zseła Jasny Bóg.



JASIEK

    Wolę goreć w Piekle poty.



GOSPODARZ

    Bez tego złotego dźwięku
    wniwecz pójdzie cały ruch.



JASIEK

    Opasę sie.



GOSPODARZ

    Nie szarp w ręku!



JASIEK

    Hajże — !



GOSPODARZ

    Leć, krakowski zuch!



JASIEK
który był wybiegł, wraca, chylając się za czapką porzuconą na podłodze


    Moja copka z pawim piórem.



GOSPODARZ

    Stawaj tu przed trzecim kurem.






SCENA 27


Gospodarz, Staszek


STASZEK

    Cy pon słyszą, co sie dzioło:
    teraz sie tak wicher wzdon,
    jak odjechał stary pon.



GOSPODARZ

    Toś ty przywodził starego,
    tego pana w delii, w pąsach?



STASZEK

    Kiela tego, tela tego,
    złote iskry miał na wąsach,
    a ta delijo pąsowa,
    to jak ogień, jak płomieniec,
    a koń diabeł, czart, odmieniec.



GOSPODARZ

    Koń siwy, czaprakiem kryty,
    czaprak tkany, rozmaity.



STASZEK

    U siodła pistolców dwoje.



GOSPODARZ

    I lira przez siodło zwisła.



STASZEK

    Wszystko jakbyście widzieli...



GOSPODARZ

    Gdziesi, kiedyś coś widziałem...



STASZEK

    Przy samiuśkim koniu stałem;
    szkapa jak ogonem świsła —
    skąd ta u niej tako siła —
    to pysk Kubie osmaliła.



GOSPODARZ

    Kuba strzymał?



STASZEK

    A, psiawiara,
    nijak strzymać się nie dała,
    ino het ogonem prała,
    żeśmy oba sie chycili
    uzdek — aż i dosiadł Stary.



GOSPODARZ

    Siadł, pojechał —



STASZEK

    A cy cary,
    koń — jak ony nań sie zwalił,
    jakby wągle w nim rozpalił:
    ogniem piernół, ogniem łysnął,
    jak się naroz bez płot cisnął,
    mnie i Kubie pysk osmalił.



GOSPODARZ

    A wszelki duch Pana Boga:
    na zegarze po północku.



STASZEK

    Została zguba u proga...



GOSPODARZ

    Zguba!?



STASZEK
podaje Gospodarzowi złotą podkowę


    Na!



GOSPODARZ

    Złota podkowa —



STASZEK

    Błyskotała sie na błocku.



GOSPODARZ

    Wymowniejsze niźli słowa:
    znak widoczny, oczywisty,
    że zawitał gość ognisty
    na stepowym siwym koniu,
    z lirą dzwoniącą u siodła:
    orły, kosy, szable, godła!






SCENA 28


Gospodarz, Gospodyni, Staszek


GOSPODARZ

    Patrzaj, Hanuś!



GOSPODYNI

    Scęście w ręku!



GOSPODARZ

    Szczęście, szczęście znalezione.



GOSPODYNI

    Ka?



GOSPODARZ

    Pod progiem na przysieniu;
    szczęście w ręku.



GOSPODYNI

    Cała złota,
    o mistyrna tyz robota.
    Któż to zgubił? — Schować trzeba.



GOSPODARZ

    Zwołać ludzi — spadło z nieba;
    trza pokazać zgromadzeniu.






SCENA 29


Gospodarz, Gospodyni


GOSPODYNI

    Ni ma cego — Scęście w ręku;
    tego z ręki się nie zbywa,
    w tajemnicy się ukrywa,
    światom się nie przekazuje:
    Scęście swoje sie szanuje!



GOSPODARZ

    Złota!



GOSPODYNI

    Prawda.



GOSPODARZ

    Rzuć do skrzyni!
    Prawdziwieś do ręki wzięła;
    szczęście swoje się szanuje,
    czyli Piekła dar, czy z Nieba —
    aleć jensze szczęście moje.



GOSPODYNI

    Cóz ty godos, ja sie boje.



GOSPODARZ

    A boś jeszcze nie pojęła:
    skończyć nędzę — zacząć dzieła.



GOSPODYNI

    Jakie dzieła, co za dzieła?
    cóżem to ja nie pojęła?



GOSPODARZ

    Orły, kosy, szable, godła,
    pany, chłopy, chłopy, pany:
    cały świat zaczarowany,
    wszystko była maska podła:
    chłopy, pany, pany, chłopy,
    szable, godła, herby, kosy,
    aż na głowie wstają włosy,
    wszystko była podła maska
    farbiona — jak do obrazka:
    cały świat zaczarowany.



GOSPODYNI

    A cóż tobie, cy gorącka?



GOSPODARZ

    Snuło się to jak gorączka,
    jak gorączka na wulkanie,
    jak szumienie na organie:
    takie figury w koronie,
    tacy pyszni szlachta w herbie,
    pałace, zamczyska, wille,
    tabunami gnane konie,
    sześciu paradników w tyle:
    hulaj dusza bez kontusza
    z animuszem, hulaj dusza!!
    ani zbili pan w koronie,
    że stoimy gdzieś na szczerbie,
    ani zbili szlachta w herbie,
    ani zbili chłop przy roli,
    czy tam kogo gdzie co boli:
    wół przy roli, świnia w ganku —
    hulajże, panie kochanku.



GOSPODYNI

    Połóżże sie, boś pijany.



GOSPODARZ

    Świat pijany, świat pijany,
    cały świat zaczarowany
    puść mnie, ja mam jechać, muszę,
    poprzysiągłem się na duszę.



GOSPODYNI

    Gwałtu, rety!!!






SCENA 30


Gospodarz, Gospodyni, Goście z miasta


WSZYSCY

    Co się dzieje??
    Co się stało?



GOSPODYNI

    Ot, szaleje!



GOSPODARZ

    Wy a wy — co wy jesteście:
    wy się wynudzicie w mieście,
    to sie wam do wsi zachciało:
    tam wam mało, tu wam mało,
    a ot, co z nas pozostało:
    lalki, szopka, podłe maski,
    farbowany fałsz, obrazki;
    niegdyś, gdzieś tam, tęgie pyski
    i do szabli, i do miski;
    kiedyś, gdzieś tam, tęgie dusze,
    półwariackie animusze:
    kogoś zbawiać, kogoś siekać;
    dzisiaj nie ma na co czekać.
    Nastrój? macie ot nastroje:
    w pysk wam mówię litość moje.

pluje










AKT III






SCENA 1


Gospodarz

Chodzi tam i sam; zatrzaskując zamyka to jedne, to drugie drzwi, które ktoś od zewnątrz otworzy; wreszcie znużony położył się na zestawionych krzesłach, drzemiący. Pokój jest ciemny.

Wszystko już odtąd mówione półgłosem.





SCENA 2


Gospodarz, Poeta, Nos, Pan Młody, Gospodyni, Panna Młoda


POETA
Spił sie, no!


GOSPODARZ
Zwyczajna rzecz:
powinien mieć polski łeb
i do szabli, i do szklanki
— a tymczasem usnął kiep.


NOS
Do szklanki i do kochanki —
— chociaż nie — chociaż nie; —
rzecz mi się inaczej widzi,
coś mnie tak pod sercem rwie,
może z tego będzie co; —
wino, wódka — to nie to,
czynnik główny: ... miecz.


GOSPODARZ
Miecz — miecz, czynnik główny miecz


POETA
Dziwna rzecz — dziwna rzecz;
połóżcie go spać.


PAN MŁODY
Szarpie sie.


NOS
Widzi mi się, jestem w lesie;
uciekają drzewa precz....


PAN MŁODY
Czy cię nudzi?


NOS
Wszystko nudzi,
wszystko mi się przykrzy już;
koło serca mi się studzi,
odleciał mnie Anioł stróż;
ino mi się widzi las
i te drzewa lecą precz:
wszystko hula: has, has, has.


PANNA MŁODA
To sie spił.


POETA
Ciekawa rzecz.


GOSPODARZ
Wszystko zawsze jest ciekawe,
wszystko interesujące.


PAN MŁODY
Własny ton, muzyka duszy;
ton, przez który dusza krzyczy.


POETA
Ciszej — czegoś sobie życzy.


NOS
Kapkę wina, w gardle suszy.


POETA
Masz —


NOS

do Poety

Znam, znam: evviva l'arte,
życie nasze nic niewarte:
kult Bachusa i Astarte.
Ha! trza znosić Fata, Los,
konsekwentnie próżny trzos;
o Wielkościach darmo śnić,
trzeba żyć, trzeba żyć. —
Bonaparte, ten miał nos.


GOSPODARZ
ze swego miejsca

Gdzieżeś ty się tak uwinoł,
ledwo drugi dzień wesela,
jużeś powalony z nóg.


NOS
Chciałem, żebym w tłumie zginął,
żeby się tak zniwelować,
zanurzyć się po szczyt głowy
w ten świat zdrowy;
indywidualność zdusić,
do prostoty się przymusić,
ale cóż, kiedy natura
rozśpiewała moją duszę;
mimo żem chciał się pogłębić,
na plan pierwszy wstąpić muszę —
czuję! psiakrew, serce czuję...


POETA
Nie żarty, choroba serca;
po cóż pijesz?


PAN MŁODY
Niebezpieczno,
ach, to już prawie szaleństwo.


GOSPODARZ
mrucząc

...A jednak i to... męczeństwo:
żyć z tą pustką w duszy wieczną.


NOS
Piję, piję, bo ja muszę,
bo jak piję, to mnie kłuje;
wtedy w piersi serce czuję,
strasznie wiele odgaduję:
tak po polsku coś miarkuję
szumi las, huczy las:
has, has, has.
Chopin gdyby jeszcze żył,
toby pił —
has, has, has,
szumi las, huczy las.


POETA
Połóżże się na kanapie,
jak się wyśpisz, pójdziesz w tan.


NOS
Tańcowałem z Morawianką,
nikt jej nie chciał w taniec brać,
przecie mnie na litość stać:
ona chłopka, a ja pan,
jak się prześpię, niech poczeka.


GOSPODARZ
majacząc

Sen — sen: — niech poczeka tam;...
długa droga i daleka,
jedzie drogą wielki pan...


POETA
do brata

Coś się marzy — — ?


GOSPODARZ
I ja śpiący.


GOSPODYNI
do męża

Podź na łóżko, zgotowione.


GOSPODARZ
Nie — zostanę tu w fotelu.

ku Nosowi

He, dobranoc, przyjacielu,
tych prawdziwych już niewielu.


NOS
układa się na sofie; do Pana Młodego

Całowałem Morawiankę,
a trzymałem flaszkę w łapie;
flaszka mi się przechyliła
i czuję, że wino kapie;
szkoda wina; — w tym przyczyna,
że trzymałem flaszkę w łapie;
chciałem wyjąć korek, a tu
korek coraz na spód idzie;
myślę sobie, daj go katu,
wyciągnę korek za włos,
za włos długi Morawianki,
a ona poszła po szklanki;
no, ale się jakoś stało,
że wypiłem flaszkę całą
i... musiałem wypić włos!
i to mnie tak rozmarzyło,
żem się kochać począł naraz —
chcę całować drugi raz
i tutaj nowy ambaras,
bom runął jak, jak — jak głaz.


PAN MŁODY
Pamiętaj na drugi raz:
wprzód całować, potem pić.


POETA
Wprzódy zmarnieć, potem żyć.


GOSPODYNI
A podźcie juz, niechże śpiom.


NOS
Tom te rom tom, tom, tom, tom...


PANNA MŁODA
Ostawcie ich, podźcie już.


POETA
Ciekawy stan takich dusz.


PAN MŁODY
My jeno znamy połowę
o sobie — któż resztę wie — — ?


POETA
Gdzie to człowiek chadza w śnie:
straszno tam, tutaj źle;
prawie co dzień myślę o tem:
jak to długo może trwać — ?


NOS
Na ten temat myślę co dzień;
jak się wyśpię, powiem mowę —
chce mi się okrutnie spać,
najlepiej na ten temat śpię.


PAN MŁODY
Całe ciało zlane potem.


POETA
Trza mu suknie insze wdziać.


NOS
Wieczność — czy tak rozumiecie — ?
Nieskończoność — hej, gdzieś, hej —
ty mi, panno, wina lej;
spłyniem, inni po nas przyjdą.


GOSPODARZ
Czy oni już raz stąd wyjdą!
Nie tłuczcie się — ruszaj tam,
chcę mieć spokój, chcę być sam.


NOS
Spłyniem, inni po nas przyjdą;
uciekajcie, kysz, a kysz —
après nous le déluge.


Nos zasypia na sofie, Gospodarz na fotelu i krzesłach i tak już śpiący obaj pozostają.





SCENA 3


Czepiec, Muzykant we drzwiach wejściowych


CZEPIEC
Durny gajdusie,
piniądze tobyś chcioł brać?!


MUZYKANT
Nie gawędźcie, gospodorzu,
połóżcie się spać;
niech se potańcują inni.


CZEPIEC
Psiekwie — mieście grać powinni;
to mnie kazujecie leżeć,
jagem wom zesypoł piniądze. —
Patrzyć! — jak wom pyski spiere.
Będziecie czy nie będziecie grać — ?


MUZYKANT
Nie gawędźcie, gospodorzu,
połóżcie się spać;
niech se potańcują inni.


CZEPIEC
Psiekwie — mieście grać powinni.


MUZYKANT
Szóstke-ście dali,
juześmy wom przegrali;
niech se potańcują inni.


CZEPIEC
Psiekwie — mieście grać powinni.





SCENA 4


Czepiec, Czepcowa


CZEPCOWA
Dejze pokój —
cóz ci ta o głupie granie;
zastępujesz ta komu.


CZEPIEC
Następ — jo im sprawie lanie.


CZEPCOWA
Pojdze do dom, boś ochlany.


CZEPIEC
Caf się, babo — jo pijany?
Szuruj do domu!
Skrzypkowie, jo mom rękę silno,
moze wicie — po dobroci.


CZEPCOWA
O cóz to ci — o cóz to ci?


CZEPIEC
Następ, ja im sprawie lanie.


CZEPCOWA
Dejze pokój.


CZEPIEC
Psie gazdonie,
pokil mówię po dobroci.





SCENA 5


Czepcowa, Gospodyni


CZEPCOWA
Was ta śpi.


GOSPODYNI
Mój ta śpi.


CZEPCOWA
Telo z tym Weselem zachodu.


GOSPODYNI
Niech sie ta pocieszom z młodu.


CZEPCOWA
Juści, ino tylecka człowieka,
co sie nawesołuje z młodu;
późni ino cięgiem narzeka:
tego szkoda, tego szkoda...


GOSPODYNI
Tak ta, jak ta, jak sie co da.


CZEPCOWA
Ale piknie sie odbywo.
Ino to miastowe państwo
patrzy sie, patrzy, a poziwo;
widać to niewyspane cy jakie;
poziwo, a nie odydzie;
widać im sie szyćko udało; —
a naprzyjezdzało niemało.


GOSPODYNI
Tyło ozrywki w cały bidzie.





SCENA 6


Rachel, Poeta


RACHEL
Ach, panie, jak to piękna dla pana
chwila — ja panu oddana;
a że to tak przemija
i ani się pan coraz zbliża,
ani ja, bo ja wciąż nieśmiała.


POETA
Pani by tam stała i stała
na tym wichrze...


RACHEL
A, ten pęd; a potem te głosy coraz cichsze —
coraz dalsze — i ta muzyka bliska,
i te wszystkie na sadzie zjawiska,
którem ja widziała —
a że to tak przemija;
że my się rozejdziemy
że się wzajem zapomniemy,
to jest, pan mnie zapomni,
i jak się Rachel oprzytomni,
to będzie marzyć
i może będzie smutna.


POETA
To będzie pani kontenta,
że myśl tak upór nie zajęta
smutkiem — a Smutek to Piękno.


RACHEL
A jak struny sie jakie rozpękną
i zacznie grać ten żal.


POETA
Wtedy pani weźmie szal
i przystanie jak Polymnia w ogrodzie,
i pomyśli — — jaki krój jest w modzie,
jak się ubrać, mając pójść na bal
lub do koncertowych sal,
a tam — to się spotkamy.


RACHEL
No a cóż ten serdeczny żal
i ta na moim czole chmura — ?


POETA
A od czegóż jest literatura ?
to wejdzie w sztukę;
w jakiejkolwiek formie, ale wejdzie:
czy jako sonet, czy liryka,
czy feleton powieści.


RACHEL
A moja muzyka
serca — prawie miłość do pana
najszczersza — — ?


POETA
Ta będzie najszczerzej oddana,
co do wiersza.





SCENA 7


Haneczka, Pan Młody


HANECZKA
Dziękuję ci, panie bratku,
tak mi dobrze było tańcować.


PAN MŁODY
Dobrze, kwiatku?


HANECZKA
Jakem sie zaczęła kręcić tak w kółeczko,
tak w kółeczko,
takem i chciała pocałować
drużbę.


PAN MŁODY
Dziecko?!


HANECZKA
No a wy, to sie całujecie
nie jak dzieci.


PAN MŁODY
My jako poeci,
to nam, to niby uchodzi,
to się inaczej rozumie.


HANECZKA
A ja to w sobie zatłumię?
Niechże przecie sie wyszumię
w czułości dla tych Krakusów.


PAN MŁODY
Wszystko dobrze, prócz całusów


HANECZKA
Całus nie jest żadną stratą.


PAN MŁODY
Drużbowie za głupi na to.


HANECZKA
To tak mówisz na ostatku!

PAN MŁODY
Nie trza, kwiatku!





SCENA 8


Poeta, Maryna


POETA
Coraz piękniej — pani sama.


MARYNA
Pięknieję w tej samotności;
pan już, widzę, przypiął skrzydła,
pan już upoetyzował chwilę
i dom cały, wesele i gości.


POETA
Tak — już wszelakie straszydła,
cały raj fantastyczności
zimaginowałem żywy.


MARYNA
No i stał się pan szczęśliwy,
miarkując talentu tyle;
a my co — my nie poeci; —
czy nie uważa pan, że nad nas leci
jakaś kaskada czułości,
że się nam na oczach świeci,
jakbyśmy już coś widzieli — ?


POETA
Może, to może być,
że staliście się anieli
przez tę noc nieprzespaną,
przetańczoną, przegraną
a dalej co — ?


MARYNA
Myślę właśnie,
co dalej z anielstwem począć —
że do wozu się koniki zaprzągnie,
my siądziemy — lokaj trzaśnie
z bicza — i wszystko...


POETA
Jak z bicza trzask zgaśnie.


MARYNA
No ale któż
ten ton tak wysoki uciągnie??
Tam poza mną, jak stałam
przy skrzypaku — wysłuchałam:
mówili o Polsce chłopi
i mówili wcale rozsądnie i szczerze:
że tego, tamtego trzeba bić,
że się nie trzeba dać, że trzeba jakoś żyć,
że dłużej tak nie może trwać,
i, wie pan — jakoś temu wierzę,
że to było rozsądnie i szczerze.


POETA
Że jakby przyszło do czego...


MARYNA
Kiedy!?


POETA
Bo po co się to ciągle skarżyć biedy:
po co myśleć.


MARYNA
Rzeczywiście, po co —


POETA
A za popędem idąc...


MARYNA
Jak kto! —


POETA
Oni i my — my i oni,
na wyścigi — kto kogo przegoni!


MARYNA
A pan na Pegazie na chmurze.
Mnie się zdaje — że coś jest...


POETA
Tam?!


MARYNA
Tam — tu! — w całej polskiej naturze
przemiana.


POETA
Obserwacja?


MARYNA
Ja wróżę.


POETA
Ach, wierzę pani, i ja też przemieniony,
a jeszcze sobie nie wierzę
i choć wszystko pani mówię szczerze,
to przed sobą prawdę własną kryję
i we mgle jakowejś żyję.
Tyle się podłości i głupoty
koło mnie wlokło jak psów,
czepiało się moich rąk,
czepiało się moich nóg;
z tylum już zawracał dróg
dla mgieł, dla nocy, ciemności!
Oszaleć — bo wszędy czuję
ten ustrój poetyczności
i wszystko we mnie tańcuje:
mgły i smutek, i podłości —
i na skrzydłach mi cięży
ciężar jakby cudzych łez:
ktoś płacze
i łzy się do mojej duszy
czepiły — skrzydeł nie ruszy
mój Duch, bo spętany.
Słyszałem, jakby gdzieś nad nami
w górze, czy u stropów, czy chmur,
ktoś rzewnymi płakał łzami.


MARYNA
Co panu jest, co panu jest,
niech pan idzie ochłonąć na dworze,
na wichrze.


POETA
Tam! tam gorze
jeszcze więcej — tam mnie porywa
ten sad, gdzie drzewa ogromnieją
i ponurość się rodzi straszliwa
z krzewów i pni, i liści — co rdzewieją
w ciemni, jak majaki
spokojnych Słowiańskich Bogów.


MARYNA
— A, prawda się jak oliwa
zbiera; — cóż to pana boli?
myśl — ?


POETA
Ta myśl mnie boli: —
jest ktoś, co mnie wiąże do roli,
i ktoś, co mnie od roli odrywa;
jest ktoś, co mi skrzydła rozwija,
i ktoś, co mi skrzydła pęta;
jest ktoś, co mi oczy zakrywa,
i ktoś, co światło ciska;
jest jakaś ręka święta
i jest dłoń inna, przeklęta;
jest Szczęście, co się ze mną mija,
i Nieszczęście, które mnie tuli.


MARYNA
Że to pan wszystko tak pamięta,
że pan tym wszystkim tak się czuli.





SCENA 9


Czepiec, Kuba


CZEPIEC
Pódzies, smyku! pódzies, zdybiu!


KUBA
Dejciez pokój, panie wójcie.


CZEPIEC
Nie kręć się tu pod nogami,
tu starszeństwo ino sami.


KUBA
A jo coś wim i pedziołbym,
żebyście się nie ciskali.


CZEPIEC
Co...?


KUBA
Wy macie pójść kajś z nim.

tu wskazuje Gospodarza


CZEPIEC
wskazując

Z tym...


KUBA
wskazując

Co śpi.


CZEPIEC
Ka?


KUBA
Na Moskali!


CZEPIEC
Co, ja z nim, z tym, co śpi — — ?!


KUBA
Cyt, jemu sie cosik śni;
był u niego jakiś pon,
bary mioł jak chlebny piec.


CZEPIEC
Jakiś bardzo znakomity pon,
jeźli bary mioł jak piec.


KUBA
Zajechał konno w podwórze,
a potem, jak se pogadali
z tym, co śpi — pon Jaśka wzion;
Jasiek zaraz konia spion
i zakrzyknął: bić Moskali!
Myśmy dwa ze Staskiem stali.
Jesce wam i to powtórzę,
jak oni tu sie zgodali...


CZEPIEC
A ten pon — — ?


KUBA
Gość z Ukrainy,
jakiś okropnie bogaty,
straśnie polskie robił miny.


CZEPIEC
Stary — ?


KUBA
Pono setne laty. —
Mówili o jakisi rzezi, krwi —
że trza objezdzywać dwory;
pon był do szyćkiego skory,
tak się prędziuśko zmówili,
że jak stary już skońcyli,
tośmy ledwo odskocyli
ze Staskiem ode drzwi
i niby to, ze trzymomy siwka.


CZEPIEC
Koń był siwy — ?


KUBA
Jak śnig, mliko,
a czaprak pozłocisty.


CZEPIEC
Czy to nie jakosi podrywka,
czy Czart może ze mnie drwi?
Kto go więcej widzioł?


KUBA
Nik.


CZEPIEC
Staszek: bajok, a ty: śpik.


KUBA
Nie wierzycie? — jest podkowa,
bo koń złotem był podkuty;
oddarła sie i jo naloz.


CZEPIEC
Gdzie jest?


KUBA
A oddałem zaroz,
a matuś schowali do skrzynie.


CZEPIEC
Schowali podkowę do skrzyni — ?
nikomu nie pokazali;
jak na dobrom gospodynie.
dobrze — to sie nawet chwali.
Ale Szczęście! — Jo już wim,
trza, żebyśmy poszli z nim.
Słuchaj, Kuba, pódź ty ze mną,
bo jest ciemno.
Bedzies świciuł, zbierema się!

z gestem w stronę Gospodarza

Czekajcie! Rozmówiewa sie!





SCENA 10


Czepiec, Dziad


CZEPIEC
nastąpił we drzwiach na wchodzącego

A cóżeś za...!


DZIAD
Panie wójcie!


CZEPIEC
Ni mocie ka? W drodze stójcie?!


DZIAD
A strzeżcie sie — zmiłujcie sie —
tak sie rozpytujom chłopy,
jakby się co miało dziać:
chcom sie do żelastwa brać.


CZEPIEC
Stanie sie, co ma sie stać.


DZIAD
Jasiek cosi po wsi gonił
konno — w okna wszystkim dzwonił.


CZEPIEC
Czy ja spał, gdziem ja był!


DZIAD
Wyście, panie wójcie, pił.





SCENA 11


Czepiec, Gospodyni


GOSPODYNI
Mój ta śpi...


CZEPIEC
Wasz ta śpi...


GOSPODYNI
Tyla sie naciskoł, szumioł,
zwymyśloł het dookoła.


CZEPIEC
Mówił co i ciekawego?


GOSPODYNI
A kto by ta co rozumioł?


CZEPIEC
To może co będzie — hę?


GOSPODYNI
Tylo z tego, co z niczego;
kajś sie zbiroł, kajś sie broł,
moze by był kogo proł.


CZEPIEC
Moze by nie było źle?


GOSPODYNI
Moze byście chcieli ś nim
konno lecieć?


CZEPIEC
Konno, gdzie — !?


GOSPODYNI
Jo to wim?


CZEPIEC
A mówił tyz więcy co?


GOSPODYNI
Jo to wim?


CZEPIEC
Kto jak kto — ale jo!





SCENA 12


Radczyni, Dziennikarz


RADCZYNI
Panowie macie tak wiele
absorbującej pracy — a Wesele
zwabiło pana.


DZIENNIKARZ
Rad jestem
od głupstwa oderwać się chwilę.


RADCZYNI
Pańska praca: rzecz serio,
a pan takim przekreśla ją gestem,
tak ją wspomina niemile,
tę rzecz serio.


DZIENNIKARZ
Rzeczy serio nie ma;
wszystko jest prowizoryczne:
przekonania, opinie, twierdzenia.


RADCZYNI
Jednak Prawda — ?


DZIENNIKARZ
Nawet Prawdy cienia!


RADCZYNI
To tak zależy od człowieka:
ale gdy pan sam ucieka
z posterunku — —?


DZIENNIKARZ
Pani, to akcyza:
„Placówka” — imaginacja;
Danaid zbyteczne trudy.


RADCZYNI
— — A to pan bywa wiele — ?


DZIENNIKARZ
Tak z nudy.
Człowiek się tak w młyn zamiele,
że bywam, i bywam wiele;
wist, partyjka, kolacyjka,
bliscy, dalsi przyjaciele.
Z biegiem lat, z biegiem dni
ten umarł, tamtego brak;
człowiek sobie marzy, śni,
a z nudów przywdziewa frak —
przyjechałem na wesele
i choć mi niejedno wspak,
jakoś, jakoś dobrze mi.





SCENA 13


Radczyni, Panna Młoda


RADCZYNI
No, moja ty urocza panno młoda,
jakże wy sobie będziecie żyli?


PANNA MŁODA
A tak-ta, tak-ta, co jo wim,
jescem sie nie zgodała ś nim.


RADCZYNI
Ja wiem, że twoja uroda
niejedną trudność przesili,
żeś sobie młoda;
no, ale o czym wy będziecie mówili,
jak tak nadejdzie wieczór długi:
mówić się nie chce, trza przesiedzieć;
on wykształcony, ty bez szkół —


PANNA MŁODA
Po cóz by, prose pani, godoł,
jakby mi nie mioł nic powiedzieć,
po cóż by sobie gębę psuł?





SCENA 14


Panna Młoda, Marysia


MARYSIA
Cieszę się, a myślę sobie,
że ci będzie, siostro, żal.


PANNA MŁODA
Czego żal?


MARYSIA
Jakeś do pola ganiała
krasą i siemieniatke;
jageś jesce była mała
i ty, i Hanusia, i ja,
byłyśmy razem doma,
że ci sie zacnie bez stajnie;
żeś kole niej wyrosła zwycajnie
i bez cały ty wsioski roboty,
bez tego harowanio;
że jak ty bedzies panią,
cieszę sie, a myślę sobie,
że ci będzie, siostro, żal.


PANNA MŁODA
Czego żal — —?


MARYSIA
Że ci sie będzie cnieło
bez tatusia, bez nos,
bez tych płotów, bez ogroda;
że choć sie chłopem uciesys,
jesce tu płacząca przylecis,
bo tutok duszę mos,
bo tu sie serce przyjęło,
a tam ci będzie samotno
i bez to ci będzie markotno,
i bez to ci będzie żal.


PANNA MŁODA
Mało szkoda, krótki żal.


MARYSIA
A teraz ty sobie chwal,
rumień się teraz i pal;
ale tutok dusza sie ostanie
i tutok twoje kochanie,
a tam ci będzie samotno
i bez to ci będzie markotno,
i bez to ci będzie żal.





SCENA 15


Marysia, Ojciec


MARYSIA
Tatuś sie Weselem cieszą...


OJCIEC
Niech sie bawią, niech sie weselą;
tela tego, co te parę dni —
a potem, jak sie pobiera,
to już mnie do nich nic,
niech se ta na swoich żarnach mielą,
jako chcą — nie moje prawo.


MARYSIA
Ale tatuś nam pomogą z tą sprawą
grontów — do tej upłaty — ?


OJCIEC
Jo patrzę swego — jo nie bogaty;
posłaś, toś posła;
cy tam za tego, cy za insego:
telo, co byś sie wyniosła
na tamten świat.



MARYSIA
Może byście byli więcej rad,
żebym za pana sie wydała,
jak mię to przed laty chcioł — ?


OJCIEC
Ten, co umarł; — ostał swat,
boś sie przez Wojtka swatała,
i swat ciebie wzioł.


MARYSIA
A ja swata pokochała,
a dzisiok, jak sie Jaga wydała
i ja sobie moje przypomniała
o tym zmarłym przyjacielu,
jakem sie to ś nim poznała
na Hanusinym weselu —
zrobiło mi sie markotno,
nie wiem czego —
przecie wolałam mego —
chyba, że onemu samotno.


OJCIEC
Ka twój mąż?


MARYSIA
Już legnoł, śpi,
zmęcony — a kazał mi tu być,
tom przyszła — a nie wiem, po co;
nic tu dla mnie, a tu ide,
że tu tańczą — jak przed laty:
kiedy do mnie przyszły swaty
i od chłopa, i od pana,
a ja byłam zakochana.


OJCIEC
Idze ku nim.


MARYSIA
Ino patrze:
jak te druhny coraz bladsze
z umęcenia, a kręcom sie,
nie ustanom, radujom sie.


OJCIEC
Potańcuj se.


MARYSIA
Ino patrzę...


OJCIEC
Płaczesz — — ?


MARYSIA
Tak się w oczach mgli,
wszystko widzę coraz bladsze.





SCENA 16


Poeta, Panna Młoda


POETA
Panna młoda — ze snu, z nocy?


PANNA MŁODA
A sen to miałam,
choć nie spałam,
ino w taki ległam niemocy...


POETA
Od miłości panna młoda osłabła.


PANNA MŁODA
— — — — — — — — — — — —
We złotej ogromnej karocy
napotkałam na śnie diabła;
takie mi sie głupstwo śniło,
tak sie ta pletło, baiło.


POETA
I od razu diabeł jak z procy,
i od razu kareta złota?


PANNA MŁODA
A tak-ta na śnie, nie dziwota,
że sie jakie byle co zwidzi;
niech ino pon nie szydzi,
bo pon, to po dniu zdziwuje,
jesce wsady rozgaduje,
jakby cejco — choć ni ma co.


POETA
Są tacy, co za to płacą;
że z jednego takiego bajania
można sobie powóz sprawić
i zestrojonego diabła,
i ogromnie wielu gapiów zabawić.


PANNA MŁODA
Od tańcenia takem osłabła...
Śniło mi się, że siadam do karety,
a oczy mi sie kleją — o rety. —
Śniło mi sie, że siedzę w karecie
i pytam sie, bo mnie wieżą przez lasy,
przez jakiesi murowane miasta
„a gdzież mnie, biesy, wieziecie?”
a oni mówią: „do Polski” —
A kaz tyz ta Polska, a kaz ta?
Pon wiedzą?


POETA
Po całym świecie
możesz szukać Polski, panno młoda,
i nigdzie jej nie najdziecie.


PANNA MŁODA
To może i szukać szkoda.


POETA
A jest jedna mała klatka —
o, niech tak Jagusia przymknie
rękę pod pierś.


PANNA MŁODA
To zakładka
gorseta, zeszyta trochę przyciaśnie.


POETA
— — — A tam puka?


PANNA MŁODA
I cóz za tako nauka?
Serce — ! — ?


POETA
A to Polska właśnie.





SCENA 17


Poeta, Pan Młody


PAN MŁODY
Takie zimno bardzo rano;
noc tę dzisiaj nieprzespaną
zapamiętam długie czasy.


POETA
Zapewne, noc to poślubna,
ta jest zawsze siłopróbna.


PAN MŁODY
Trochę to, co inne jeszcze.
Ujęły mnie jakieś kleszcze
przestrachu, ogromne grozy.
Uląkłem się nagle prozy,
jaka jest we fantastycznym świecie:
że to, co jest tu przed nami żywe,
tak się nagle wiatrem zmiecie;
że my próżno wyciągamy ręce
do widziadeł — bo to są widziadła,
i tak mi fantazja zbladła,
bo już się była układła
do snu we widziadeł lesie.


POETA
A mnie to znowu teraz niesie
ten wicher z nocy.
Określiłbym to tak, że dusza pnie się
po skale stromej w górę
i wie — wie, że stanie tam!
Taka pewność sił, tę teraz mam!


PAN MŁODY
I to wszystko na żart — — ?


POETA
A ot tak, jak leci czart
po nocy — nie zeszła jeszcze noc.


PAN MŁODY
A trafiaj ty orły z proc,
ja wolę gaik spokojny,
sad cichy, woniami upojny:
żeby mi się kwieciły jabłonie
i mlecze w puchów koronie,
i trawa schodziła zielona,
kręciła się przy mnie żona,
żebym miał kąt z bożej łaski,
maleńki, jak te obrazki,
co maluje Stanisławski
z jabłoniami i z bodiakiem
we złotawem słońcu takiem...
żeby mi tam było cicho, spokojnie,
a jeśli gwarno i rojnie,
to od brzęczących pszczół, błyszczących much.
.  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .





SCENA 18


Poprzedni, Czepiec


CZEPIEC
w kożuchu, z wielką kosą w ręku

A moi panowie tu.


PAN MŁODY
Kosa!
Jaka piękna.


CZEPIEC
A bo nastawiona.


PAN MŁODY
Prawda, ostro najeżona,
jak do bicia — cóż to będzie z tego?


CZEPIEC
Ano nastawiona do użycia,
ale to wy, panowie, nie wicie,
jak widzę — co sie gotuje.


POETA
Cóż to Czepiec mówią — czy do brata
jaka sprawa?


CZEPIEC
Ano właśnie: Sprawa.


PAN MŁODY
Rzecz ciekawa —


POETA
Rzecz ciekawa,


PAN MŁODY
Cóżeście to niby mieli,
żeście tak nagle wlecieli — ?


CZEPIEC
Ej, pon jakby ślepy, ślepiec;
nie do panam szedł.


POETA
No, Czepiec;
brat drzymie, budzić nie trzeba;
czy co ważne — — ?


CZEPIEC
Ważno kosa.


POETA
Jeśli potrzebował do obrazu
kosy — postawcie ją w kącie —
jak się zbudzi...


CZEPIEC
Aha, bratku, mom cie.
Juz sie obrazy skońcyły;
panom ino obrazy, płótna.


PAN MŁODY
Coś dziś u Czepca mina butna.


CZEPIEC
Pańska ta za rezolutna;
pon sie na mnie skrzywiom, jak rzekę,
że my sie nie rozumiewa
i na nic rozmowa nasa.


POETA
No pewnie, my do Sasa, wy do lasa.





SCENA 19


Poprzedni, Gospodarz


CZEPIEC
podszedł ku śpiącemu i szarpie go za ramię

Hej, hej, panie — — — !
Cóz to pon śpią, trzeba wstać,
trzeba się do czego brać.


GOSPODARZ
rozbudzony, z fotelu i z krzeseł, na których leży

Cóż — wyście tu — któż hałasi!?
Gdzież Hanusia? Hanuś!


CZEPIEC
przywierając drzwi do izby

Cicho,
nie potrza jej tu do rzeczy,
co chcę panu powiadać.


GOSPODARZ
Cóż mi kum do ucha skrzeczy,
o czym? — cóż z tą kosą, po co?


CZEPIEC
A tam ludzie sie szamocą
we wsi — tam sie garną, kupią;
może idą już — pon śpią!!
Zaspane ślipia.


GOSPODARZ
Co ty mnie tu — co wy, co to?


CZEPIEC
A spieszy mi sie z robotą,
juzem sie wycniół ze spania
i jestem gotów, i czekam
dalszego rozkazowania,
a pon sie nie wycniół i śpi.


GOSPODARZ
A wam co się z kosą śni — — ?!


CZEPIEC
Mnie sie nie śni, wstawaj pon;
boć kum pono rozkaz wzion
jakiś ważny, najważniejszy,
i papiry, czy tam co.


GOSPODARZ
Ja, papiery, rozkaz, czyj?


CZEPIEC
Myjze sie pon prędzej, myj —
niech po próżności nie stoję,
bo mi próżno mitręga i wstyd.
Pon mają pójść razem z chłopami,
a chłopi tu wsioscy już som
gotowi — i stoją tam!
Zbierają się kole studnie z gościeńca
i przywalą się tu do dziedzieńca,
jak się poszarzeje świt.


GOSPODARZ
Zachodzę, zachodzę w głowę...


CZEPIEC
Tam w Krakowie już wszystko gotowe.


GOSPODARZ
Coście, kumie, coście, chłopie,
zbajczyli przez długą noc? —
Ja z Wami?


CZEPIEC
Wy z nami!


GOSPODARZ
A wy wszyscy z kosami...?


CZEPIEC
Jak się patrzy, ostrzem tak.


GOSPODARZ
Jakiś znak?


POETA
— — Jakiś znak?


CZEPIEC
Zbierajcie się, póki czas,
byśwa byli radzi z was,
a nie stójcie jak te ćmy
albo kpy;
co kto ma, do ręki brać,
na podwórze wyjść i stać;
tam już ludzie som,
co sie sami rwiom:
chłopi, tak! A chłopi, tak!


POETA
— Jakiś znak.


GOSPODARZ
Jakiś znak!


CZEPIEC
Panowie, jakeście som,
jeźli nie pójdziecie z nami,
to my na was — i z kosami!


GOSPODARZ
Wy, a jako — ?


POETA
Wiecież, kto my!?
Co wy o nas wiecie — nic.


CZEPIEC
O, pon, widno, niewidomy;
widać, że nie znacie nas.


PAN MŁODY
Widzę, żeście krwi łakomy;
jeno że na krew nie czas.


CZEPIEC
Hej, pan młody, hej, pan młody,
wyszczezyły mu się gody,
to mu ino w myśli wczas.


GOSPODARZ
A! wstydzę się waszych słów,
choć mi radość z waszych lic.


CZEPIEC
Wyście bo to żarnych świc
rozpalili z naszych lic.
Panie, a cy pon pamięta,
jak pon szeptoł nieraz w noc,
co mówiła Panna Święta,
jako w nas jest wielga moc,
jako że moc jest zaklęta,
że sie kiedyś opamięta...
Wyście to pożarnych świc
rozpalili z naszych lic.


PAN MŁODY
A wy zaraz w rękę nóż.


CZEPIEC
A cóż czekać, cy jo tchórz?


GOSPODARZ
Kumie, miarkujcie się w słowie.


CZEPIEC
A kiej słucho, niech sie dowie.


PAN MŁODY
Gębą toście bardzo harny.


CZEPIEC
Kręć pon ino próżne żarny,
poezyje, wirse, książki,
podobajom ci sie wstążki,
stroisz sie w te karazyje,
a jak trza sie mirzać z czego,
to pon w sobie szyćko skryje.


POETA
A przecież się nic nie dzieje.


CZEPIEC
A toć przecie wciąż mówicie,
jeśli rozumiem co z tego;
ponoć nawet pierwsi wicie:
to rzecz wielka?


GOSPODARZ
Jaka?!


CZEPIEC
Dnieje!!!


POETA
Dnieje, tak, to tam szaleje
ta majaka z chmur i mgły,
ta majaka, co sie wieje
ponad łan.


PAN MŁODY
ku oknu

Na liściach skry.
Opałowa rosa spływa;
przesiewa się w dyjamentach
z drzew, jak wiszar w skalnych pętach. —
Cud!


CZEPIEC
Pon ino widzisz pchły,
pchły, świecidła, rosę, ćmy,
a nie chcesz znać, co som my:
że w nas dnieje, dusa świci,
że zarucko kur zapieje,
że na nas czekają w mieście,
że nas tu jest ze dwiedzieście
z kosom, cepem, żelaziwem
i że to, to nie som sny.


POETA
Co on mówi? A to dziwne,
bo mi się to dziś marzyło:
jako dramat, jako sen.


PAN MŁODY
Co za temat!


POETA
Chłopska krew
i ten jego pański gniew.


GOSPODARZ
Nas czekają? — Was czekają?
Zaraz — coś to — coś tu było,
co już o tym mnie mówiło —
lecz kto, jaki...


CZEPIEC
Ktoś tu był,
co przejechał duże światy,
ponoś kajsi z Ukrainy;
przywiózł hasło cy papiry,
rozesłać kazał wiciny —
a są tu za progiem ludzie,
mogą świadczyć, jak z północka
słyszeli brząkanie liry.


POETA
do brata

Liry brzęki po północy,
jakeś ty leżał w niemocy,
ja słyszałem.


PAN MŁODY
Ja słyszałem
od podwórza, z tego sadu.


POETA
Z tego sadu, spod jabłonki,
ale sobie myślę: mrzonki —
może ktoś się ubrał w dzwonki?


GOSPODARZ
A był także jakiś taki —
był też inny — nie pamiętam —
ale mi coś świta —


CZEPIEC
Pany —
wyście ino do majaki;
niechże który wyjrzy w pole,
co sie widzi hań na dole,
kandy jest krakowsko ścizka.


POETA
wychodzi

I stąd widzieć, bo to z bliska;
trza zobaczyć.





SCENA 20


Pan Młody, Czepiec, Gospodarz


PAN MŁODY
Po cóż gniewy?
takiście są rozpaleni.


CZEPIEC
A tam, panie, się rumieni;
na powietrzu słychać śpiewy.


PAN MŁODY
Wyście, Czepiec, w gorącości,
to wam się coś marzy, dzwoni.


CZEPIEC
Panie młody, tam ktoś goni,
tyle chłopa, tyle koni,
idź pon ujrzyć.


PAN MŁODY
wybiega

Co tam znowu?





SCENA 21


Gospodarz, Czepiec


GOSPODARZ
Kum pijany — ja pijany.
Ładnie wam tak z kosą w dłoni.


CZEPIEC
Psiakrew — — jo mom stać,
a tu ludzie chcom się rwać.
Podźcie, chłopcy — Kasper, podź!
Stańcie se tu kole proga.


Uchylił był drzwi nawołując; wchodzi dwóch parobków z nastawionymi kosami; z tych Kasper w stroju drużby. Stają na warcie: jeden przy drzwiach w głębi, drugi u drzwi weselnych.





SCENA 22


Gospodarz, Czepiec, Parobcy


GOSPODARZ
do Kaspra

Zamknij, niech nie łazom baby.
A więc co to — co to, co — ?!


CZEPIEC
Któż to u was był — no kto?
Jeźli mos pon w sercu Boga,
to sie z nami zgódź.


GOSPODARZ
Czekaj, czekaj, coś mi świta:
ktoś był u mnie, mówisz kum
taki w głowie słyszę szum —
nie pamiętam, myśl ukryta
nie może się dobyć z głębi — —
coraz innych myśli tłum...


CZEPIEC
Pon se ino serce ziębi
tym myśleniem, sumowaniem:
boby sie pon usroł na niem.





SCENA 23


Poprzedni, Pan Młody


PAN MŁODY
we drzwiach

Stado mi białych gołębi
wyfurknęło przed sam nos,
że aż Jaga krzykła w głos;
powietrze się od nich kłębi.
Jaga, podź no!


KASPER
u drzwi weselnych

Nie trza Jagi.
Tu sie ważne grajom sprawy;
podź ta pon, boś tu ciekawy,
ino nie trza żadnych bab.





SCENA 24


Poprzedni, Panna Młoda


PANNA MŁODA
szarpła drzwi silnie i wchodząc odpycha Kaspra

Pódzies, selmo, jakiś drab!
Bedzies mi tu groził wniść,
żeś se wraził w rękę żyrdź,
kces kim rządzić, taki cap —
wraź se jeszcze na łeb ćwirć!


PAN MŁODY
Cóż ci o to?


KASPER
Jasna pani!
Poszłabyś sie przespać ś nim.


PANNA MŁODA
Wyście wszyscy niewyspani,
w izbach swąd, a we łbie dym.





SCENA 25


Poprzedni, Poeta


POETA
wbiegając

Huragan się czarnych wron
zerwał z pola, gdzieś z tych stron,
i z krakaniem wielkim goni;
taki był głęboki ton
w tym krakaniu czarnych wron,
jakby jakiś niosły plon
we łbach.


GOSPODARZ
Bracie — nie to.


POETA
Na chmurach się dziwy stroją.


PAN MŁODY
ku oknu

Z daleka już widać róż;
przypatrz się, tak oczy zmruż:
co za gra tych pierwszych zórz!


POETA
Z chmur się stawia jakby tron
i jakieś zjawiska skrzydeł
koło tronu.


CZEPIEC
Widzioł pon!





SCENA 26


Poprzedni, Gospodyni


GOSPODYNI
wchodząc żywo

Słyszcie, chłopy, podźcie patrzeć,
jakieś wojsko w ogniu stoi.
Całe pole pod Krakowem
od tych kosisków się roi.


GOSPODARZ
Ha! — już stoją!


POETA
Tyś widziała —
muszę widzieć! płoniesz cała!

odbiegł, wiodąc za sobą Gospodynią





SCENA 27


Poprzedni, prócz Gospodyni i Poety


PAN MŁODY
Cóż wy tutaj?


PANNA MŁODA
ciągnie go ze sobą

Podź sie patrz:
dają znaki, dają znaki!


PAN MŁODY
A cóż za świat jakiś taki;
to ciekawe, to ciekawe.


Wybiegają obydwoje.





SCENA 28


Poprzedni, prócz Państwa Młodych, Poeta


POETA
wraca szybko

Słyszałem w powietrzu wrzawę,
coś jakoby głosy, śpiew,
ale wiatru zimny wiew
w coraz inną dmucha stronę
i co było już widome,
już, zdaje się, pojawione,
staje się nagle znikome;
umilka i cichnie śpiew,
przestaje się chylić krzew...





SCENA 29


Poprzedni, Pan Młody


PAN MŁODY
wraca pędem

Ze Zorzy się zrobiła krew:
taki sznur krwi wydłużony
ponad Kraków — krwawy pąs,
jakby wieża Zygmuntowska
miała we dwie strony wąs.





SCENA 30


Poprzedni, Panna Młoda


PANNA MŁODA
wraca pędem

Ogromny przyleciał ptak,
hań se na ganecku siad,
taki ci ogromiec kruk.
Potem sie ze skrzydlich wag
uniósł, wzleciał, znowu spad,
potrzaskał gałązki brzóz,
strącił rosy gęsty deszcz
i posed — !





SCENA 31


Poprzedni, Gospodyni


GOSPODYNI
wpada

Niech broni Bóg!!!
Cóz wy chcecie, co wy chcecie!?
Cózeście sie kosów jeni;

do Czepca

idźcież, kumie, haw do sieni,
boście całom noc nie spali.


KASPER
Coroz wiency nas sie wali.





SCENA 32


Poprzedni, wielu Chłopów z kosami i różną bronią, poubieranych jak do drogi


GOSPODYNI
Gwałtu rety, Boże chroń!
Kto wam wraził kosy!?


CZEPIEC
Broń!!
Dejcie, matka, spokój dziś,
trza nam iść.


GOSPODARZ
Trza nam iść.
Coś mi świta; — świta w polu.
Wszyscy widzą jakieś cuda.
Sen — sny: bajki — Myśl: kąkolu!
Precz, kąkolu, chwaście, precz. —
Niechże wymiarkuję rzecz:
ktoś był — kazał — co — ?


POETA
do Gospodarza

Co, bracie,
w tobie się szamoce ból.


PAN MŁODY
do Panny Młodej

Mgły się już rozwłóczą z pól;
będzie ranek śliczny — Jaga,
wczoraj były wichry, burza,
dzisiaj wszystko się rozchmurza,
moja duszo, jużeś moja.


POETA
do Gospodarza

Mnie się w nocy zjawił duch:
na nim była czarna zbroja;
napadł na mnie tak obcesem,
krzyczał słowa, takie słowa,
wytężałem cały słuch.


GOSPODARZ
do Poety, a słuchany przez wszystkich

Tak mi cięży, cięży głowa.
To powietrza ranny wiew.
Czy to prawda, bracie drogi,
że oni tam jakiś śpiew
napowietrzny słyszą gdziesi?


POETA
A może we wichrach biesi
śpiewają i pryszczą krew
na chmury — ?


PAN MŁODY
Na niebie ruch.


GOSPODARZ
do Poety

Mówisz, żeś wytężył słuch —
bracie — skądś te słowa znam:
„wytężać — wytężać słuch”.





SCENA 33


Poprzedni, Haneczka, Zosia


HANECZKA
do Pana Młodego

Bratku, w niebie jakiś ruch,
jakieś wojny, jakieś dziwy:
gonitwy po chmurach konne.


ZOSIA
A powietrze takie wonne...


HANECZKA
Gonitwy po niebie konne;
rycerze jacyś ogromni
stoją równo w dwa szeregi
i dalekim łanem drzewców
godzą na się wielkim pędem.


PAN MŁODY
A to graniczy z obłędem,
tyle zwidzeń, dziwów tyle;
jak to człowiek z czego byle
wysnuje znaczące rzeczy.


HANECZKA
do Czepca

Ach, jaka to wielka kosa,
moiściewy, taka szczytna;
można by nią ciąć niebiosa
na płaty, jak sztukę płótna.


CZEPIEC
Nie daj Boże ciąć po niebie;
mowa jakaś bałamutna;
zjawi się w naszy potrzebie
nie bluźniercza, ale bitna;
panienka se rezolutna,
jesce nic o kosach nie wi.


HANECZKA
Jacyście wy, moiściewi,
dajcie no mi ją do ręki.


CZEPIEC
A to juz nie lo panienki;
Sprawa inso.


GOSPODARZ
do Poety, a słuchany przez wszystkich

Sprawa, Sprawa!
Duch! — przez Boga — Duch — miarkuję:
Ta noc była: dziwna jawa —
miałem gościa — kto przeczuje? —
Była na dusze obława.


POETA
Widziałem rycerza w zbroi,
bracie, mówisz: Duch!


GOSPODARZ
Mój bracie,
przyleciał Duch — ludzie moi!
Jeszcze w oczach, jak cień, stoi.
Przypominam, przypominam:
człowiek stary, z brodą siwą,
twarz owita w siwy włos,
w kożuchu ogromnym czerwonym
przyszedł tu.


STASZEK
który się przecisnął ku Gospodarzowi przez gromadę chłopów i bab w natłoku zebraną na izbie

Przyjechał, wim,
trzymaliśmy konia razem z nim;
koń był biały.


KUBA
tuż za Staszkiem

W siodle lira.


GOSPODARZ
Myśli zbieram, słuch naginam...


POETA
W siodle lira...


STASZEK
Dwa pistolce.


GOSPODARZ
W mózgu kłuje — jakby kolce:
myśli zbieram...


CZEPIEC
do gromady otaczającej Gospodarza

Myśli zbira.


GOSPODYNI
O mój Boże, jakiś chory —


GOSPODARZ
Lżej, opadła z piersi zmora. —
Słuchajcie — wytężcie słuch:
był u mnie Duch: Wernyhora!


WSZYSCY
Co ty mówisz, wszelki duch?!


GOSPODARZ
Oblatywał nocą dwory,
był spokojny, dziwnie silny,
dawał mi rozkazy, hasła,
a był w sprawach takich pilny,
nic w nim Siła, Moc nie gasła.
Spieszył się, wyleciał zara,
miał objechać liczne dwory
i miał wrócić do tej pory.


WSZYSCY
Tego rana?!


GOSPODARZ
Tego rana.


WSZYSCY
I cóż rozkaz — — ?!


GOSPODARZ
Wić posłana.


POETA
ku kosynierom

Boże, toście wy są z Wici?


CZEPIEC
A som ludzie rozmaici;
my ta wiemy od chłopaków,
co sie trzymali czapraków,
jak ta śkapa w dworcu stała.


STASZEK
Co sie szarpią, to kopała;
trzymaliśmy uzdki w łapach;
mnie i Kubie pyski sprała;
co za pon na takich śkapach!


GOSPODARZ
Wernyhora! — Wernyhora!
Obudziłem się ze snu —
kazał broń — broń kazał brać!


POETA
Lecieć?!


GOSPODARZ
Nie — tu w miejscu stać.
Czekać, jak zapieje kur,
wytężać, wytężać słuch,
aż się pocznie słyszeć ruch
od Krakowa na gościńcu.


GOSPODYNI
z drugiej izby

Tyle luda na dziedzińcu.


PANNA MŁODA
we drzwiach

Sami swoi!


GOSPODYNI
z drugiej izby

Som i z Toń.
Cała pod Krakowem błoń
pełna ludu, pełna kos!


POETA
Jakaś złuda.


GOSPODARZ
Jakiś los.


POETA
Jakoweś wołanie duszy;
w tak długiej żyjemy głuszy.


PAN MŁODY
Jakiś błysk, jakiś dźwięk.


POETA
Jakieś serce krzyczy w głos.


CZEPIEC
A! pon słucho! A! pon zmięk!


POETA
Słuchać, słuchać, co to być ma — — ?


GOSPODARZ
Ma być słychać tętent, pęd.


POETA
Tętent konia


HANECZKA
Kto przyjedzie?


GOSPODARZ
Nie tu, ale na gościniec
wjedzie stary lirnik siwy.


HANECZKA
Wjedzie stary Wernyhora!?!


GOSPODARZ
I przeżegna lirą niwy —
wtedy trzeba się pokłonić,
potem siąść na koń.


POETA
I gonić!


GOSPODARZ
Nie wiem — potem co — tajemno
potem świt...


POETA
Jeszcze mrok, ciemno.
Jeszcze świt daleki, z dala
łuna zorna się zapala,
świt...


CZEPIEC
Ma zapiać trzeci kur.


GOSPODARZ
Tak, na znak.


POETA
Te widma chmur
znaczą? — ?


GOSPODARZ
Znaczą! Widma!


PAN MŁODY
Wzdęła się na chmurach wydma;
ucichło się, szumy zaszły.


POETA
Słuchać!


CZEPIEC
Słuchać.


HANECZKA
Słuchać —


GOSPODARZ
Cóż...?


PAN MŁODY
u okna zasłuchany

Jakiś pęd, ile mój słuch —
szedł, lecz wplątał się w sad grusz;
drzewa go więżą.


POETA
wśród ogólnej ciszy

Brzęk much,
nad malw badyle suche
brzęczy przedranny szum.


GOSPODYNI
szepce

Poklękali, luda tłum,
patrzajcie hań ku dworcowi.


PANNA MŁODA
z wykrzykiem

Coraz nowi, coraz nowi!!


HANECZKA
między Gospodarzem a Czepcem; przez łzy

Czy on sam, czy jedzie społem
z kim — czy jest kto z nim? — ?


GOSPODARZ
Pokłońcie się o ziem czołem:
ma przyjechać z ARCHANIOŁEM,
od gościńca, od Krakowa...
Na Zamku czeka KRÓLOWA
z Częstochowy.


POETA
Bracie, Duch!


GOSPODARZ
Natężać, natężać słuch.


HANECZKA
Rany Boskie, słyszę!


GOSPODYNI
Kaj?


PANNA MŁODA
Hań, daleko, słyszę.


PAN MŁODY
Gdzie?!


POETA
półgłosem

Spadły liście suche z drzew.


PAN MŁODY
szeptem

Ustał przecie wiatru wiew.


POETA
Zerwały się wrony dwie
ze sadu.


PAN MŁODY
Z ogrodu w sad.


PANNA MŁODA
Zajść do pola!


GOSPODARZ
Cicho!


HANECZKA
Cyt!


GOSPODYNI
śród milczenia

Może i słychać co — ?


POETA
rękę stulił przy uchu, głowę pochylił ku piersiom brata

Świt!


GOSPODARZ
Słychać, słychać...


POETA
pewny, z dłonią przy uchu

Wielki Duch!
Wytężać, wytężać słuch.
Słychać.


GOSPODARZ
Cicho!


PAN MŁODY
z uchem przy szybie okienka

Pędzi ktoś.


HANECZKA
zapatrzona przed siebie, osłaniając dłońmi twarz

Zosiu, Zosiu, Boga proś,
jedzie!


ZOSIA
Tętni!


GOSPODARZ
Jedzie!


POETA
Goni!


CZEPIEC
cały w słuchu

Będzie ze sta, do sta koni.


GOSPODYNI
Tętni.


KASPER
Jedzie.


PANNA MŁODA
Dudni.


POETA
Pędzi! — — —


GOSPODARZ
Cicho — świta, świta, zorze!
Prawie widno — to On — Boże!
On, On — cicho — Wernyhora. —
W pokłon głowy, prawda żywa,
Widmo, Duch, Mara prawdziwa.


POETA
Świtanie na lutniach gędzi...


PAN MŁODY
Tętni.


PANNA MŁODA
Jedzie.


GOSPODYNI
Tętni.


CZEPIEC
— Pędzi.


Wszyscy w nasłuchiwaniu, pochyleni ku drzwiom i oknu — w ogromnej ciszy, w przejęciu.


GOSPODARZ
— — — — — — — — — — — —
Słuchajcie, kochani, dzieci —
ażeby to była prawda:
że Wernyhora tam leci
z Aniołem, Archaniołem na czele;
że tej nocy, gdy my przy muzyce,
przy weselu, gdy my w tańcowaniu,
tam, kędyś, stało się tak wiele:
że Kraków ogniami płonie,
a MATKA BOŻA w koronie,
na Wawelskim zamkowym tronie
siedząca, manifest pisze:
skrypt, co przez cały kraj poleci
i tysiące obudzi i wznieci. —
Słuchajcie, serce mi dysze,
ażeby to prawda była:
że Wernyhora tam leci,
a za nim tabunem konie!


PAN MŁODY
Coraz bliżej?


POETA
Klęknąć!!


CZEPIEC
— — — Stanął, wrył.


GOSPODARZ
Strzymał, widać, z całych sił.


HANECZKA
w zachwyceniu

Gdyby to Archanioł był.
        .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .


Wszyscy pochyleni, półklęczący, zasłuchani; silnie dzierżąc w prawicach kosy; to imając szable, ze ściany pochwycone; to znów jakieś flinty i pistolety; w tym zasłuchaniu jak w zachwycie duszy; dłoń do ucha przychylona. — Słychać było rzeczywiście tętent, który nagle bliski, coraz bliższy — tuż ustał — — słychać po chwili ciężkie kroki szybkie, gwałtowne, w sień, w drugą izbę, aże we drzwiach w głębi staje pierwszy drużba:





SCENA 34


JASIEK
Maryś, panie, panie — Jezu!
koń w podwórcu padł.

rozglądając się

Cóż wy — Hanka — Jaga — hej,
cóż wy — cóż to, Jaga — ej
— — — — — — — — — — — —
Cóż to, co to, czy zaklęci:
stoją wsyscy jak pośnięci;
słysta, Hanuś, Błażek, matuś,
panie młody, Czepiec, tatuś,
panie, cóż to — czy zaklęci;
stoją syscy jak pośnięci;
— — — — — — — — — — — —
Aha; prawda, żywy Bóg,
przecie miałem trąbić w róg;
kaz ta, zaś ta, cyli zginoł,
cyli mi sie ka odwinoł —
kajsim zabył złoty róg,
ostał mi sie ino sznur.
— — — — — — — — — — — —


Z izby głębnej, od chwili, wszedł był, w tropy za Jaśkiem, kołyszący się słomiany Chochoł.





SCENA 35


CHOCHOŁ
.  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .  .
Jak ci spadła czapka z piór.


JASIEK
Tom sie chyloł po te copke,
to mi może sie odwinoł.


CHOCHOŁ
Miałeś, chłopie, złoty róg,
miałeś, chłopie, czapkę z piór:
czapkę ze łba wicher zmiótł.


JASIEK
Bez tom wiechę z pawich piór.


CHOCHOŁ
Ostał ci sie ino sznur.


JASIEK
Najdę ka gdzie przy figurze.


CHOCHOŁ
Pod figurą ktosik stał.


JASIEK
Strasy u rozstajnych dróg — —
cy to pioł, cy nie pioł kur?


Wybiega przez drzwi weselne, przeciskając się przez gromadę znieruchomioną; — słychać tupot jego kroków w sieni — to raz się zastanowi, to dalej biegnie;... w trop za nim kołysze się Chochoł, szeleszcząc słomą po potrącanych ludziach.


Od sadu, od pola, we świetle szafiru, co idzie jak łuna błękitna — głosy się cisną przedrannych ptasich świergotań; niebieskie to Światło wypełnia jakby Czarem izbę i gra kolorami na ludziach pochylonych w pół-śnie, pół-zachwycie. — Przeze drzwi w głębi wraca Jasiek i patrzy dokoła, i oczom nie wierzy, i coraz się słania od grozy.





SCENA 36


JASIEK
Juz świtanie, juz świtanie —
tu trza bydłu paszę nieść,
trza rżnąć sieczki, warzyć jeść; —
jakże ja se rade dam,
oni w śnie — ja ino sam — ?
— — — — — — — — — — — —
Syćko tak porozwierane —
syćko z rękami na usach,
dech im zaparło w dusach;
jako drzewa wrośli w ziem,
jak tu, co tu radzić jem — ?
— — — — — — — — — — — —
Kajsim zabył złoty róg,
u rozstajnych może dróg,
copke strasny wicher zwiał
bez tom wiechę z pawich piór;
żebym chocia róg ten miał —
ostał mi sie ino sznur.
— — — — — — — — — — — —
Straśnie sie zasumowali,
tak im czoła zmarszczek spion,
jakby ciężko pracowali...





SCENA 37


Przez drzwi głębne od chwili wsunął się był za Jaśkiem tropiący Chochoł; a teraz na skrzynię malowaną się wygramolił i ze skrzyni tak do drużby poczyna:


CHOCHOŁ
To ich Lęk i Strach tak wzion,
posłyszeli Ducha głos:
rozpion sie nad nimi Los.


JASIEK
Tak sie męcą, pot z nich ścieko,
bladość lica przyobleko; —
jak ich zwolnić od tych mąk?


CHOCHOŁ
Powyjmuj im kosy z rąk,
poodpasuj szable z pęt,
zaraz ich odejdzie Smęt.
Na czołach im kółka zrób,
skrzypki mi do ręki daj;
ja muzykę zacznę sam,
tęgo gram, tęgo gram.


JASIEK
który był uczynił rzecz

Ka te kosy złożyć — — ?


CHOCHOŁ
W kąt.


JASIEK
ciska za piec drzewca

Nik ich ta nie najdzie stąd.


CHOCHOŁ
Ze skałek postrzepuj proch
i ciś je w piwniczny loch.
Lewą nogę wyciąg w zad,
zakreśl butem wielki krąg;
ręce im pozałóż tak:
niech się po dwóch chycą w bok;
odmów pacierz, ale wspak.
Ja muzykę zacznę sam,
tęgo gram, tęgo gram:
będą tańczyć cały rok.


JASIEK
który był uczynił wszystką rzecz

Już ni majom kos.


CHOCHOŁ
Rozśmiej im się w nos.


JASIEK
Już ich odszedł Smęt.


CHOCHOŁ
Już nie mają pęt.


JASIEK
Chytajom sie w tan.


CHOCHOŁ
Już nie czują ran.


JASIEK
Zniknoł czar!



CHOCHOŁ
To drugi CZAR!


A zaklęte słomiane straszydło, ująwszy w niezgrabne racie podane przez drużbę patyki — poczyna sobie jak grajek-skrzypek — i — słyszeć się daje jakby z atmosfery błękitnej idąca muzyka weselna, cicha a skoczna, swoja a pociągająca serce i duszę usypiająca, leniwa, w omdleniu a jak źródło krwi żywa, taktem w pulsach nierówna, krwawiąca jak rana świeża: — melodyjny dźwięk z polskiej gleby bólem i rozkoszą wykołysany.


JASIEK
jest teraz kontent a dziwuje się

Tyle par, tyle par!


CHOCHOŁ
Tańcuj, tańczy cała szopka,
a cyś to ty za parobka?


JASIEK
z ręką do czoła, jakby se chciał na ucho nasunąć czapki

Kajsi mi sie zbyła copka —
przeciem drużba, przeciem drużba,
a drużbie to w copce służba.


CHOCHOŁ
w takt się chylą a przygrywa

Miałeś, chamie, złoty róg,
miałeś, chamie, czapkę z piór:
czapkę wicher niesie,
róg huka po lesie,
ostał ci sie ino sznur,
ostał ci sie ino sznur.


Kogut pieje.


JASIEK
jakby tknięty, przytomniejąc

Jezu! Jezu! zapioł kur!
Hej, hej, bracia, chyćcie koni!
chyćcie broni, chyćcie broni!!
Czeka was WAWELSKI DWÓR!!!!!


CHOCHOŁ
w takt się chyla a przygrywa

Ostał ci sie ino sznur.
— — — — — — — — — — — —
Miałeś, chamie, złoty róg.


JASIEK
aże ochrypły od krzyku

Chyćcie broni, chyćcie koni!!!!


A za dziwnym dźwiękiem weselnej muzyki wodzą się liczne, przeliczne pary, w tan powolny, poważny, spokojny, pogodny, półcichy — że ledwo szumią spódnice sztywno krochmalne, szeleszczą długie wstęgi i stroiki ze świecidełek podzwaniają — głucho tupocą buty ciężkie — taniec ich tłumny, że zwartym kołem stół okrążają, ocierając o się w ścisku, natłoczeni.


JASIEK
Nic nie słysom, nic nie słysom,
ino granie, ino granie,
jakieś ich chyciło spanie...?!


Dech mu zapiera Rozpacz, a przestrach i groza obejmują go martwotą; słania się, chylą ku ziemi, potrącany przez zbity krąg taneczników, który daremno chciał rozerwać; — a za głuchym dźwiękiem wodzą się sztywno pary taneczne we wieniec uroczysty, powolny, pogodny — zwartym kołem, weselnym —



Kogut pieje.


JASIEK
nieprzytomny

Pieje kur; ha, pieje kur...


CHOCHOŁ
nieustawną muzyką przemożny

Miałeś, chamie, złoty róg....
— — — — — — — — — — — —