Uczelnieinfo.pl

Aktualności

PDF Drukuj Email

William Shakespeare


ROMEO I JULIA




    OSOBY
    ESKALUS — książę panujący w Weronie
    PARYS — młody Weroneńczyk szlachetnego rodu, krewny księcia
    MONTEKI
    KAPULET
    STARZEC — stryjeczny brat Kapuleta
    ROMEO — syn Montekiego
    MERKUCJO — krewny księcia
    BENWOLIO — synowiec Montekiego
    TYBALT — krewny Pani Kapulet
    LAURENTY — ojciec franciszkanin
    JAN — brat z tegoż zgromadzenia
    BALTAZAR — służący Romea
    SAMSON
    GRZEGORZ
    ABRAHAM — służący Montekiego
    APTEKARZ
    TRZECH MUZYKANTÓW
    PAŹ PARYSA
    PIOTR
    DOWÓDCA WARTY
    PANI MONTEKI — małżonka Montekiego
    PANI KAPULET — małżonka Kapuleta
    JULIA — córka Kapuletów
    MARTA — mamka Julii
    Obywatele weroneńscy, różne osoby płci obojej, liczącej się do przyjaciół obu domów, maski, straż wojskowa i inne osoby.


Rzecz odbywa się przez większą część sztuki w Weronie, przez część piątego aktu w Mantui.





PROLOG

Przełożył Jan Kasprowicz


Dwa rody, zacne jednako i sławne —
Tam, gdzie się rzecz ta rozgrywa, w Weronie,
Do nowej zbrodni pchają złości dawne,
Plamiąc szlachetną krwią szlachetne dłonie

Z łon tych dwu wrogów wzięło bowiem życie,
Pod najstraszliwszą z gwiazd, kochanków dwoje;
Po pełnym przygód nieszczęśliwych bycie
Śmierć ich stłumiła rodzicielskie boje.

Tej ich miłości przebieg zbyt bolesny
I jak się ojców nienawiść nie zmienia,
Aż ją zakończy dzieci zgon przedwczesny,
Dwugodzinnego treścią przedstawienia,

Które otoczcie cierpliwymi względy,
Jest w nim co złego, my usuniem błędy...
















AKT PIERWSZY





SCENA PIERWSZA


Plac publiczny. Wchodzą Samson i Grzegorz uzbrojeni w tarcze i miecze.


SAMSON
    
        Dalipan, Grzegorzu, nie będziem darli pierza.
    


GRZEGORZ
    
        Ma się rozumieć, bobyśmy byli zdziercami.
    


SAMSON
    
        Ale będziemy darli koty, jak z nami zadrą.
    


GRZEGORZ
    
        Kto zechce zadrzeć z nami, będzie musiał zadrżeć.
    


SAMSON
    
        Mam zwyczaj drapać zaraz, jak mię kto rozrucha.
    


GRZEGORZ
    
        Tak, ale nie zaraz zwykłeś się dać rozruchać.
    


SAMSON
    
        Te psy z domu Montekich rozruchać mię mogą bardzo łatwo.
    


GRZEGORZ
    
        Rozruchać się tyle znaczy co ruszyć się z miejsca; być walecznym jest to stać nieporuszenie: pojmuję więc, że skutkiem rozruchania się twego będzie - drapnięcie.
    


SAMSON
    
        Te psy z domu Montekich rozruchać mię mogą tylko do stania na miejscu. Będę jak mur dla każdego mężczyzny i każdej kobiety z tego domu.
    


GRZEGORZ
    
        To właśnie pokazuje twoją słabą stronę; mur dla nikogo niestraszny i tylko słabi go się trzymają.
    


SAMSON
    
        Prawda, dlatego to kobiety, jako najsłabsze, tulą się zawsze do muru. Ja też odtrącę od muru ludzi Montekich, a kobiety Montekich przyprę do muru.
    


GRZEGORZ
    
        Spór jest tylko między naszymi panami i między nami, ich ludźmi.
    


SAMSON
    
        Mniejsza mi o to, będę nieubłagany. Pobiwszy ludzi, wywrę wściekłość na kobietach: rzeź między nimi sprawię.
    


GRZEGORZ
    
        Rzeź kobiet chcesz przedsiębrać?
    


SAMSON
    
        Nie inaczej: wtłoczę miecz w każdą po kolei. Wiadomo, że się do lwów liczę.
    


GRZEGORZ
    
        Tym lepiej, że się liczysz do zwierząt; bo gdybyś się liczył do ryb, to byłbyś pewnie sztokfiszem. Weź no się za instrument, bo oto nadchodzi dwóch domowników Montekiego.
    


Wchodzą Abraham i Baltazar.


SAMSON
    
        Mój giwer już dobyty: zaczep ich, ja stanę z tyłu.
    


GRZEGORZ
    
        Gwoli drapania?
    


SAMSON
    
        Nie bój się.
    


GRZEGORZ
    
        Ja bym się miał bać z twojej przyczyny!
    


SAMSON
    
        Miejmy prawo za sobą, niech oni zaczną.
    


GRZEGORZ
    
        Marsa im nastawię przechodząc; niech go sobie, jak chcą, tłumaczą.
    


SAMSON
    
        Nie jak chcą, ale jak śmią. Ja im gębę wykrzywię; hańba im, jeśli to ścierpią.
    


ABRAHAM
    
        Skrzywiłeś się na nas, mości panie?
    


SAMSON
    
        Nie inaczej, skrzywiłem się.
    


ABRAHAM
    
        Czy na nas się skrzywiłeś, mości panie?
    


SAMSON
    do Grzegorza
    
        Będziemyż mieli prawo za sobą, jak powiem: tak jest?
    


GRZEGORZ
    
        Nie.
    


SAMSON
    
        Nie, mości panie; nie skrzywiłem się na was, tylko skrzywiłem się tak sobie.
    


GRZEGORZ
    do Abrahama
    
        Zaczepki waść szukasz?
    


ABRAHAM
    
        Zaczepki? nie.
    


SAMSON
    
        Jeżeli jej szukasz, to jestem na waścine usługi. Mój pan tak dobry jak i wasz.
    


ABRAHAM
    
        Nie lepszy.
    


SAMSON
    
        Niech i tak będzie.
    


Benwolio ukazuje się w głębi.


GRZEGORZ
    na stronie do Samsona
    
        Powiedz: lepszy. Oto nadchodzi jeden z krewnych mego pana.
    


SAMSON
    
        Nie inaczej; lepszy.
    


ABRAHAM
    
        Kłamiesz.
    


SAMSON
    
        Dobądźcie mieczów, jeśli macie serca. Grzegorzu, pamiętaj o swoim pchnięciu.
    


BENWOLIO
    
        Odstąpcie, głupcy; schowajcie miecze do pochew. Sami nie wiecie, co robicie.
    


Rozdziela ich swoim mieczem. Wchodzi Tybalt.


TYBALT
    
        Cóż to? krzyżujesz oręż z parobkami?
        Do mnie, Benwolio! pilnuj swego życia.
    


BENWOLIO
    
        Przywracam tylko pokój. Włóż miecz nazad
        Albo wraz ze mną rozdziel nim tych ludzi.
    


TYBALT
    
        Z gołym orężem pokój? Nienawidzę
        Tego wyrazu, tak jak nienawidzę
        Szatana, wszystkich Montekich i ciebie.
        Broń się, nikczemny tchórzu.
    


Walczą. Nadchodzi kilku przyjaciół obu partii i mieszają się do zwady; wkrótce potem wchodzą mieszczanie z pałkami.


PIERWSZY OBYWATEL
    
        Hola! berdyszów! pałek! Dalej po nich!
        Precz z Montekimi, precz z Kapuletami!
    


Wchodzą Kapulet i Pani Kapulet


KAPULET
    
        Co za hałas? Podajcie mi długi
        Mój miecz! hej!
    


PANI KAPULET
    
        Raczej kulę; co ci z miecza?
    


KAPULET
    
        Miecz, mówię! Stary Monteki nadchodzi.
        I szydnie swoją klingą mi urąga.
    


Wchodzą Monteki i Pani Monteki.


MONTEKI
    
        Ha! nędzny Kapulecie!
        
        do żony
        
        Puść mnie, pani.
    


PANI MONTEKI
    
        Nie puszczę cię na krok, gdy wróg przed tobą.
    


Wchodzi Książę z orszakiem.


KSIĄŻĘ
    
        Zapamiętali niesforni poddani,
        Bezcześciciele bratniej stali! Cóż to,
        Czy nie słyszycie? Ludzie czy zwierzęta,
        Co wściekłych swoich gniewów żar gasicie
        W własnych żył swoich źródle purpurowym;
        Pod karą tortur wypuśćcie natychmiast
        Z dłoni skrwawionych tę broń buntowniczą
        I posłuchajcie tego, co niniejszym
        Wasz rozjątrzony książę postanawia.
        Domowe starcia, z marnych słów zrodzone
        Przez was, Monteki oraz Kapulecie,
        Trzykroć już spokój miasta zakłóciły,
        Tak że poważni wiekiem i zasługą
        Obywatele werońscy musieli
        Porzucić swoje wygodne przybory
        I w stare dłonie stare ująć miecze,
        By zardzewiałym ostrzem zardzewiałe
        Niechęci wasze przecinać. Jeżeli
        Wzniecicie kiedyś waśń podobną,
        Zamęt pokoju opłacicie życiem.
        A teraz wszyscy ustąpcie niezwłocznie.
        Ty, Kapulecie, pójdziesz ze mną razem;
        Ty zaś, Monteki, przyjdziesz po południu
        Na ratusz, gdzie ci dokładnie w tym względzie
        Dalsza ma wola oznajmiona będzie.
        Jeszcze raz wzywam wszystkich tu obecnych
        Pod karą śmierci, aby się rozeszli.
    


Książę z orszakiem wychodzi. Podobnież Kapulet, Pani Kapulet, Tybalt, obywatele i słudzy.


MONTEKI
    
        Kto wszczął tę nową zwadę? Mów, synowcze,
        Byłżeś tu wtedy, gdy się to zaczęło?
    


BENWOLIO
    
        Nieprzyjaciela naszego pachołcy
        I wasi już się bili, kiedym nadszedł;
        Dobyłem broni, aby ich rozdzielić:
        Wtem wpadł szalony Tybalt z gołym mieczem,
        I harde zionąc mi w uszy wyzwanie,
        Jął się wywijać nim i siec powietrze,
        Które świszczało tylko szydząc z marnych
        Jego zamachów. Gdyśmy tak ze sobą
        Cięcia i pchnięcia zamieniali, zbiegł się
        Większy tłum ludzi; z obu stron walczono,
        Aż książę nadszedł i rozdzielił wszystkich.
    


PANI MONTEKI
    
        Lecz gdzież Romeo? Widziałżeś go dzisiaj?
        Jakże się cieszę, że nie był w tym starciu.
    


BENWOLIO
    
        Godziną pierwej, nim wspaniałe słońce
        W złotych się oknach wschodu ukazało,
        Troski wygnały mię z dala od domu
        W sykomorowy ów gaj, co się ciągnie
        Ku południowi od naszego miasta.
        Tam, już tak rano, syn wasz się przechadzał.
        Ledwiem go ujrzał, pobiegłem ku niemu;
        Lecz on, spostrzegłszy mię, skrył się natychmiast
        I w najciemniejszej ukrył się gęstwinie.
        Pociąg ten jego do odosobnienia
        Mierząc mym własnym (serce nasze bowiem
        Jest najczynniejsze, kiedyśmy samotni),
        Nie przeszkadzałem mu w jego dumaniach
        I w inną stronę się udałem, chętnie
        Stroniąc od tego, co rad mnie unikał.
    


MONTEKI
    
        Nieraz o świcie już go tam widziano
        Łzami poranną mnożącego rosę,
        A chmury — swego oblicza chmurami,
        Aliści ledwo na najdalszym wschodzie
        Wesołe słońce sprzed łoża Aurory
        Zaczęło ściągać cienistą kotarę,
        On, uciekając od widoku światła,
        Co tchu zamykał się w swoim pokoju;
        Zasłaniał okna przed jasnym dnia blaskiem
        I sztuczną sobie ciemnicę utwarzał.
        W czarne bezdroża dusza jego zajdzie,
        Jeśli się na to lekarstwo nie znajdzie.
    


BENWOLIO
    
        Szanowny stryju, znaszże powód tego?
    


MONTEKI
    
        Nie znam i z niego wydobyć nie mogę.
    


BENWOLIO
    
        Wybadywałżeś go jakim sposobem?
    


MONTEKI
    
        Wybadywałem i sam, i przez drugich,
        Lecz on jedyny powiernik swych smutków.
        Tak im jest wierny, tak zamknięty w sobie,
        Od otwartości wszelkiej tak daleki
        Jak pączek kwiatu, co go robak gryzie,
        Nim światu wonny swój kielich roztoczył
        I pełność swoją rozwinął przed słońcem.
        Gdybyśmy mogli dojść tych trosk zarodka,
        Nie zbrakłoby nam zaradczego środka.
    


Romeo ukazuje się w głębi.


BENWOLIO
    
        Oto nadchodzi. Odstąpcie na stronę;
        Wyrwę mu z piersi cierpienia tajone.
    


MONTEKI
    
        Obyś w tej sprawie, co nam serce rani,
        Mógł być szczęśliwszym od nas! Pójdźmy, pani.
    


Wychodzą Monteki i Pani Monteki.


BENWOLIO
    
        Dzień dobry, bracie.
    


ROMEO
    
        Jeszczeż nie południe?
    


BENWOLIO
    
        Dziewiąta biła dopiero.
    


ROMEO
    
        Jak nudnie
        Wloką się chwile. Moiż to rodzice
        Tak spiesznie w tamtą zboczyli ulicę?
    


BENWOLIO
    
        Tak jest. Lecz cóż tak chwile twoje dłuży?
    


ROMEO
    
        Nieposiadanie tego, co je skraca.
    


BENWOLIO
    
        Miłość więc?
    


ROMEO
    
        Brak jej.
    


BENWOLIO
    
        Jak to? brak miłości?
    


ROMEO
    
        Brak jej tam, skąd bym pragnął wzajemności.
    


BENWOLIO
    
        Niestety! Czemuż, zdając się niebianką,
        Miłość jest w gruncie tak srogą tyranką?
    


ROMEO
    
        Niestety! Czemuż, z zasłoną na skroni,
        Miłość na oślep zawsze cel swój goni!
        Gdzież dziś jeść będziem? Ach! Był tu podobno
        Jakiś spór? Nie mów mi o nim, wiem wszystko.
        W grze tu nienawiść wielka, lecz i miłość.
        O! wy sprzeczności niepojęte dziwa!
        Szorstka miłości! nienawiści tkliwa!
        Coś narodzone z niczego! Pieszczoto
        Odpychająca! Poważna pustoto!
        Szpetny chaosie wdzięków! Ciężki puchu!
        Jasna mgło! Zimny żarze! Martwy ruchu!
        Śnie bez snu! Taką to w sobie zawiłość,
        Taką niełączność łączy moja miłość.
        Czy się nie śmiejesz?
    


BENWOLIO
    
        Nie, płakałbym raczej.
    


ROMEO
    
        Nad czym, poczciwa duszo?
    


BENWOLIO
    
        Nad uciskiem,
        Poczciwej duszy twojej.
    


ROMEO
    
        A więc strzała
        Miłości nawet przez odbitkę działa?
        Dość mi już ciężył mój smutek, ty jego
        Brzemię powiększasz przewyżką twojego;
        Współczucie twoje nad moim cierpieniem
        Nie ulgą, ale nowym jest kamieniem
        Dla mego serca. Miłość, przyjacielu,
        To dym, co z parą westchnień się unosi;
        To żar, co w oku szczęśliwego płonie;
        Morze łez, w którym nieszczęśliwy tonie.
        Czymże jest więcej? Istnym amalgamem,
        Żółcią trawiącą i zbawczym balsamem.
        Bądź zdrów.
    


Chce odejść.


BENWOLIO
    
        Zaczekaj! krzywdę byś mi sprawił,
        Gdybyś mą przyjaźń z kwitkiem tak zostawił.
    


ROMEO
    
        Ach! ja nie jestem tu, nie jestem sobą;
        To nie Romeo, co rozmawia z tobą.
    


BENWOLIO
    
        Kogóż to kochasz? mów!
    


ROMEO
    
        Przestań mię dręczyć.
        Mamże wraz jęczyć i mówić?
    


BENWOLIO
    
        Nie jęczyć,
        Tylko mi klucz dać do tego problemu,
        Kogóż to kochasz? Powiedz.
    


ROMEO
    
        Każ choremu
        Pisać testament: będzież to wezwanie
        Dobre dla tego, kto jest w tak złym stanie?
        A więc, kobietę kocham.
    


BENWOLIO
    
        Celniem mierzył,
        Gdym to pomyślał, nimeś mi powierzył.
    


ROMEO
    
        Biegle celujesz. I ta, którą kocham,
        Jest piękna.
    


BENWOLIO
    
        W piękny cel trafić najłatwiej.
    


ROMEO
    
        A właśnieś chybił. Niczym tu kołczany
        Kupida; ona ma naturę Diany;
        Pod twardą zbroją wstydliwości swojej
        Grotów miłości wcale się nie boi;
        Szydzi z nawału zaklęć oblężniczych;
        Odpiera szturmy spojrzeń napastniczych;
        Nawet jej złota wszechwładztwo nie zjedna.
        Bogata w wdzięki, w tym jedynie biedna,
        Że kiedy umrze, do grobu z nią zstąpi
        Całe bogactwo, którego tak skąpi.
    


BENWOLIO
    
        Wiecznież chce sama zostać z swym bogactwem?
    


ROMEO
    
        Tak jest; i skąpstwo to jest marnotrawstwem,
        Bo piękność, którą własna srogość strawia,
        Całą potomność piękności pozbawia.
        Zbyt ona piękna, zbyt mądra zarazem;
        Zbyt mądrze piękna: stąd istnym jest głazem.
        Przysięgła nigdy nie kochać i dzięki
        Temu skazanym - wieczne cierpieć męki.
    


BENWOLIO
    
        Jest na to rada: przestań myśleć o niej.
    


ROMEO
    
        Doradźże także, jakim bym sposobem
        Mógł przestać myśleć.
    



BENWOLIO
    
        Dając oczom wolność
        Rozpatrywania się w innych pięknościach.
    


ROMEO
    
        To byłby tylko sposób przywołania
        Jej cudnych wdzięków tym żywiej na pamięć.
        Maska kryjąca lica pięknej damy,
        Choć czarna, nęci nas, bo przeczuwamy
        Pod nią zbiór ponęt; ten, co wzrok postradał,
        Zapomniż kiedy, jaki skarb posiadał?
        Pokaż mi jaki ideał dziewczęcy,
        Będzież on dla mnie w istocie czym więcej
        Jak przypomnieniem, że jest piękność inna,
        Przed którą ta by uklęknąć powinna?
        Bądź zdrów, niewczesną podajesz mi radę.
    


BENWOLIO
    
        Najpraktyczniejszą — życie w zastaw kładę.
    


Wychodzą.





SCENA DRUGA


Ulica. Wchodzą Kapulet i Parys, za nimi Służący.


KAPULET
    
        Podobną jak mnie karą zagrożono
        I Montekiemu; ależ w wieku naszym
        Spokojnie siedzieć, rzecz nietrudna.
    


PARYS
    
        Oba
        Szanownych szczepów jesteście odrośle;
        Tym ci żałośniej, że od tyla czasu
        Żyjecie w takim rozdwojeniu z sobą.
        Cóż mówisz, panie, na moje zabiegi?
    


KAPULET
    
        To samo, co już dawniej powiedziałem:
        Mojemu dziecku świat jest jeszcze obcy,
        Ledwie czternastu lat wysnuła przędzę;
        Parę jej wiosen jeszcze przeżyć trzeba,
        Nim małżeńskiego zakosztuje chleba.
    


PARYS
    
        Z młodszych bywały nieraz szczęsne matki.
    


KAPULET
    
        Lecz prędko więdną przedwczesne mężatki.
        Ziemia schłonęła wszystkie me nadzieje:
        Oprócz tej jednej; ona jest, Parysie,
        Przyszłą, jedyną moich ziem dziedziczką.
        Staraj się jednak, skarb sobie jej serce,
        Chęć ma z jej chęcią nie będzie w rozterce;
        Jeśli cię przyjmie, głos ojca w tym względzie
        Jej pozwolenia echem tylko będzie.
        Daję dziś wieczór, na który niemało
        Gości sprosiłem; gdyby ci się dało
        Być jednym więcej, w nader miły sposób
        Zwiększyłbyś przez to zbiór miłych mi osób.
        W biednym mym domu, jednocześnie z nocą,
        Takie dziś gwiazdy ziemskie zamigocą,
        Że od ich blasku blask niebieski zblednie.
        Uciechy, młodym ludziom odpowiednie,
        Podobne do tych, jakie kwiecień sprawia,
        Gdy w starym progu zimy się pojawia;
        Takie uciechy, w całej swojej mocy,
        Wśród hożych dziewic staną się tej nocy
        Udziałem twoim w domu Kapuletów.
        Przyjdź, przejrz i wybierz sobie z tych bukietów
        Kwiat najpiękniejszy. I mój kwiat tam luby
        Wejdzie do liczby, choć nie do rachuby.
        Idźmy.

        do Sługi
        
        A wasze obejdź w krąg Weronę,
        Wynajdź osoby tu wyszczególnione
        
        oddaje mu papier
        
        I powiedz każdej: że mój dom otworem
        Na ich usługi stanie dziś wieczorem.
    


Wychodzą Kapulet i Parys.


SŁUŻĄCY
    
        Mam wynaleźć osoby tu wyszczególnione: to się znaczy według tego, co tu napisano... A cóż tu napisano? Oto: że szewc ma pilnować łokcia, a krawiec kopyta; rybak pędzla, a malarz więcierza. Jakże wynajdę osoby tu wyszczególnione, kiedy nie mogę wynaleźć środka na wyczytanie tego, co osoba pisząca tu wyszczególniła? Kazano mi jednak; muszę się udać do uczonych. Oto jacyś ichmoście. W samą porę nadchodzą.
    


Wchodzi Romeo i Benwolio.


BENWOLIO
    
        Tak, bracie, płomień spędza się płomieniem,
        Ból dawny nowym leczy się cierpieniem;
        Kręć się na odwrót, gdy masz zawrót głowy;
        Klin wyrugujesz, klin wbijając nowy;
        Zaczerpnij nowej zarazy do łona,
        A jad dawniejszej niewątpliwie skona.
    


ROMEO
    
        Liść pokrzywiany wyborny jest na to.
    


BENWOLIO
    
        Na cóż to, proszę?
    


ROMEO
    
        Na oparzeliznę;
        Spróbuj no tylko.
    


BENWOLIO
    
        Powiedz mi, Romeo,
        Czyś ty oszalał?
    


ROMEO
    
        Nie, nie oszalałem;
        Lecz wpadłem w gorszy stan niż szalonego;
        W loch się dostałem, jestem pastwą głodu,
        Chłost i mąk... Dobry wieczór, przyjacielu.
    


SŁUŻĄCY
    
        Nawzajem, panie. Czy umiesz pan czytać?
    


ROMEO
    
        Niestety! umiem w moim przeznaczeniu
        Czytać niedolę.
    


SŁUŻĄCY
    
        Tego się bez książki
        Można nauczyć; ale ja się pytam,
        Czy pan pisane rzeczy umie czytać?
    


ROMEO
    
        Małej mi rzeczy do tego potrzeba,
        To jest znać tylko język i litery.
    


SŁUŻĄCY
    
        Słusznie pan mówisz, bądźże zdrów i wesół.
    


Chce odejść.


ROMEO
    
        Czekaj no, wasze, umiem czytać.
    
        czyta
        
        „Sinior Martino, jego małżonka i córki. Hrabia Anzelm ze swymi pięknymi siostrami. Siniora wdowa po Witruwiuszu. Sinior Placentio i jego miłe siostrzenice. Merkucjusz i jego brat Walenty. Mój stryj Kapulet z małżonką i córkami. Moja śliczna siostrzenica, Rozalina, Liwia, Sinior Valentio i nasz kuzyn Tybalt. Lucjusz i nadobna Helena.” Wspaniałe grono! (oddaje kartę) Gdzież oni przyjść mają?
    


SŁUŻĄCY
    
        Owdzie.
    


ROMEO
    
        Gdzie?
    


SŁUŻĄCY
    
        Do naszego pałacu, na wieczerzę.
    


ROMEO
    
        Do czyjego pałacu?
    


SŁUŻĄCY
    
        Mojego pana.
    


ROMEO
    
        W istocie powinienem się był przede wszystkim spytać, kto nim jest.
    


SŁUŻĄCY
    
        Oznajmię to panu bez pytania: moim panem jest możny, bogaty Kapulet; jeżeli panowie nie jesteście z domu Montekich, to was zapraszam do niego na kubek wina. Bądźcie weseli.
    


Wychodzi.


BENWOLIO
    
        Na tym wieczorze Kapuleta będzie
        Bożyszcze twoje, piękna Rozalina,
        Obok najpierwszych piękności werońskich.
        Pójdź tam i okiem bezstronnym porównaj
        Jej twarz z obliczem tych, które ci wskażę:
        Wnet nowe bóstwo ślad dawnego zmaże.
    


ROMEO
    
        Gdyby rzetelny mój wzrok tak fałszywe
        Miał dać świadectwo, łzy, stańcie się żarem!
        Wy, zalewane wciąż, a jeszcze żywe
        Przezrocza, spłońcie pod kłamstwa nadmiarem!
        Zatrzeć jej wdzięki! Nigdy wszechwidzące
        Równej piękności nie widziało słońce.
    


BENWOLIO
    
        Wielbisz ją, boś ją jedną na oboich
        Ważył dotychczas szalach oczu swoich,
        Lecz umieść na tej wadze kryształowej
        Obok niej inną, którą ci gotowy
        Będę dziś wskazać; a ręczę, że owa
        Nieporównana w kąt się przed tą schowa.
    


ROMEO
    
        Pójdę tam, ale z obojętnym okiem,
        Jednej wyłącznie poić się widokiem.
    


Wychodzą.





SCENA TRZECIA


Pokój w domu Kapuletów. Wchodzi Pani Kapulet i Marta


PANI KAPULET
    
        Gdzie moja córka? Idź ją tu przywołać.
    


MARTA
    
        Na moją cnotę do dwunastu wiosen —
        Już ją wołałam. Pieszczotko, biedronko!
        Julciu! pieszczotko moja! moje złotko!
        Boże, zmiłuj się! Gdzież ona jest? Julciu!
    


Wchodzi Julia.


JULIA
    
        Czy mnie kto wołał?
    


MARTA
    
        Mama.
    


JULIA
    
        Jestem, pani;
        Co mi rozkażesz?
    


PANI KAPULET
    
        Słuchaj. Odejdź, Marto;
        Mam z nią sam na sam coś do pomówienia.
        Marto, pozostań; przychodzi mi na myśl,
        Że twa obecność może być potrzebna.
        Julka ma piękny już wiek, wszakże prawda?
    


MARTA
    
        Ba, mogę wiek jej policzyć na palcach.
    


PANI KAPULET
    
        Czternaście ma już lat, jak mi się zdaje.
    


MARTA
    
        Czternaście moich zębów w zakład stawię
        (Chociaż właściwie mam ich tylko cztery),
        Że jeszcze nie ma. Rychłoż będzie święto
        Piotra i Pawła?
    


PANI KAPULET
    
        Za parę tygodni
        Mniej więcej.
    


MARTA
    
        Mniej czy więcej, czy okrągło,
        Ale dopiero w wieczór na świętego
        Piotra i Pawła skończy lat czternaście.
        Ona z Zuzanką, Boże, zbaw nas grzesznych!
        Były rówieśne. Zuzanka u Boga —
        Byłże to anioł! ale jak mówiłam,
        Julcia dopiero na świętego Piotra
        i Pawła skończy spełna lat czternaście.
        Tak, tak; pamiętam dobrze. Mija teraz
        Rok jedenasty od trzęsienia ziemi;
        Właśnie od piersi była odsądzona,
        Spomiędzy wszystkich dni bożego roku
        Tego jednego nigdy nie zapomnę.
        Piołunem sobie wtedy pierś potarłam,
        Siedząc na słońcu tuż pod gołębnikiem.
        Państwo byliście tego dnia w Mantui.
        A co? mam pamięć? Ale jak mówiłam,
        Skoro pieszczotka moja na brodawce
        Poczuła gorycz, trzeba było widzieć,
        Jak się skrzywiła, szarpnęła od piersi;
        Gołębnik za mną: skrzyp! a ja co żywo
        Na równe nogi: hyc! nie myśląc czekać,
        Aż mi kto każe. Upłynęło odtąd
        Lat jedenaście. Umiała już wtedy
        0 własnej sile stać, co mówię, biegać,
        Dyrdać. Dniem pierwej zbiła sobie czoło.
        Mój mąż, świeć Panie jego duszy! podniósł
        Z ziemi niebogę; był to wielki figlarz.
        „Plackiem - rzekł - padasz teraz, a jak przyjdzie
        Większy rozumek, to na wznak upadniesz,
        Nieprawdaż, Julciu?” A ten mały łotrzyk
        Jak mi Bóg miły! przestał zaraz krzyczeć
        I odpowiedział: „tak”. Chociażbym żyła
        Tysiąc lat, nigdy tego nie zapomnę.
        „Nieprawdaż, Julciu - rzekł - że padniesz wznak?”
        A mały urwis odpowiedział: „tak”.
    


PANI KAPULET
    
        Dość tego, Marto, skończ już tę historię.
        Proszę cię.
    


MARTA
    
        Dobrze, miłościwa pani.
        Ale nie mogę wstrzymać się od śmiechu,
        Kiedy przypomnę sobie, jak to ona
        Przestała krzyczeć i odpowiedziała:
        „Tak”. Miała jednak guz jak kurze jaje,
        Siniec porządny i płakała gorzko;
        Ale gdy mąż mój rzekł: „Plackiem dziś padasz,
        A jak dorośniesz, to na wznak upadniesz,
        Nieprawdaż Julciu?”, tak i niebożątko
        Zaraz ucichło i odrzekło:„tak”.
    


JULIA
    
        Ucichnij też i ty, proszę cię, nianiu.
    


MARTA
    
        Jużem ucichła przecie. Pan Bóg z tobą!
        Ty jesteś perłą ze wszystkich niemowląt,
        Jakie karmiłam. Gdybym jeszcze mogła
        Patrzeć na twoje zamęście!...
    


PANI KAPULET
    
        Zamęście!
        To jest punkt właśnie, o którym chcę mówić.
        Powiedz mi, Julio, co myślisz i jakie
        Są chęci twoje we względzie małżeństwa?
    


JULIA
    
        O tym zaszczycie jeszcze nie myślałam.
    


MARTA
    
        O tym zaszczycie! Gdybym nie ja była
        Twą karmicielką, rzekłabym, żeś mądrość
        Wyssała z mlekiem.
    


PANI KAPULET
    
        Myślże o tym teraz.
        Młodsze od ciebie dziewczęta z szlachetnych
        Domów w Weronie wcześnie stan zmieniają;
        Ja sama byłam już matką w tym wieku,
        W którym tyś jeszcze panną. Krótko mówiąc,
        Waleczny Parys stara się o ciebie.
    


MARTA
    
        To mi kawaler! panniuniu, to brylant
        Taki kawaler: chłopiec gdyby z wosku!
    


PANI KAPULET
    
        Nie ma w Weronie równego mu kwiatu.
    


MARTA
    
        Co to, to prawda: kwiat to, kwiat prawdziwy.
    


PANI KAPULET
    
        Cóż, Julio? Będziesz mogła go kochać?
        Dziś w wieczór ujrzysz go wśród naszych gości.
        Wczytaj się w księgę jego lic, na których
        Pióro piękności wypisało miłość;
        Przypatrz się jego rysom, jak uroczo,
        Zgodnie się schodzą z sobą i jednoczą;
        A co w tej księdze wyda ci się mrocznym,
        To w jego oczach stanieć się widocznym.
        Do upięknienia tej, zaprawdę rzadkiej,
        Edycji męża brak tylko okładki.
        Roślina w ziemi, ryba w wodzie żyje;
        Miło, gdy piękną treść piękny wierzch kryje;
        I tym wspanialsza, tym więcej jest warta
        Złota myśl w złotej oprawie zawarta.
        Tak więc z nim wszystką jego właść posiędziesz
        I w niczym sama ujmy mieć nie będziesz.
    


MARTA
    
        Ujmy? Ba, owszem przyrost, boć to przecie
        Zawżdy z mężczyzną przybywa kobiecie.
    


PANI KAPULET
    
        Chceszże go? powiedz krótko, węzłowato.
    


JULIA
    
        Zobaczę, jeśli patrzenia dość na to;
        Nie głębiej jednak myślę w tę rzecz wglądać,
        Jak tobie, pani, podoba się żądać.
    


Wchodzi Służący.


SŁUŻĄCY
    
        Pani, goście już przybyli; wieczerza zastawiona, czekają na panie, pytają o pannę Julię, przeklinają w kuchni panią Martę; słowem, niecierpliwość powszechna. Niech panie raczą pośpieszyć.
    


Wychodzi.


PANI KAPULET
    
        Pójdź, Julio; w hrabi serce tam dygoce.
    


MARTA
    
        Idź i po błogich dniach błogie znajdź noce.
    


Wychodzą.





SCENA CZWARTA


Ulica. Wchodzą Romeo, Merkucjo i Benwolio w towarzystwie pięciu czy sześciu masek. Ludzie z pochodniami i inne osoby.


ROMEO
    
        Mamyż przy wejściu z przemową wystąpić
        Czy też po prostu wejść?
    


BENWOLIO
    
        Wyszły już z mody
        Te ceremonie; nie będziemy z sobą
        Wiedli Kupida z opaską na skroni,
        Łuk malowany z gontu niosącego
        I straszącego dziewczęta jak ptaki,
        Ani też owych prawili oracji,
        Mdło za suflerem cedzonych na wstępie.
        Niech sobie o nas pomyślą, co zechcą;
        Wejdziem, pokręcim się i znikniem potem.
    


ROMEO
    
        Kręćcie się, kiedy chcecie, jam do tego
        Dziś niesposobny.
    


MERKUCJO
    
        Kochany Romeo,
        Musisz potańczyć także.
    


ROMEO
    
        Nie, doprawdy.
        Wy macie lekkie trzewiki, to tańczcie;
        Mnie ołów serce tłoczy, ledwie mogę
        Ruszyć się z miejsca.
    


MERKUCJO
    
        Zakochany jesteś;
        Pożycz strzelistych od Kupida skrzydeł
        I wznieś się nimi nad poziomą sferę.
    


ROMEO
    
        Nie mnie, tkniętemu srodze jego strzałą,
        Strzeliście wzbijać się na jego skrzydłach;
        Nie mnie się wznosić nad poziom, co nosząc
        Brzemię miłości, na poziom upadam.
    


MERKUCJO
    
        A gdybyś upadł z nią, ją byś obrzemił.
        Tak delikatną rzecz przygniótłbyś srodze.
    


ROMEO
    
        Nazywasz miłość rzeczą delikatną?
        Zbyt, owszem, twarda, szorstka i koląca.
    


MERKUCJO
    
        Twardali dla cię, bądź i dla niej twardy;
        Kol ją, gdy kole, a zwalisz ją łatwo.
        Hola! podajcie mi na twarz pokrowiec!
        Maskę na maskę!
    
        wkłada maskę
        
        Niechaj sobie teraz
        Ciekawe oko nicuje mą szpetność!
        Ta larwa za mnie będzie się rumienić.
    


BENWOLIO
    
        Idźmy, panowie; zadzwońmy, a potem
        Ostro już tylko polećmy się nogom.
    


ROMEO
    
        Niech trzpioty łechcą nieczułą posadzkę!
        Pochodni dla mnie! bom ja dziś skazany,
        Jak ów pachołek, co świeci swej pani,
        Stać nieruchomie i martwym być widzem.
    


MERKUCJO
    
        Stój, jak chcesz, byleś tylko nie stał o to,
        Co cię tak martwi, a w czym (z całym winnym
        Uszanowaniem dla twojej miłości),
        Jak w błocie, widzę, po uszy zagrzązłeś.
        Nuże, nie palmy świec w dzień.
    


ROMEO
    
        Palmyż teraz.
        Bo noc jest.
    


MERKUCJO
    
        Mniemam, panie, że czas tracąc
        Zarówno psujem świece bez potrzeby,
        Jak w dzień je paląc. Przyjmij tę uwagę;
        Bo w niej pięć razy więcej jest logiki
        Niż w naszych pięciu zmysłach.
    


ROMEO
    
        Uważamy
        Za rzecz stosowną pójść tam na ten festyn,
        Chociaż logiki w tym nie ma.
    


MERKUCJO
    
        Dlaczego?
    


ROMEO
    
        Miałem tej nocy marzenie.
    


MERKUCJO
    
        Ja także;
    


ROMEO
    
        Cóż ci się śniło?
    


MERKUCJO
    
        To, że marzyciele
        Najczęściej zwykli kłamać.
    


ROMEO
    
        Przez sen w łóżku,
        Gdy w gruncie marzą o rzeczach prawdziwych.
    


MERKUCJO
    
        Snadź się królowa Mab widziała z tobą;
        Ta, co to babi wieszczkom i w postaci
        Kobietki mało co większej niż agat
        Na wskazującym palcu aldermana,
        Ciągniona cugiem drobniuchnych atomów,
        Tuż, tuż śpiącemu przeciąga pod nosem.
        Szprychy jej wozu z długich nóg pajęczych,
        Osłona z lśniących skrzydełek szarańczy;
        Sprzężaj z plecionych nitek pajęczyny;
        Lejce z wilgotnych księżyca promyków;
        Bicz z cienkiej żyłki na świerszcza szkielecie;
        A jej forszpanem mała, szara muszka
        Przez pół tak wielka jak ów krągły owad,
        Co siedzi w palcu leniwej dziewczyny;
        Wozem zaś próżny laskowy orzeszek;
        Dzieło wiewiórki lub majstra robaka,
        Tych z dawien dawna akredytowanych
        Stelmachów wieszczek. W takich to przyborach
        Co noc harcują po głowach kochanków,
        Którzy natenczas marzą o miłości;
        Albo po giętkich kolanach dworaków,
        Którzy natenczas o ukłonach marzą;
        Albo po chudych palcach adwokatów,
        Którym się wtedy roją honoraria;
        Albo po ustach romansowych damul,
        Którym się wtedy marzą pocałunki;
        Często atoli Mab na te ostatnie
        Zsyła przedwczesne zmarszczki, gdy ich oddech
        Za bardzo znajdzie cukrem przesycony.
        Czasem też wjeżdża na nos dworakowi:
        Wtedy śnią mu się nowe łaski pańskie;
        Czasem i księdza plebana odwiedzi,
        Gdy ten spokojnie drzemie, i ogonem
        Dziesięcinnego wieprza w nos go łechce:
        Wtedy mu nowe śnią się beneficja
        Czasem wkłusuje na kark żołnierzowi:
        Ten wtedy marzy o cięciach i pchnięciach,
        O szturmach, breszach , o hiszpańskich klingach
        Czy o pucharach, co mają pięć sążni;
        Wtem mu zatrąbi w ucho: nasz bohater
        Truchleje, zrywa się, klnąc zmawia pacierz
        I znów zasypia. Taka jest Mab: ona,
        Ona to w nocy zlepia grzywy koniom
        I włos ich gładki w szpetne kudły zbija,
        Które rozczesać niebezpiecznie; ona
        Jest ową zmorą, co na wznak leżące
        Dziewczęta dusi i wcześnie je uczy
        Dźwigać ciężary, by się z czasem mogły
        Zawołanymi stać gospodyniami.
        Ona to, ona...
    


ROMEO
    
        Skończ już, skończ, Merkucjo,
        Prawisz o niczym.
    


MERKUCJO
    
        Prawię o marzeniach,
        Które w istocie niczym innym nie są
        Jak wylęgłymi w chorobliwym mózgu
        Dziećmi fantazji; ta zaś jest pierwiastku
        Tak subtelnego właśnie jak powietrze;
        Bardziej niestała niż wiatr, który już to
        Mroźną całuje północ, już to z wstrętem
        Rzuca ją, dążąc w objęcia południa.
    


BENWOLIO
    
        Coś ten wiatr zawiał, zdaje się, i na nas,
        Wieczerza stoi, spóźnimy się na nią.
    


ROMEO
    
        Boję się, czyli nie przyjdziem za wcześnie;
        Bo moja dusza przeczuwa, że jakieś
        Nieszczęście, jeszcze wpośród gwiazd wiszące,
        Złowrogi bieg swój rozpocznie od daty
        Uciech tej nocy i kres zamkniętego
        W mej piersi, zbyt już nieznośnego, życia
        Przyśpieszy jakimś strasznym śmierci ciosem.
        Lecz niech Ten, który ma ster mój w swym ręku,
        Kieruje moim żaglem! Dalej! Idźmy!
    


BENWOLIO
    
        Uderzcie w bębny!
    


Wychodzą.





SCENA PIĄTA


Sala w domu Kapuletów. Wchodzą muzykanci i słudzy.


PIERWSZY SŁUGA
    
        Gdzie Potpan? Czemu nie pomaga sprzątać? Gęsi mu paść, nie służyć.
    


DRUGI SŁUGA
    
        Tak to, kiedy ważne obowiązki lokaja powierzają ludziom złej maniery; na diabła się to zdało.
    


PIERWSZY SŁUGA
    
        Powynoście stołki! usuńcie na bok bufet! Pozbierajcie srebra! Schowaj no tam dla mnie, braciszku, kawałek marcepana i szepnij na ucho odźwiernemu, żeby wpuścił Zuzannę Grindstone i Nelly; jak mię kochasz! Antoni! Potpan!
    


DRUGI SŁUGA
    
        Dobrze, chłopcze, gotowe.
    


PIERWSZY SŁUGA
    
        Wołają was, czekają na was i niecierpliwią się w wielkiej sali.
    


TRZECI SŁUGA
    
        Nie możemy być tu i tam razem. Dalej, chłopcy! pohulajmyż dzisiaj! Kto umie czekać, wszystkiego się doczeka.
    


Oddalają się. Kapulet i inni wchodzą z gośćmi i maskami.


KAPULET
    
        Witaj, cna młodzi! Wolne od nagniotków
        Damy rachują na waszą ruchawość,
        Śliczne panienki, któraż z was odmówi
        Stanąć do tańca? O takiej wręcz powiem,
        Że ma nagniotki. A co? Tom was zażył!
        Dalej, panowie! I ja kiedyś także
        Maskę nosiłem i umiałem szeptać
        W ucho pięknościom jedwabne powieści,
        Co szły do serca; przeszło to już, przeszło.
        Nuże, panowie! Grajki, zaczynajcie!
        Miejsca! rozstąpmy się! dalej, dziewczęta!
        
    Muzyka gra. Młodzież tańczy.
    
    
        Hej! więcej światła! Wynieście te stoły!
        I zgaście ogień, bo zbyt już gorąco.
        Siadajże, siadaj, bracie Kapulecie!
        Dla nas dwóch czasy pląsów już minęły.
        Jakże to dawno byliśmy obydwaj
        Po raz ostatni w maskach?
    


DRUGI KAPULET
    
        Będzie temu
        Lat ze trzydzieści.
    


KAPULET
    
        Co? Co! Nie tak dawno
        Było to, pomnę, na godach Lucencja;
        Na te Zielone Świątki, da Bóg dożyć,
        Będzie dwadzieścia pięć lat.
    


DRUGI KAPULET
    
        Dawniej, dawniej,
        Wszak już syn jego jest trzydziestoletni.
    


KAPULET
    
        Co mi waść prawisz? Przede dwoma laty
        Syn jego nie był jeszcze pełnoletni.
    


ROMEO
    do jednego z sług
    
        Co to za dama, co w tej chwili tańczy
        Z tym kawalerem?
    


SŁUGA
    
        Nie wiem, jaśnie panie.
    


ROMEO
    
        Ona zawstydza świec jarzących blaski;
        Piękność jej wisi u nocnej opaski
        Jak drogi klejnot u uszu Etiopa.
        Nie tknęła ziemi wytworniejsza stopa.
        Jak śnieżny gołąb wśród kawek tak ona
        Świeci wśród swoich towarzyszek grona.
        Zaraz po tańcu przybliżę się do niej
        I dłoń mą uczczę dotknięciem jej dłoni.
        Kochałżem dotąd? O! zaprzecz, mój wzroku!
        Boś jeszcze nie znał równego uroku.
    


TYBALT
    
        Sądząc po głosie, z Montekich to któryś.
        Daj no mi rapir, chłopcze. Jak się waży
        Ten łotr tu wchodzić i kłamaną larwą
        Szyderczo naszej urągać zabawie?
        Na krew szlachetną, co mi wzdyma serce,
        Nie będzie grzechu, jeśli go uśmiercę.
    


KAPULET
    
        Tybalcie, co ci to? Czego się zżymasz?
    


TYBALT
    
        Ujmy tej, stryju, pewno nie wytrzymasz:
        Jeden z Montekich, twych śmiertelnych wrogów,
        Śmie tu znieważać gościnność twych progów.
    


KAPULET
    
        Czyż to Romeo?
    


TYBALT
    
        Tak, ten to nikczemnik.
    


KAPULET
    
        Daj mu waść pokój, nie wychodzi przecie
        z granic wytkniętych dobrym wychowaniem
        I prawdę mówiąc, cała go Werona
        Ma za młodzieńca pełnego przymiotów;
        Nie chciałbym za nic w świecie w moim domu
        Czynić mu krzywdy. Uspokój się zatem,
        Miły synowcze, nie zważaj na niego,
        Taka ma wola; jeśli ją szanujesz,
        Okaż uprzejmość i spędź precz z oblicza
        Ten mars niezgodny z weselem tej doby.
    


TYBALT
    
        Taki gość w domu nabawia choroby;
        Nie ścierpię go tu.
    


KAPULET
    
        Chcę go mieć cierpianym.
        Cóż to, zuchwalcze? Mówię, że chcę! Cóż to?
        Czy ja tu jestem, czy waść jesteś panem?
        Waść go tu nie chcesz ścierpieć! Boże odpuść!
        Waść mi chcesz gości porozpędzać? kołki
        Na łbie mi strugać? przewodzić w mym domu?
    


TYBALT
    
        Stryju, to hańba!
    


KAPULET
    
        Cicho! burdą jesteś.
        Z tą porywczością doigrasz się waszmość.
        Zawsze mi musisz się sprzeciwiać! — Brawo,
        Kochana młodzi! — Urwipołeć z waści!
        Siedź cicho albo... Hola! Więcej światła! —
        Ja cię uciszę. Patrz go! — Żwawo, chłopcy!
    


TYBALT
    
        Gniew dobrowolny z flegmą przymuszoną
        Na krzyż się schodząc wstrząsają mi łono.
        Muszę ustąpić; wkrótce się atoli
        W gorzką żółć zmieni ta słodycz wbrew woli.
    


Oddala się.


ROMEO
    do Julii
    
        Jeśli dłoń moja, co tę świętość trzyma,
        Bluźni dotknięciem: zuchwalstwo takowe
        Odpokutować usta me gotowe
        Pocałowaniem pobożnym pielgrzyma.
    


JULIA
    do Romeo
    
        Mości pielgrzymie, bluźnisz swojej dłoni,
        Która nie grzeszy zdrożnym dotykaniem;
        Jestli ujęcie rąk pocałowaniem,
        Nikt go ze świętych pielgrzymom nie broni.
    


ROMEO
    jak pierwej
    
        Nie mająż święci ust tak jak pielgrzymi?
    


JULIA
    jak pierwej
    
        Mają ku modłom lub kornej podzięce.
    


ROMEO
    
        Niechże ich usta czynią to co ręce;
        Moje się modlą, przyjm modły ich, przyjmij.
    


JULIA
    
        Niewzruszonymi pozostają święci,
        Choć gwoli modłów niewzbronne ich chęci.
    


ROMEO
    
        Ziść więc cel moich, stojąc niewzruszenie.
        I z ust swych moim daj wziąć rozgrzeszenie.
    


Całuje ją.


JULIA
    
        Moje więc teraz obciąża grzech zdjęty.
    


ROMEO
    
        Z mych ust? O! grzechu, zbyt pełen ponęty!
        Niechże go nazad rozgrzeszony zdejmie!
        Pozwól.
    


Całuje ją znowu.


JULIA
    
        Jak z książki całujesz pielgrzymie.
    


MARTA
    
        Panienko, jejmość pani matka prosi.
    


ROMEO
    
        Któż jest jej matką?
    


MARTA
    
        Jej matką? Bajbardzo!
        Nikt inny, jeno pani tego domu;
        I dobra pani, mądra a cnotliwa.
        Ja byłam mamką tej, coś z nią pan mówił.
        Smaczny by kąsek miał, kto by ją złowił.
    


ROMEO
    
        A więc Kapulet! O dolo zbyt sroga!
        Życie me jest więc w ręku mego wroga.
    


BENWOLIO
    
        Wychodźmy, wieczór dobiega już końca.
    



ROMEO
    
        Niestety! z wschodem dla mnie zachód słońca.
    


KAPULET
    do rozchodzących się gości
    
        Ejże, panowie, pozostańcie jeszcze;
        Mają nam wkrótce dać małą przekąskę.
        Chcecie koniecznie? Muszę więc ustąpić.
        Dzięki wam, mili panowie i panie.
        Dobranoc. Światła! Idźmyż spać.
        
        do Drugiego Kapuleta
        
        Braciszku,
        Zapóźniliśmy się; idę wypocząć.
    


Wychodzą wszyscy prócz Julii i Marty.


JULIA
    
        Czy nie wiesz, nianiu, kto to jest ten pan?
    


MARTA
    
        Ten,tu?
        To syn starego Tyberia.
    


JULIA
    
        A tamten,
        Co właśnie ku drzwiom zmierza?
    


MARTA
    
        To podobno
        Młody Petrycy.
    


JULIA
    
        A ów, tam na prawo,
        Co nie chciał tańczyć?
    


MARTA
    
        Nie wiem.
    


JULIA
    
        Spytaj, proszę,
        Jak się nazywa. Jeżeli żonaty,
        Całun mnie czeka zamiast ślubnej szaty.
    


MARTA
    
        Zwie się Romeo, jest z rodu Montekich,
        Synem waszego największego wroga.
    


JULIA
    
        Jako obcego za wcześnie ujrzałam!
        Jako lubego za późno poznałam!
        Dziwny miłości traf się na mnie iści,
        Że muszę kochać przedmiot nienawiści.
    


MARTA
    
        Co to jest? co to takiego?
    


JULIA
    
        To wiersze,
        Których mię jeden tancerz dziś nauczył.
    


MARTA
    
        Pójdź spać, waćpanna.
    
    
    Głos za sceną: „Julio!”
        
    
        Dalej! dalej!
        Wołają pannę i pusto już w sali.
    


Wychodzą.










AKT DRUGI





PROLOG

Przełożył Jan Kasprowicz


CHÓR

Dawna namiętność już w całunach leży,
W jej miejscu władnie siła żądzy nowej;
Piękną przestała być przy Julii świeżej
Piękność, dla której umrzeć był gotowy.

Dziś jest Romeo kochany i kocha,
W oczach obojga żar jednaki płonie;
Lecz on, w niej wroga przypuszczając, szlocha,
A ona miłość z wędki grozy chłonie.

On się nie zbliży i przed nią nie złoży
Przysiąg serdecznych, uważan za wroga;
I jej, choć w łonie namiętność się sroży,
Zejścia się z lubym zamkniętą jest droga.

Lecz w żądzy siła: po wielkich katuszach
Wielką im radość czas zgotuje w duszach.





SCENA PIERWSZA


Pusty plac przytykający do ogrodu Kapuletów. Wchodzi Romeo.


ROMEO
    
        Mamże iść dalej, gdy tu moje serce?
        Cofnij się, ziemio, wynajdź sobie centrum!
    


Wchodzi na mur i spuszcza się do ogrodu. Wchodzą Merkucjo i Benwolio.


BENWOLIO
    
        Romeo! bracie! Romeo!
    


MERKUCJO
    
        Ma rozum;
        Powietrze chłodne, więc dyrnął do łóżka.



BENWOLIO
    
        Pobiegł tą drogą i przelazł przez parkan.
        Wołaj, Merkucjo!
    


MERKUCJO
    
        Użyję nań zaklęć;
        Romeo! gachu! cietrzewiu! wariacie!
        Ukaż się w lotnej postaci westchnienia,
        Powiedz choć jeden wiersz, a dość mi będzie;
        Jęknij: ach! połącz w rym: kochać i szlochać;
        Szepnij Wenerze jakie piękne słówko;
        Daj jaki nowy epitet ślepemu
        Jej synalkowi, co tak celnie strzelał
        Za owych czasów, gdy król Kofetua
        W zaloty chodził do córki żebraczej.
        Nie słucha; ani piśnie, ani trunie
        Zdechł robak, muszę zakląć go inaczej.
        Klnę cię na żywe oczy Rozaliny,
        Na jej wysokie czoło, krasne usta,
        Wysmukłe nóżki i toczone biodra
        Z przyległościami, abyś się przed nami
        W właściwej sobie postaci ukazał.
    


BENWOLIO
    
        Gniewać się będzie, jeśli cię usłyszy.
    


MERKUCJO
    
        Co się ma gniewać? Mógłby się rozgniewać,
        Gdyby za sprawą mojego zaklęcia
        W zaczarowane koło jego pani
        Inny duch wkroczył i stał tam dopóty,
        Dopóki by go nie zmogła: to byłby
        Powód do uraz; moja inwokacja
        Jest przyjacielska i godziwa razem,
        Bo wywołuje w imię jego pani
        Jego jedynie naturalną postać.
    


BENWOLIO
    
        Pójdź! skrył się owdzie pomiędzy drzewami,
        By się tam zbratał z tajemniczą nocą —
        Ślepym w miłości ciemność jest najmilsza.
    


MERKUCJO
    
        Możeż w cel trafić miłość będąc ślepą?
        Teraz usiądzie sobie pod jabłonką
        I będzie wzdychał, by jego kochanka
        Była owocem, który młode panny,
        Kiedy są same — nazywają figą.
        Oby, Romeo, była, oby była
        Taką otwartą figą, a ty chłopcze,
        Obyś był gruszką! Dobranoc, Romeo!
        Idę lec w moim łóżku za kotarą,
        Bo to polowe tu dla mnie za chłodne.
        Czy idziesz także?
    


BENWOLIO
    
        Idę; próżno szukać
        Takiego, co być nie chce znaleziony.
    


Wychodzą.





SCENA DRUGA


Ogród Kapuletów. Wchodzi Romeo.


ROMEO
    
        Drwi z blizn, kto nigdy nie doświadczył rany.
    
    
    Julia ukazuje się w oknie.

    
        Lecz cicho! Co za blask strzelił tam z okna!
        Ono jest wschodem, a Julia jest słońcem!
        Wnijdź, cudne słońce, zgładź zazdrosną lunę,
        Która aż zbladła z gniewu, że ty jesteś
        Od niej piękniejsza; o, jeśli zazdrosna,
        Nie bądź jej służką! Jej szatkę zieloną
        I bladą noszą jeno głupcy. Zrzuć ją!
        To moja pani, to moja kochanka!
        O! gdyby mogła wiedzieć, czym jest dla mnie!
        Przemawia, chociaż nic nie mówi; cóż stąd?
        Jej oczy mówią, oczom więc odpowiem.
        Za śmiały jestem; mówią, lecz nie do mnie.
        Dwie najjaśniejsze, najpiękniejsze gwiazdy
        Z całego nieba, gdzie indziej zajęte,
        Prosiły oczu jej, aby zastępczo
        Stały w ich sferach, dopóki nie wrócą.
        Lecz choćby oczy jej były na niebie,
        A owe gwiazdy w oprawie jej oczu:
        Blask jej oblicza zawstydziłby gwiazdy
        Jak zorza lampę; gdyby zaś jej oczy
        Wśród eterycznej zabłysły przezroczy,
        Ptaki ocknęłyby się i śpiewały,
        Myśląc, że to już nie noc, lecz dzień biały.
        Patrz, jak na dłoni smutnie wsparła liczko!
        O! gdybym mógł być tylko rękawiczką,
        Co tę dłoń kryje!
    


JULIA
    
        Ach!
    


ROMEO
    
        Cicho! coś mówi.
        o! mów, mów dalej, uroczy aniele;
        bo ty mi w noc tę tak wspaniale świecisz
        jak lotny goniec niebios rozwartemu
        od podziwienia oku śmiertelników,
        które się wlepia w niego, aby patrzeć,
        jak on po ciężkich chmurach się przesuwa
        i po powietrznej żegluje przestrzeni.
    


JULIA
    
        Romeo! Czemuż ty jesteś Romeo!
        Wyrzecz się swego rodu, rzuć tę nazwę!
        Lub jeśli tego nie możesz uczynić,
        To przysiąż wiernym być mojej miłości,
        A ja przestanę być z krwi Kapuletów.
    


ROMEO
    
        Mamże przemówić czy też słuchać dalej?
    


JULIA
    
        Nazwa twa tylko jest mi nieprzyjazna,
        Boś ty w istocie nie Montekim dla mnie.
        Jestże Monteki choćby tylko ręką,
        Ramieniem, twarzą, zgoła jakąkolwiek
        Częścią człowieka? O! weź inną nazwę!
        Czymże jest nazwa? To, co zowiem różą,
        Pod inną nazwą równie by pachniało;
        Tak i Romeo bez nazwy Romea
        Przecież by całą swą wartość zatrzymał.
        Romeo! porzuć tę nazwę, a w zamian
        Za to, co nawet cząstką ciebie nie jest,
        Weź mię, ach! całą!
    


ROMEO
    
        Biorę cię za słowo:
        Zwij mię kochankiem, a krzyżmo chrztu tego
        Sprawi, że odtąd nie będę Romeem.
    



JULIA
    
        Ktoś ty jest, co się nocą osłaniając,
        Podchodzisz moją samotność?
    


ROMEO
    
        Z nazwiska
        Nie mógłbym tobie powiedzieć, kto jestem;
        Nazwisko moje jest mi nienawistne,
        Bo jest, o! święta, nieprzyjazne tobie;
        Zdarłbym je, gdybym miał je napisane.
    


JULIA
    
        Jeszcze me ucho stu słów nie wypiło
        Z tych ust, a przecież dźwięk już ich mi znany.
        Jestżeś Romeo, mów? jestżeś Monteki?
    


ROMEO
    
        Nie jestem ani jednym, ani drugim,
        Jednoli z dwojga jest niemiłe tobie.
    


JULIA
    
        Jakżeś tu przyszedł, powiedz, i dlaczego?
        Mur jest wysoki i trudny do przejścia,
        A miejsce zgubne; gdyby cię kto z moich
        Krewnych tu zastał...
    


ROMEO
    
        Na skrzydłach miłości
        Lekko, bezpiecznie mur ten przesadziłem,
        Bo miłość nie ma żadnych tam i granic;
        A co potrafi, na to się i waży;
        Krewni więc twoi nie trwożą mię wcale.
    


JULIA
    
        Zabiliby cię, gdyby cię ujrzeli.
    


ROMEO
    
        Ach! więcej groźby leży w oczach twoich
        Niż w ich dwudziestu mieczach; patrz łaskawie,
        A będę silny przeciw ich gniewowi.
    


JULIA
    
        Na Boga! niech cię oni tu nie ujrzą!
    


ROMEO
    
        Ciemny płaszcz nocy skryje mię przed nimi.
        Lecz niech mię znajdą, jeśli ty mię kochasz.
        Lepszy kres życia skutkiem ich niechęci
        Niż przedłużony zgon w braku twych uczuć.
    


JULIA
    
        Kto ci dopomógł znaleźć to ustronie?
    


ROMEO
    
        Miłość, co mi go doradziła szukać;
        Ona mi instynkt, ja jej oczy dałem.
        Nie jestem sternik, gdybyś jednak była
        Równie daleko jak ów brzeg, którego
        Morze najdalsze podmywa krawędzie,
        Śmiało po taki klejnot bym popłynął.
    


JULIA
    
        Gdyby nie ciemność, co mi twarz maskuje,
        Widziałbyś na niej rozlany rumieniec
        Po tym, co z ust mych słyszałeś tej nocy.
        Rada bym form się trzymać, rada cofnąć
        To, co wyrzekłam; ale precz, udanie!
        Czy ty mię kochasz? Wiem, że powiesz: tak jest;
        I jać uwierzę; mimo przysiąg jednak
        Możesz mię zawieść. Z wiarołomstwa mężczyzn
        Śmieje się, mówią, Jowisz. O! Romeo!
        Jeśli mię kochasz, wyrzecz to rzetelnie;
        Lecz jeśli masz mię za podbój zbyt łatwy,
        To zmarszczę czoło i przewrotną będę,
        I na miłosne twoje oświadczenia
        Powiem: nie, w innym razie za nic w świecie.
        Za czuła może jestem, o! Monteki,
        Stąd możesz sądzić me obejście płochym;
        Ufaj mi jednak, będę ja wierniejsza
        Od tych, co bieglej umieją się drożyć.
        Byłabym ja się była, prawdę mówiąc,
        Także drożyła, gdybyś był tajnego
        Głosu miłości mojej nie podchwycił.
        Nie wiń mię przeto ani też przypisuj
        Płochości tego wylania mych uczuć,
        Które zdradziła noc ciemna.
    


ROMEO
    
        O! Julio,
        Przysięgam na ten księżyc, co wspaniale
        Powleka srebrem tamtych drzew wierzchołki...
    


JULIA
    
        O! nie przysięgaj na księżyc, bo księżyc
        Co tydzień zmienia kształt swej pięknej tarczy;
        I miłość twoja po takiej przysiędze
        Mogłaby również zmienną się okazać.
    


ROMEO
    
        Na cóż mam przysiąc?
    


JULIA
    
        Nie przysięgaj wcale;
        Lub wreszcie przysiąż na samego siebie:
        Na ten uroczy przedmiot mych uwielbień,
        To ci uwierzę.
    


ROMEO
    
        Jeśli szczera miłość
        Mojego serca...
    



JULIA
    
        Daj pokój przysięgom.
        Lubo się cieszę z twojej obecności,
        Te nocne śluby nie cieszą mnie jakoś,
        Za nagłe one są, za nierozważne,
        Podobne niby do blasku, co znika,
        Nim człowiek zdąży powiedzieć: „Błysnęło”.
        Dobranoc, luby! Oby nam ten wonny
        Miłości pączek przyniósł kwiat niepłonny!
        Bądź zdrów! i zaśnij z tak błogim spokojem,
        Jaki, z twej łaski, czuję w sercu mojem.
    


ROMEO
    
        Także mam odejść nie zaspokojony?
    


JULIA
    
        Jakiegoż więcej chcesz zaspokojenia?
    


ROMEO
    
        Zamiany twoich zapewnień za moje.
    


JULIA
    
        Jużem ci dała je, nimeś zażądał;
        Rada bym jednak one mieć na powrót.
    


ROMEO
    
        Chciałaż byś cofnąć je? Dlaczego? luba!
    


JULIA
    
        Ażebym mogła oddać ci je znowu.
        A przecież jest to żądanie zbyteczne;
        Bo moja miłość równie jest głęboka
        Jak morze, równie jak ono bez końca;
        Im więcej ci jej udzielam, tym więcej
        Czuję jej w sercu.
    
    
    Słychać w pokojach głos Marty.
    
    
        Wołają mię. — Zaraz.
        Bądź zdrów, kochanku drogi! — Zaraz, zaraz.
        — Najmilszy, pomnij być stałym! — Zaczekaj,
        Zaczekaj trochę, powrócę za chwilę.
    


Wychodzi.


ROMEO
    
        Błogosławiona, o! błogosławiona
        Po dwakroć nocy! Ale czy to wszystko,
        Dziejąc się w nocy nie jest marą tylko?
        Co tak lubego możeż być istotnym?
    


JULIA
    ukazując się znowu
    
        Jeszcze słów parę, a potem dobranoc,
        Drogi Romeo! jeśli twoja skłonność
        Jest prawą, twoim zamiarem małżeństwo:
        To mię uwiadom jutro przez osobę,
        Którą do ciebie przyślę, gdzie i kiedy
        Zechcesz dopełnić obrzędu; a wtedy
        Całą mą przyszłość u nóg twoich złożę
        I w świat za tobą pójdę w imię boże.
    


MARTA
    za sceną
    
        Panienko!
    


JULIA
    
        Idę. — Lecz jeśli mię zwodzisz,
        To cię zaklinam...
    


MARTA
    za sceną
    
        Julciu!
    


JULIA
    
        Zaraz idę.
        — Jeśli mię zwodzisz, o! to cię zaklinam,
        Skończ te zabiegi i zostaw mię żalom.
        — Jutro więc przyślę.
    


ROMEO
    
        Jak pragnę zbawienia...
    


JULIA
    
        Po tysiąc razy dobranoc.
    


Odchodzi.


ROMEO
    
        Po tysiąc
        Razy niedobra tam, gdzie ty nie świecisz.
        Jak żak, gdy rzuca książkę, tak kochanek
        Do celu swego pospiesza wesoły;
        A gdy nadejdzie z kochanką rozstanek,
        Wlecze się smutnie, jak ów żak do szkoły.
    


Odchodzi.


JULIA
    ukazuje się znowu
    
        Pst! pst! Romeo! O, gdybym mieć mogła
        Głos sokolnika, by tego maiża
        Nazad przywołać! Przymus jest ochrypły,
        Nie może głośno mówić, gdyby nie to,
        Wstrząsłabym góry, gdzie się echo kryje,
        I głos bym jego zrobiła chrapliwszy
        Niż mój od rozbrzmień imienia Romeo!
    


ROMEO
    
        Moja to dusza dzwoni imię moje,
        Jak srebrny dźwięk ma nocą głos kochanki!
        I jestże słodsza muzyka na świecie?
    


JULIA
    
        Romeo!
    



ROMEO
    
        Luba!
    


JULIA
    
        O której godzinie
        Jutro mam przysłać?
    


ROMEO
    
        O dziewiątej.
    


JULIA
    
        Dobrze.
        Dwudziestoletni to termin. Nie pomnę,
        Po com tu ciebie znowu przywołała.
    


ROMEO
    
        Pozwól mi czekać, aż sobie przypomnisz.
    


JULIA
    
        Zapomnę znowu, po co czekasz, pomnąc
        O twojej tylko lubej obecności.
    


ROMEO
    
        A ja wciąż czekać będę, abyś ciągle
        Zapominała, sam zapominając,
        Że mam gdzie inny dom jak tutaj.
    


JULIA
    
        Wkrótce
        Dnieć będzie: rada bym, żebyś już odszedł;
        Nie dalej jednak jak ów biedny ptaszek,
        Co go swawolna dziewka z rąk wypuszcza
        I wnet, zazdroszcząc mu krótkiej wolności,
        Jak niewolnika trzymanego w więzach
        Jedwabnym sznurkiem przyciąga na powrót.
    


ROMEO
    
        Chciałbym być biednym ptaszkiem w twoim ręku.
    


JULIA
    
        O! ja bym zbytkiem pieszczot cię zabiła.
        Dobranoc, luby! jeszcze raz dobranoc!
        Smutek rozstania tak bardzo jest miły,
        Że by dobranoc wciąż usta mówiły.
    


Odchodzi.


ROMEO
    
        Sen na twe oczy, pokój w pierś niech spłynie;
        Obym był nimi w tej błogiej godzinie!
        Spieszę do ojca Laurentego celi,
        On mi pomocy i rady udzieli.
    


Wychodzi.





SCENA TRZECIA


Cela Ojca Laurentego. Wchodzi Ojciec Laurenty z koszykiem w ręku.


OJCIEC LAURENTY
    
        Szary poranek spędza mrok ponury
        Pasami światła znacząc wschodnie mury
        I noc się na bok chyli jak pijana
        Z dróg dnia ubitych kołami Tytana.
        Nim oko słońca pełnym blaskiem strzeli,
        Rosę wypije i świat rozweseli,
        Muszę uzbierać w ten koszyk z sitowia
        Roślin tak zbawczych, jak zgubnych dla zdrowia,
        Ziemia jest matką natury i grobem,
        Grzebie i życia obdziela zasobem.
        I mnóstwo dzieci jej łona widzimy
        Ciągnących pokarm z jej piersi rodzimej;
        Niejedno w skutkach swoich wyśmienite,
        Każde do czegoś, wszystko rozmaite.
        O! moc to pełna cudów, co się mieści
        W sokach ziół, krzewów, w martwej kruszców treści!
        Bo nie ma rzeczy tak podłych na ziemi,
        Aby nie mogły stać się przydatnemi;
        Ni tak przydatnych, aby zamiast służyć
        Nie zaszkodziły pod wpływem nadużyć.
        Wszakże i cnota może zajść w bezdroże,
        A błąd się czynem uszlachetnić może.
        W mdłym kwiatku, w ziółku jednym i tym samem
        Ma nieraz miejsce jad wespół z balsamem,
        Co zmysły razi i to, co im sprzyja,
        Bo jego zapach rzeźwi; smak zabija.
        Podobnie sprzeczna i w człowieku gości
        Dwójca pierwiastków: dobroci i złości;
        A kędy górę gorsza weźmie stroma,
        Tam śmierć przychodzi i roślina kona.
    


Wchodzi Romeo.


ROMEO
    
        Dzień dobry, ojcze mój.
    


OJCIEC LAURENTY
    
        Benedicite!
        Cóż to za ranny głos tak mnie pozdrawia!
        Młody mój synu, zły to znak, kto łoże
        Próżne zostawia o tak wczesnej porze.
        Troska odbywa straż w oczach starego,
        A sen tych mija, których troski strzegą;
        Ale gdzie czerstwa, wolna od kłopotów
        Młódź głowę złoży, sen zawżdy przyjść gotów.
        To więc tak ranne tu przybycie zdradza
        Jakiś niepokój, któremu snu władza
        Ulec musiała. Czy tylko się kładłeś?
        Możeś do łóżka i nie zajrzał?
    


ROMEO
    
        Zgadłeś;
        Milej niż w łóżku przeszły mi godziny.
    


OJCIEC LAURENTY
    
        Grzeszniku, pewnieś był u Rozaliny.
    


ROMEO
    
        U Rozaliny? Nie, ojcze; to imię
        W pamięci mojej wiecznym snem już drzemie.
    


OJCIEC LAURENTY
    
        Brawo, mój synu! Lecz gdzieżeś to bywał?
    


ROMEO
    
        Zaraz ci powiem: próżno byś zgadywał;
        Byłem na balu w domu mego wroga,
        Gdziem został ranny, lecz zbójczyni sroga
        Czuje cios wzajem przeze mnie zadany,
        Tak że na nasze obopólne rany
        Święty wpływ tylko twej, ojcze, opieki
        Poradzić zdoła i dać zbawcze leki.
        Po chrześcijańsku, jak widzisz, przemawiam,
        Skoro się nawet za mym wrogiem wstawiam.
    


OJCIEC LAURENTY
    
        Mów jaśniej, synu; zagadkowa spowiedź,
        Dwuznaczną także znajduje odpowiedź.
    


ROMEO
    
        Dowiedz się zatem, że anioł kobieta,
        Którąm ukochał, jest z krwi Kapuleta.
        Jego to dziecko i nadzieja cała;
        Jak ja ją, tak mnie ona ukochała.
        I do jedności, która nas już splata,
        Brakuje tylko, byś nas ty dla świata
        Stułą zjednoczył. Gdzie, o jakiej dobie
        Dozgonną miłość przysięgliśmy sobie,
        Powiem ci idąc, czcigodny kapłanie;
        Błagam cię tylko, niech się to dziś stanie.
    


OJCIEC LAURENTY
    
        Święty Franciszku! Cóż to za przemiana!
        Toż Rozalina, owa ukochana,
        Niczym już dla cię? Miłość więc młodzieży
        W oczach jedynie, a nie w sercu leży?
        Jezus! Maryja! Ileż to solanki
        Ściekło z twych oczu dla owej kochanki!
        I nadaremnie, bowiem twe zapały
        Wciąż zalewane, wciąż się powiększały.
        Jeszcze twych westchnień nie rozwiał Fawoni;
        Jeszcze twój dawny jęk w uszach mi dzwoni,
        I na twych licach, bladością pokrytych,
        Widoczny jeszcze ślad łez nie obmytych,
        Wszystko, coś cierpiał z miłosnej przyczyny,
        Cierpiałeś tylko gwoli Rozaliny.
        A teraz! nie dziw, gdy mdła płeć upadnie,
        Kiedy mężczyźni szwankują tak snadnie.
    


ROMEO
    
        Gdym kochał tamtą, takżeś nie pochwalał.
    


OJCIEC LAURENTY
    
        Nie, żeś ją kochał, lecz żeś za nią szalał.
    


ROMEO
    
        Pogrześć tą miłość kazałeś.
    


OJCIEC LAURENTY
    
        Nie w grobie
        By tę pochować, a inną wziąć sobie.
    


ROMEO
    
        Nie łaj mnie, proszę; ta, co mi dziś luba,
        Miłość mą płaci miłością cheruba;
        Z tamtą inaczej było.
    


OJCIEC LAURENTY
    
        Bo odgadła,
        Że w rzeczach serca nie znasz abecadła,
        Tylko z rutyny czytasz. Pójdź, wietrzniku;
        Do sankcji tego nowego wybryku
        Jeden i jeden tylko wzgląd mię skłania:
        To jest, że może z tego zawiązania
        Wyniknie węzeł, który wasze rody
        Zawistne złączy w piękny łańcuch zgody.
    


ROMEO
    
        O! prędzej! pilno mi!
    


OJCIEC LAURENTY
    
        Festina lente!
        Zdradne są kroki za spiesznie podjęte.
    


Wychodzą.





SCENA CZWARTA


Ulica. Wchodzą Merkucjo i Benwolio.


MERKUCJO
    
        Gdzież, u diabła, ugrzązł Romeo! Czy był tej nocy w domu?
    


BENWOLIO
    
        Nie w domu swego ojca przynajmniej; mówiłem z jego służącym.
    


MERKUCJO
    
        Ta blada sekutnica Rozalina
        Na wariata go wnet wykieruje.
    


BENWOLIO
    
        Tybalt, starego Kapuleta krewny,
        Pisał do niego list.
    


MERKUCJO
    
        Z wyzwaniem, ręczę.
    


BENWOLIO
    
        Romeo mu odpowie.
    


MERKUCJO
    
        Każdy człowiek
        Piśmienny może na list odpowiedzieć.
    


BENWOLIO
    
        On mu odpowie odpowiednio, jak człowiek wyzwany.
    


MERKUCJO
    
        Biedny Romeo! Już trup z niego! Zakłuty czarnymi oczyma białogłowy; przestrzelony na wskroś uszu romansową piosnką; ugodzony w sam rdzeń serca postrzałem ślepego malca łucznika; potrafiż on Tybaltowi stawić czoło?
    


BENWOLIO
    
        A cóż to takiego Tybalt?
    


MERKUCJO
    
        Coś więcej niż książę kotów; możesz mi wierzyć! Nieustraszony rębacz, bije się jak z nut, zna czas, odległość i miarę; pauzuje w sam raz jak potrzeba: raz, dwa, a trzy to już w pierś. Żaden jedwabny guzik nie wykręci mu się od śmierci. Duelista to, duelista pierwszej klasy. Owe nieśmiertelne passado! Owe punto reverso! owe hai!
    


BENWOLIO
    
        Co takiego?
    


MERKUCJO
    
        Niech kaci porwą to plemię śmiesznych, sepleniących, przesadnych fantastyków, z ich nowo kutymi terminami! Na Boga, doskonała klinga! Dzielny mąż! Wspaniała dziewka! Nie jestże to rzecz opłakana, że nas obsiadły te zagraniczne muchy, te modne sroki, te pardonnez moi, którym tak bardzo idzie o nową formę, że nawet na starej ławce wygodnie siedzieć nie mogą; te bąki, co bąkają: bon! bon!
    


Wchodzi Romeo


BENWOLIO
    
        Oto Romeo, nasz Romeo idzie.
    


MERKUCJO
    
        Bez mlecza, jak śledź suszony. O! człowieku! jakżeś się w rybę przedzierzgnął! Teraz go rymy Petrarki rozczulają. Laura naprzeciw jego bóstwa jest prostą pomywaczką, lubo tamta miała kochanka, co ją opiewał; Dydona flądrą; Kleopatra Cyganką; Helena i Hero szurgotami i otłukami; Tyzbe kopciuchem lub czymś podobnym, ale zawsze niedystyngowanym. Bon jour, sinior Romeo! Oto masz francuskie pozdrowienie na cześć twoich francuskich pantalonów. Pięknie nas zażyłeś tej nocy.
    


ROMEO
    
        Dzień dobry wam, moi drodzy. Jakże to was zażyłem?
    


MERKUCJO
    
        Pokazałeś nam odwrotną stronę medalu, odwrotną stronę swego medalu.
    


ROMEO
    
        To się znaczy, żem wam zdezerterował. Wybacz, kochany Merkucjo; miałem pilny interes, a w takim przypadku człowiek może zgrzeszyć na polu uprzejmości.
    


MERKUCJO
    
        To się znaczy, że w takim przypadku człowiek może być zniewolony zgiąć kolana.
    


ROMEO
    
        Ma się rozumieć — z uprzejmości.
    


MERKUCJO
    
        Bardzoś zgrabnie trafił w sedno.
    


ROMEO
    
        A ty bardzoś zgrabnie to wyłożył.
    


MERKUCJO
    
        Ja bo jestem kwiatem uprzejmości.
    


ROMEO
    
        Kwiatem kwiatów.
    


MERKUCJO
    
        Racja.
    


ROMEO
    
        Jeżeliś ty kwiatem, to moje trzewiki są w kwitnącym stanie.
    


MERKUCJO
    
        Brawo! pielęgnuj mi ten dowcip; ażeby, skoro ci się do reszty zedrze podeszwa u trzewików, twój dowcip mógł po prostu figurować.
    


ROMEO
    
        O! godny zdartej podeszwy dowcipie! O! figuro pełna prostoty z powodu swego prostactwa!
    


MERKUCJO
    
        Na pomoc, Benwolio! moje koncepta dech tracą.
    


ROMEO
    
        Pejcza je i pejcza! Biczem i ostrogą, inaczej nazwę je hetkami.
    


MERKUCJO
    
        Jeżeli twój dowcip poluje na dzikie gęsi, to kapituluję; bo on ma więcej kwalifikacji ku temu niż wszystkie moje umysłowe władze. Czy ja ci się zdaję na to, żebym miał z gęsiami do czynienia?
    


ROMEO
    
        Tyś mi się nigdy na nic nie zdał, wyjąwszy, kiedy miałem do czynienia z gęsiami.
    


MERKUCJO
    
        Za ten koncept ugryzę cię w ucho.
    


ROMEO
    
        Chyba udziobiesz!
    


MERKUCJO
    
        Twój dowcip jest gorzką konfiturą, diabelnie ostrym sosem.
    


ROMEO
    
        Stosownym do gęsi.
    


MERKUCJO
    
        To koncept z koźlej skórki, której cal da się rozciągnąć tak, że nim opaszesz całą głowę.
    


ROMEO
    
        Rozciągnę go do wyrazu „głowę”, który połączywszy z gęsią, będziesz miał gęsią głowę.
    


MERKUCJO
    
        Nie jestże to lepiej niż jęczeć z miłości? Teraz to co innego; teraz mi jesteś towarzyski, jesteś Romeem, jesteś tym, czym jesteś; miłość zaś jest podobna do owego gapia, co się szwenda wywiesiwszy język, szukając dziury, gdzie by mógł palec wścibić.
    


ROMEO
    
        Stój! Stój!
    


MERKUCJO
    
        Chcesz, aby się mój dowcip zastanowił w samym środku weny?
    


ROMEO
    
        Z obawy, abyś tej weny zbyt nie rozszerzył.
    


MERKUCJO
    
        Mylisz się, właśnie byłem bliski ją ścieśnić, bo jużem był doszedł do jej dna i nie miałem zamiaru dłużej wyczerpywać materii.
    


ROMEO
    
        Patrzcie, co za dziwadła!
    


Wchodzi Marta z Piotrem.


MERKUCJO
    
        Żagiel! żagiel! żagiel!
    


BENWOLIO
    
        Dwa, dwa: spodnie i spódnica
    


MARTA
    
        Piotrze.
    


PIOTR
    
        Słucham.
    


MARTA
    
        Piotrze, gdzie mój wachlarz?
    


MERKUCJO
    
        Proszę cię, mój Piotrze, zakryj wachlarzem twarz jejmości; bo z dwojga tego, jej wachlarz jest piękniejszy.
    


MARTA
    
        Życzę panom dnia dobrego.
    


MERKUCJO
    
        Życzymy ci dobrego południa, piękna sinjoro.
    


MARTA
    
        Czy to już południe?
    


MERKUCJO
    
        Nie inaczej; bo nieczysta ręka wskazówki na kompasie trzyma już południe za ogon.
    


MARTA
    
        Chryste Panie! Cóż to za człowiek z waćpana?
    


ROMEO
    
        Człowiek, którego Pan Bóg skazał na zepsucie.
    


MARTA
    
        Dobrześ pan powiedział, na poczciwość! Nie wie też czasem który z panów, gdzie bym mogła znaleźć młodego Romea?
    


ROMEO
    
        Ja wiem czasem, ale młodego Romea znajdziesz waćpani starszym, niż był, kiedyś go szukać zaczęła. Jestem najmłodszy z tych, co noszą to imię w braku gorszego.
    


MARTA
    
        Ach, to dobrze!
    


MERKUCJO
    
        Możeż być dobrym to, co jest gorszym?
    


MARTA
    
        Jeżeli waćpan nim jesteś, to rada bym z nim pomówić sam na sam.
    


BENWOLIO
    
        Zaprosi go na jakąś wieczorynkę.
    


MERKUCJO
    
        Pośredniczka to Wenery. Huź, ha!
    


ROMEO
    
        Cóż to, czyś kota upatrzył?
    


MERKUCJO
    
        Kotlinę, panie, nie kota; i to w starym piecu, nie w polu.

    
    
        Bodaj to kotlina,
        Gdzie siedzi kocina,
        Ta nie osmali...
        Lecz zmykaj, chudzino,
        Przed taką kotliną,
        Gdzie diabeł pali!
    
    
    
                Romeo, czy będziesz u ojca na obiedzie? My tam idziemy.
    


ROMEO
    
        Pośpieszę za wami.
    


MERKUCJO
    
        Do widzenia, starożytna damo; damo, damo, damo, damo!
    


Wychodzą Merkucjo i Benwolio.


MARTA
    
        Tak, tak, do widzenia! Co to za infamis, proszę pana, co się tak poważył rozpuścić cugle swemu grubiaństwu?
    


ROMEO
    
        Jest to panicz zakochany w swym języku, zdolny wypowiedzieć więcej w ciągu jednej minuty niż milczeć przez cały miesiąc.
    


MARTA
    
        Jeżeli on na mnie co powiedział, dam ja mu, chociażby był zuchwalszy, niż jest, i miał ze sobą dwudziestu sobie podobnych drabów; a jeżeli mi ujdzie, to znajdę takich, co to potrafią. A hultaj! czy to ja jestem jego kochanką, jego poniewieradłem! (do Piotra) I ty tu stałeś także i mogłeś ścierpieć, żeby mnie lada gbur używał wedle upodobania za przedmiot swych bezwstydnych żartów?
    


PIOTR
    
        Nie widziałem jeszcze, żeby kto używał jejmości wedle upodobania; gdybym był to widział, byłbym był pewnie zaraz giwer wydobył, ręczę za to. Umiem się najeżyć tak dobrze jak kto inny, kiedy mam sposobność po temu i prawo za sobą.
    


MARTA
    
        Dlaboga! tak jestem rozdrażniona, że się wszystko we mnie trzęsie. A hultaj! Otóż, proszę pana, tak jak powiedziałam, młoda moja pani kazała mi się wywiedzieć o panu; co mi kazała powiedzieć, to sobie zachowuję; ale przede wszystkim oświadczam panu, że jeżelibyś ją osadził na koszu, jak to mówią, bo panienka, o której mówię, jest młoda, i dlatego, gdybyś ją pan wywiódł w pole, byłoby to tak ciężkim psikusem, jaki tylko młodej panience można wyrządzić.
    


ROMEO
    
        Pozdrów ją, waćpani, ode mnie i powiedz, że jej daję rendez-vous...
    


MARTA
    
        Poczciwości! oświadczę jej to, oświadczę. Niebożę, nie posiądzie się z radości.
    


ROMEO
    
        Co jej waćpani chcesz oświadczyć? Nie wiesz, co mówić miałem.
    


MARTA
    
        Oświadczę jej, że pan dajesz randewu; co jest, jeżeli się nie mylę, ofiarą godną prawdziwego szlachcica.
    


ROMEO
    
        Powiedz jej, aby pod pozorem spowiedzi przyszła za parę godzin do celi ojca Laurentego, tam ślub weźmiemy. Oto masz waćpani za swoje trudy.
    

MARTA
    
        Nie, panie; ani grosika.
    


ROMEO
    
        No, no, bez ceremonii.
    


MARTA
    
        Za parę godzin więc; dobrze, nie zaniedba się stawić.
    


ROMEO
    
        Waćpani staniesz za murem klasztornym,
        Tam ci mój człowiek przyniesie drabinkę
        Z sznurków skręconą, która mi w noc późną
        Do szczytu mego szczęścia wstęp ułatwi.
        Bądź zdrowa! Wierność twa znajdzie nagrodę,
        Poleć mię swojej młodej pani.
    


MARTA
    
        Niech wam Bóg błogosławi! Ale, ale...
    


ROMEO
    
        Cóż mi waćpani jeszcze powiesz?
    


MARTA
    
        Czy człowiek pański dobry do sekretu?
        Bo gdzie się skrycie prowadzą układy,
        Tam dwóch już, mówią, za wiele do rady.
    


ROMEO
    
        Ręczę za niego: jest to wierność sama.
    


MARTA
    
        A więc wszystko dobrze. Co też za miłe stworzenie ta moja panienka! Co to nie wyprawiało, jak było małym! Chryste Panie! Ale, ale, jest tu na mieście jeden pan, niejaki Parys, ten ma na nią diabli apetyt; ale ona, poczciwina, wolałaby patrzeć na bazyliszka niż na niego. Przekomarzam się z nią nieraz i mówię, że ten Parys to wcale przystojny mężczyzna; wtedy ona, powiadam panu, za każdym razem aż blednie, zupełnie tak jak pąsowa chusta na słońcu. Proszę też pana, czy rozmaryn i Romeo nie zaczyna się od takiej samej litery?
    


ROMEO
    
        Nie inaczej: jedno i drugie od R.
    


MARTA
    
        Kpiarz z waszmości. To psie imię. To litera dla... Nie, tamto zaczyna się od innej litery. Co też ona o tym prawi, to jest o rozmarynie i o panu: rada bym, żebyś pan to słyszał.
    


ROMEO
    
        Poleć jej służby moje.
    


Wychodzi.


MARTA
    
        Uczynię to, uczynię po tysiąc razy. — Piotrze!
    


PIOTR
    
        Jestem.
    


MARTA
    
        Piotrze, naści mój wachlarz i idź przodem.
    


Wychodzą.





SCENA PIĄTA


Ogród Kapuletów. Wchodzi Julia.


JULIA
    
        Dziewiąta biła, kiedym ją posłała;
        Przyrzekła wrócić się za pół godziny.
        Nie znalazła go może? nie, to nie to;
        Słabe ma nogi. Heroldem miłości
        Powinna by być myśl, która o dziesięć
        Razy mknie prędzej niż promienie słońca,
        Kiedy z pochyłych wzgórków cień spędzają.
        Nie darmo lotne gołębie są w cugach
        Bóstwa miłości i nie darmo Kupid
        Ma skrzydła z wiatrem idące w zawody.
        Już teraz słońce jest w samej połowie
        Dzisiejszej drogi swojej; od dziewiątej
        Aż do dwunastej trzy już upłynęły
        Długie godziny, a jeszcze jej nie ma.
        Gdyby krew miała młodą i uczucia,
        Jak piłka byłaby chyżą i lekką,
        I słowa moje do mego kochanka,
        A jego do mnie w lot by ją popchnęły;
        Lecz starzy wcześnie są jakby nieżywi;
        Jak ołów ciężcy, zimni, więc leniwi.
    
    
    Wchodzą Marta i Piotr.
    
    
        Ha! otóż idzie. I cóż, złota nianiu?
        Czyś się widziała z nim? Każ odejść słudze.
    


MARTA
    
        Idź, stań za progiem Piotrze.
    


Wychodzi Piotr.


JULIA
    
        Mów, droga, luba nianiu! Ależ przebóg!
        Czemu tak smutno wyglądasz? Chociażbyś
        Złe wieści miała, powiedz je wesoło;
        Jeśli zaś dobre przynosisz, ta mina
        Fałszywy miesza ton do ich muzyki.
    


MARTA
    
        Tchu nie mam, pozwól mi trochę odpocząć;
        Ach! moje kości! To był harc nie lada!
    


JULIA
    
        Weź moje kości, a daj mi wieść swoją.
        Mówże, mów prędzej, mów, nianiuniu droga.
    


MARTA
    
        Co za gwałt! Folguj, dlaboga, choć chwilkę,
        Czyliż nie widzisz, że ledwie oddycham?
    


JULIA
    
        Ledwie oddychasz; kiedy masz dość tchnienia
        Do powiedzenia, że ledwie oddychasz?
        To tłumaczenie się twoje jest dłuższe
        Od wieści, której zwłokę nim tłumaczysz;
        Maszli wieść dobrą czy złą? niech przynajmniej
        Tego się dowiem, poczekam na resztę;
        Tylko mi powiedz: czy jest zła, czy dobra?
    


MARTA
    
        Tak, tak, pięknyś panna wybór zrobiła! pannie właśnie męża wybierać. Romeo! żal się Boże! Co mi to za gagatek! Ma wprawdzie twarz gładszą niż niejeden, ale oczy, niech się wszystkie inne schowają; co się zaś tyczy rąk i nóg, i całej budowy, chociaż o tym nie ma co wspominać, przyznać trzeba, że nieporównane. Nie jest to wprawdzie galant całą gębą, ale słodziuchny jak baranek. No, no, dziewczyno! Bóg pomagaj! A czy jedliście już obiad?
    


JULIA
    
        Nie. Ale o tym wszystkim już wiedziałam.
        Cóż o małżeństwie naszym mówił? powiedz.
    


MARTA
    
        Ach! jak mnie głowa boli! tak w niej łupie,
        Jakby się miała w kawałki rozlecieć.
        A krzyż! krzyż! biedny krzyż! niechaj waćpannie
        Bóg nie pamięta, żeś mię posyłała.
        Aby mi przez ten kurs śmierci przyśpieszyć.
    


JULIA
    
        Doprawdy, przykro mi, że jesteś słaba.
        Nianiu, nianiuniu, nianiunieczku droga.
        Powiedz mi, co ci mówił mój kochanek?
    


MARTA
    
        Mówił, jak dobrze wychowany młodzian,
        Grzeczny, stateczny, a przy tym, upewniam,
        Pełen zacności. Gdzie waćpanny matka?
    


JULIA
    
        Gdzie moja matka? Gdzież ma być? Jest w domu.
        Co też nie pleciesz, nianiu, mój kochanek
        Mówił, jak dobrze wychowany młodzian,
        Gdzie moja matka?
    


MARTA
    
        O mój miły Jezu!
        Takżeś mi aśćka w ukropie kąpana!
        I takąż to jest maść na moje kości?
        Bądźże na przyszłość sama sobie posłem.
    


JULIA
    
        O męki! Co ci powiedział Romeo?
    


MARTA
    
        Masz pozwolenie iść dziś do spowiedzi?
    


JULIA
    
        Mam je.
    


MARTA
    
        Spiesz więc do celi ojca Laurentego;
        Tam znajdziesz kogoś, coć pojmie za żonę.
        Jak ci jagódki pokraśniały! Czekaj!
        Zaraz je w szkarłat zmienię inną wieścią:
        Idź do kościoła, ja tymczasem pójdę
        Przynieść drabinkę, po której twój ptaszek
        Ma się do gniazdka wśliznąć, jak się ściemni.
        Jak tragarz, muszę być ci ku pomocy;
        Ty za to ciężar dźwigać będziesz w nocy.
        Idź: trza mi zjeść co po takim zmachaniu.
    


JULIA
    
        Idę raj posiąść. Adieu, złota nianiu.
    


Wychodzą.





SCENA SZÓSTA


Cela Ojca Laurentego. Ojciec Laurenty i Romeo


OJCIEC LAURENTY
    
        Oby ten święty akt był miły niebu
        I przyszłość smutkiem nas nie ukarała.
    


ROMEO
    
        Amen! lecz choćby przyszedł nawał smutku,
        Nie sprzeciwważyłby on tej radości,
        Jaką mię darzy jedna przy niej chwila.
        Złącz tylko nasze dłonie świętym węzłem;
        Niech go śmierć potem przetnie, kiedy zechce,
        Dość, że wprzód będę mógł ją nazwać moją.
    


OJCIEC LAURENTY
    
        Gwałtownych uciech i koniec gwałtowny;
        Są one na kształt prochu zatlonego,
        Co wystrzeliwszy gaśnie. Miód jest słodki,
        Lecz słodkość jego graniczy z ckliwością
        I zbytkiem smaku zabija apetyt.
        Miarkuj więc miłość twoją; zbyt skwapliwy
        Tak samo spóźnia się jak zbyt leniwy.
    
    
    Wchodzi Julia.
    
    
        Otóż i panna młoda. Mech najcieńszy
        Nie ugiąłby się pod tak lekką stopą.
        Kochankom mogłyby do jazdy służyć
        Owe słoneczne pyłki, co igrają
        Latem w powietrzu; tak lekką jest marność.
    


JULIA
    
        Czcigodny spowiedniku, bądź pozdrowion.
    


OJCIEC LAURENTY
    
        Romeo, córko, podziękuje tobie
        Za nas obydwu.
    


JULIA
    
        Pozdrawiam go również,
        By dzięki jego zbytnimi nie były.
    


ROMEO
    
        O! Julio, jeśli miara twej radości
        Równa się mojej, a dar jej skreślenia
        Większy od mego: to osłódź twym tchnieniem
        Powietrze i niech muzyka ust twoich
        Objawi obraz szczęścia, jakie spływa
        Na nas oboje w tym błogim spotkaniu.
    


JULIA
    
        Czucie bogatsze w osnowę niż w słowa
        Pyszni się z swojej wartości, nie z ozdób;
        Żebracy tylko rachują swe mienie.
        Mojej miłości skarb jest tak niezmierny,
        Że i pół sumy tej nie zdołam zliczyć.
    


OJCIEC LAURENTY
    
        Pójdźcie, załatwim rzecz w krótkich wyrazach,
        Nie wprzód będziecie sobie zostawieni,
        Aż was sakrament z dwojga w jedno zmieni.
    


Wychodzą.










AKT TRZECI





SCENA PIERWSZA


Plac publiczny. Wchodzą Benwolio, Merkucjo, Paź i słudzy.

BENWOLIO
    
        Oddalmy się stąd, proszę cię, Merkucjo,
        Dzień dziś gorący, Kapuleci krążą;
        Jak ich zdybiemy, nie unikniem zajścia,
        Bo w tak gorące dni krew nie jest lodem.
    


MERKUCJO
    
        Podobnyś do owego burdy, co wchodząc do winiarni rzuca szpadę i mówi: „Daj Boże, abym cię nie potrzebował!”, a po wypróżnieniu drugiego kubka dobywa jej na dobywacza korków bez najmniejszej w świecie potrzeby.
    


BENWOLIO
    
        Masz mię za takiego burdę?
    


MERKUCJO
    
        Mam cię za tak wielkiego zawadiakę, jakiemu chyba mało kto równy jest we Włoszech; bardziej zaiste skłonnego do breweryj niż do brewiarza.
    


BENWOLIO
    
        Cóż dalej?
    


MERKUCJO
    
        Gdybyśmy mieli dwóch takich, to byśmy wkrótce nie mieli żadnego, bo jeden by drugiego zagryzł. Tyś gotów człowieka napastować za to, że ma w brodzie jeden włos mniej lub więcej od ciebie. Tyś gotów napastować człowieka za to, że piwo pije, bo w tym upatrzysz przytyk do swoich piwnych oczu; chociaż żadne inne oko, jak piwne, nie upatrzyłoby w tym przytyku. W twojej głowie tak się lęgną swary jak bekasy w ługu, toś też nieraz za to beknął i głowę ci zmyto bez ługu. Pobiłeś raz człowieka za to, że kaszlnął na ulicy i przebudził przez to twego psa, który się wysypiał przed domem. Nie napastowałżeś raz krawca za to, że wdział na siebie nowy kaftan w dzień powszedni? kogoś innego za to, że miał stare wstążki u nowych trzewików? I ty mię chcesz moralizować za kłótliwość?
    


BENWOLIO
    
        Gdybym był tak skory do kłótni, jak ty jesteś, nikt by mi życia na pięć kwadransów nie zaręczył.
    


MERKUCJO
    
        Życie twoje przeszłoby zatem bez zaręczyn.
    


Wchodzi Tybalt z poplecznikami swymi.


BENWOLIO
    
        Patrz, oto idą Kapuleci.
    


MERKUCJO
    
        Zamknij oczy! Co mi do tego!
    


TYBALT
    do swoich
    
        Pójdźcie tu, bo chcę się z nimi rozmówić.

        do tamtych

        Mości panowie, słowo.
    


MERKUCJO
    
        Słowo tylko?
        I samo słowo? Połącz je z czymś drugim;
        Z pchnięciem na przykład.
    


TYBALT
    
        Znajdziesz mię ku temu
        Gotowym, panie, jeśli dasz okazję.
    


MERKUCJO
    
        Sam ją wziąć możesz bez mego dawania.
    


TYBALT
    
        Pan jesteś w dobrej harmonii z Romeem?
    


MERKUCJO
    
        W harmonii? Maszli nas za muzykusów!
        Jeśli tak, to się nie spodziewaj słyszeć
        Czego innego, jeno dysonanse.
        Oto mój smyczek; zaraz ci on gotów
        Zagrać do tańca. Patrzaj go! w harmonii!
    


BENWOLIO
    
        Jesteśmy w miejscu publicznym, panowie;
        Albo usuńcie się gdzie na ustronie,
        Albo też zimną krwią połóżcie tamę
        Tej kłótni. Wszystkich oczy w nas wlepione.
    


MERKUCJO
    
        Oczy są na to, ażeby patrzały;
        Niech robią swoje, a my róbmy swoje.
    


Wchodzi Romeo.


TYBALT
    
        Z panem nic nie mam do omówienia. Oto
        Nadchodzi właśnie ten, którego szukam.
    


MERKUCJO
    
        Jeżeli szukasz guza, mogę ręczyć,
        Że się z nim spotkasz.
    


TYBALT
    
        Romeo, nienawiść
        Moja do ciebie nie może się zdobyć
        Na lepszy wyraz jak ten: jesteś podły.
    


ROMEO
    
        Tybalcie, powód do kochania ciebie,
        Jaki mam, tłumi gniew słusznie wzbudzony
        Taką przemową. Nie jestem ja podły;
        Bądź więc zdrów. Widzę, że mię nie znasz.
    


TYBALT
    
        Smyku.
        Nie zatrzesz takim tłumaczeniem obelg
        Mi uczynionych: stań więc i wyjm szpadę.
    


ROMEO
    
        Klnę się, żem nigdy obelg ci nie czynił;
        Sprzyjam ci, owszem, bardziej, niżeś zdolny
        Pomyśleć o tym, nie znając powodu.
        Uspokój się więc, zacny Kapulecie,
        Którego imię milsze mi niż moje.
    


MERKUCJO
    
        Spokojna, nędzna, niegodna submisjo!
        Alla stoccata wnet jej kres położy.

        dobywa szpady

        Pójdź tu, Tybalcie, pójdź tu, dusiszczurze!
    


TYBALT
    
        Czego ten człowiek chce ode mnie?
    


MERKUCJO
    
        Niczego, mój ty kocikrólu, chcę ci wziąć tylko jedno życie spomiędzy dziewięciu, jakie masz, abym się nim trochę popieścił; a za nowym spotkaniem uskubnąć ci i tamte ośm, jedno po drugim. Dalej! wyciągnij za uszy szpadę z powijaka, inaczej moja gwiźnie ci koło uszu, nim wyciągniesz swoją.
    


TYBALT
    
        Służę waćpanu.
    


Dobywa szpady.


ROMEO
    
        Merkucjo, schowaj szpadę, jak mnie kochasz.
    


MERKUCJO
    
        Pokaż no swoje passado.
    


Biją się.


ROMEO
    
        Benwolio,
        Rozdziel ich! Wstydźcie się, moi panowie!
        Wybaczcie sobie. Tybalcie! Merkucjo!
        Książę wyraźnie zabronił podobnych
        Starć na ulicach. Merkucjo! Tybalcie!
    


Tybalt odchodzi ze swoimi.


MERKUCJO
    
        Zranił mię. Kaduk zabierz wasze domy!
        Nie wybrnę z tego. Czy odszedł ten hultaj
        I nie oberwał nic?
    


BENWOLIO
    
        Jesteś raniony?
    


MERKUCJO
    
        Tak, tak, draśniętym trochę, ale rdzennie.
        Gdzie mój paź? Chłopcze, biegnij po chirurga.
    


Wychodzi Paź.


ROMEO
    
        Zbierz męstwo, rana nie musi być wielka.
    


MERKUCJO
    
        Zepewne, nie tak głęboka jak studnia
        Ani szeroka tak jak drzwi kościelne,
        Ale wystarcza w sam raz, ręczę za to
        Znajdziesz mię jutro spokojnym jak trusia.
        Już się dla tego świata na nic nie zdam.
        Bierz licho wasze domy! Żeby taki
        Pies, szczur, kot na śmierć zadrapał człowieka!
        Taki cap, taki warchoł, taki ciura.
        Co się bić umie jak z arytmetyki!
        Po kiego czorta ci się było mieszać
        Między nas! Zranił mię pod bokiem twoim.
    


ROMEO
    
        Chciałem, Bóg widzi, jak najlepiej.
    


MERKUCJO
    
        Benwolio, pomóż mi wejść gdzie do domu.
        Słabnę. Bierz licho oba wasze domy!
        One mię dały na strawę robakom;
        Będę nią, i to wnet. Kaduk was zabierz!
    


Wychodzą Merkucjo i Benwolio.


ROMEO
    
        Ten dzielny człowiek, bliski krewny księcia
        I mój najlepszy przyjaciel, śmiertelny
        Poniósł cios za mnie; moją dobrą sławę
        Tybalt znieważył; Tybalt, który nie ma
        Godziny jeszcze, jak został mym krewnym.
        O Julio! wdzięki twe mię zniewieściły
        I z hartu zwykłej wyzuły mię siły.
    


Benwolio powraca.


BENWOLIO
    
        Romeo, Romeo, Merkucjo skonał!
        Mężny duch jego uleciał wysoko
        Gardząc przedwcześnie swą ziemską powłoką.
    


ROMEO
    
        Dzień ten fatalny więcej takich wróży;
        Gdy się raz zacznie złe, zwykle trwa dłużej.
    


Tybalt powraca.


BENWOLIO
    
        Oto szalony Tybalt wraca znowu.
    


ROMEO
    
        On żyw! W tryumfie! A Merkucjo trupem!
        Precz, pobłażliwa teraz łagodności!
        Płomiennooka furio, ty mną kieruj!
        Tybalcie, odbierz nazad swoje „podły”;
        Zwracam ci, co mi dałeś! Duch Merkucja
        Wznosi się ponad naszymi głowami
        Dopominając się za swoją twojej.
        Ty lub ja albo oba musim legnąć.
    


TYBALT
    
        Nikczemny chłystku, tyś mu tu był druhem,
        Bądźże i owdzie.
    


ROMEO
    
        To się tym rozstrzygnie.
    


Walczą. Tybalt pada.


BENWOLIO
    
        Romeo, uchodź, oddal się, uciekaj!
        Rozruch się wszczyna i Tybalt nie żyje.
        Nie stój jak wryty; jeśli cię schwytają,
        Książę cię na śmierć skaże; chroń się zatem!
    


ROMEO
    
        Jestem igraszką losu!
    


BENWOLIO
    
        Prędzej! prędzej!
    


Romeo wychodzi. Wchodzą obywatele itd.


PIERWSZY OBYWATEL
    
        Gdzie on? Gdzie uszedł zabójca Merkucja?
        Zabójca Tybalt w którą uszedł stronę?
    


BENWOLIO
    
        Tybalt tu leży.
    


PIERWSZY OBYWATEL
    
        Za mną, mości panie;
        W imieniu księcia każęć być posłusznym.
    


Wchodzą Książę z orszakiem, Monteki i Kapulet z małżonkami swymi i inne osoby.


KSIĄŻĘ
    
        Gdzie są nikczemni sprawcy tej rozterki?
    


BENWOLIO
    
        Dostojny książę, ja mogę objaśnić
        Cały bieg tego nieszczęsnego starcia.
        Oto tu leży, przez Romea zgładzon,
        Zabójca twego krewnego, Merkucja.
    


PANI KAPULET
    
        Tybalt! Mój krewny! Syn mojego brata!
        Boże! Tak marnie zgładzony ze świata!
        O mości książę, błagam twej opieki,
        Niech za krew naszą odda krew Monteki.
    


KSIĄŻĘ
    
        Benwolio, powiedz, kto ten spór zapalił?
    


BENWOLIO
    
        Tybalt, którego Romeo powalił.
        Romeo darmo przekładał, jak próżną
        Była ta kłótnia, przypominał zakaz
        Waszej książęcej mości, ale wszystkie
        Te przedstawienia, uczynione grzecznie,
        Spokojnym głosem, nawet w korny sposób,
        Nie mogły wpłynąć na zawzięty umysł
        Tybalta. Zamiast skłonić się do zgody
        Zwraca morderczą stal w Merkucja piersi,
        Który, podobnież uniesiony, ostrze
        Odpiera ostrzem i uszedłszy śmierci,
        Śle ją nawzajem Tybaltowi: ale
        Bez skutku, dzięki zręczności tamtego.
        Romeo woła: „Hola! przyjaciele!
        Stójcie! odstąpcie!”, i ramieniem szybszym
        Od słów rozdziela skrzyżowane klingi,
        Wpadając między nich; lecz w tejże chwili
        Cios wymierzony z boku przez Tybalta
        Przeciął Merkucja życie. Tybalt zniknął:
        Wkrótce atoli ukazał się znowu,
        Kiedy Romeo już był zemstą zawrzał.
        Starli się w okamgnieniu i nim szpadę
        Wyjąć zdołałem, by wstrzymać tę zwadę,
        Już mężny Tybalt wskroś poległ przeszyty
        Z ręki Romea, a Romeo uszedł.
        Tak się rzecz miała: jeżelim się minął
        Z prawdą, bodaj em ciężką śmiercią zginął.
    


PANI KAPULET
    
        On jest Montekich krewnym, przywiązanie
        Czyni go kłamcą, nie wierz mu, o panie!
        Ich tu przynajmniej ze dwudziestu było;
        Dwudziestu przeciw jednemu walczyło.
        Sprawiedliwości, panie! Kto śmierć zadał,
        Słuszna, by śmiercią za to odpowiadał.
    


KSIĄŻĘ
    
        Tybalt ją zadał wprzód Merkucjuszowi,
        Romeo jemu; któż słusznie odpowie?
    


MONTEKI
    
        Nie mój syn, panie; o, nie wyrzecz tego!
        On był Merkucja najlepszym kolegą
        I przyjacielem; w tym jedynie zgrzeszył,
        Że Tybaltowi nieprawnie przyspieszył
        Rygoru prawa.
    


KSIĄŻĘ
    
        I za ten to błąd
        Banitujemy go na zawsze stąd.
        Z bliska mię wasze dotknęły niesnaski,
        Skoro mój własny dom cierpi z ich łaski;
        Ale ja takie znajdę środki na nie,
        Że wam spór każdy obmierzłym się stanie,
        Wszelkie wykręty na nic się nie zdadzą:
        Ni łzy, ni prośby winnym nie poradzą,
        Uprzedzam! Niechaj Romeo ucieka,
        Bo gdy schwytany będzie, śmierć go czeka.
        Każcie stąd zabrać te zwłoki: Łaskawość
        Zbrodnią jest, kiedy oszczędza nieprawość.
    


Wychodzą.






SCENA DRUGA


Pokój w domu Kapuletów. Julia sama.


JULIA
    
        Pędźcie, ognistokopyte rumaki,
        Ku państwom Feba; oby nowy jaki
        Faeton dodał wam bodźca i rączej
        Pognał was owdzie, gdzie się szlak dnia kończy!
        Wierna kochankom nocy, spuść zasłonę,
        By się wznieść mogły oczy w dzień spuszczone
        I w te objęcia niedostrzeżonego
        Sprowadź, ach! sprowadź mi Romea mego!
        Miłości świeci pod twą czarną krepą
        Jej własna piękność, a jeśli jest ślepą,
        Tym stosowniejszy mrok dla niej. O nocy!
        Cicha matrono, w ciemnej twej karocy
        Przybądź i naucz mię niemym wyrazem,
        Jak się to traci i wygrywa razem
        Wśród gry niewinnej dwojga serc dziewiczych;
        Skryj w płaszcza twego zwojach tajemniczych
        Krew, co mi do lic bije z głębi łona;
        Aż nieświadoma miłość, ośmielona,
        Za skromność weźmie czyn swej świadomości.
        Przyjdź, ciemna nocy! Przyjdź, mój dniu i w ciemności!
        To twój blask, o mój luby, jaśnieć będzie
        Na skrzydłach nocy, jak pióro łabędzie
        Na grzbiecie kruka. Wstąp, o, wstąp w te progi!
        Daj mi Romea, a po jego zgonie
        Rozsyp go w gwiazdki! A niebo zapłonie
        Tak, że się cały świat w tobie zakocha
        I czci odmówi słońcu. Ach, jam sobie
        Kupiła piękny przybytek miłości,
        A w posiadanie jego wejść nie mogę;
        Nabytą jestem także, a nabywca
        Jeszcze mię nie ma! Dzień ten mi nieznośny
        Jak noc, co święto jakowe poprzedza,
        Niecierpliwemu dziecku, które nowe
        Dostało szaty, a nie może zaraz
        W nie się przystroić. A! niania kochana.
    
    
    Wchodzi Marta z drabinką sznurową w ręku.
    
    
        Niesie mi wieści o nim, a kto tylko
        Wymienia imię Romea, ten boski
        Ma dar wymowy. Cóż tam, moja nianiu?
        Co to masz? Czy to ta drabinka, którą
        Romeo przynieść kazał?
    


MARTA
    
        Tak, drabinka!
    


Rzuca ją.


JULIA
    
        Dlaboga! czego załamujesz ręce?
    


MARTA
    
        Ach! on nie żyje, nie żyje! nie żyje!
        Biada nam! biada nam! wszystko stracone!
        On zginął! on nie żyje! on zabity!
    


JULIA
    
        Możeż być niebo tak okrutne?
    


MARTA
    
        Niebo
        Nie jest okrutne, lecz Romeo; on to,
        On jest okrutny. O Romeo! któż by
        Się był spodziewał! Romeo! Romeo!
    


JULIA
    
        Cóżeś za szatan, że tak mię udręczasz?
        Taki głos w piekle by tylko brzmieć winien.
        Czyliż Romeo odjął sobie życie?
        Powiedz: tak! a te trzy litery gorszy
        Jad będą miały niż wzrok bazyliszka.
        Jeżeli takie „tak” istnieje, Julia
        Istnieć nie będzie; zawrą się na zawsze
        Te usta, które to „tak” wywołały.
        Zginąłli, powiedz: tak, jeżeli nie - nie;
        W krótkich wyrazach zbaw albo mnie zabij.
    


MARTA
    
        Widziałam ranę na me własne oczy,
        Boże, zmiłuj się nad nim, tu, tu oto,
        Tu w samym środku mężnej jego piersi.
        Straszny trup! straszny trup! blady jak popiół;
        Cały zbroczony, cały krwią zbryzgany,
        Zgęstłą krwią: ażem wzdrygnęła się patrząc.
    


JULIA
    
        O pęknij, serce! pęknij w tym przeskoku
        Z bogactw do nędzy! Do więzienia, wzroku!
        Już ty nie zaznasz swobody uroku.
        Jak nas na ziemi złączył jeden ślub,
        Tak niech nas w ziemi złączy jeden grób.
    


MARTA
    
        Tybalcie! mój najlepszy przyjacielu!
        Luby Tybalcie! dziarski, walny chłopcze!
        Czemuż mi, czemuż przyszło przeżyć ciebie?
    


JULIA
    
        Cóż to za wicher dmie z dwóch stron przeciwnych?
        Romeo zginął? i Tybalt zabity?
        Ogłoś więc, straszna trąbo, koniec świata!
        Bo gdzież są żywi, gdy ci dwaj nie żyją?
    


MARTA
    
        Tybalt nie żyje, Romeo wygnany,
        Romeo zabił go, jest więc wygnany.
    


JULIA
    
        Boże! Romeo przelał krew Tybalta?
    


MARTA
    
        On to, niestety, on, on to uczynił.
    


JULIA
    
        O serce żmii pod kwiecistą maską!
        Kryłże się kiedy smok w tak pięknym lochu?
        Luby tyranie, anielski szatanie!
        Kruku w gołębich pierzach! Wilku w runie!
        Nikczemny wątku w niebiańskiej postaci!
        We wszystkim sprzeczny z tym, czym się wydajesz.
        Szlachetny zbrodniu! Potępieńcze święty!
        O, cóżeś miała do czynienia w piekle,
        Naturo, kiedyś taki duch szatański
        W raj tak pięknego ciała wprowadziła?
        Byłaż gdzie książka tak ohydnej treści
        W oprawie tak ozdobnej? Trzebaż, aby
        Fałsz zamieszkiwał tak przepyszny pałac?!
    


MARTA
    
        Nie ma czci, nie ma wiary, nie ma prawdy,
        Nie ma sumienia w ludziach; sama zmienność,
        Sama przewrotność, chytrość i obłuda.
        Pietrze! daj no mi trochę akwawity.
        Te smutki, te zgryzoty, te cierpienia
        Robią mię starą. Przeklęty Romeo!
        Hańba mu!
    


JULIA
    
        Bodaj ci język oniemiał
        Za to przekleństwo! Romeo nie zrodzon
        Do hańby; hańba by wstydem spłonęła
        Na jego czole! bo ono jest tronem,
        Na którym honor śmiało by mógł zostać
        Koronowany na monarchę świata.
        O, jakże mogłam mu złorzeczyć!
    


MARTA
    
        Chceszże
        Zbójcę krewnego twego uniewinniać?
    


JULIA
    
        Mamże potępiać mojego małżonka?
        O biedny! któż by popieścił twe imię,
        Gdybym ja, od trzech godzin twoja żona,
        Miała je szarpać? Ależ, niegodziwy,
        Za co ty mego zabiłeś krewnego!
        Za to, że krewny niegodziwy zabić
        Chciał mego męża. Precz, precz, łzy niewczesne!
        Spłyńcie do źródła, które was wydało;
        Dań waszych kropel przypada żalowi,
        A nie radości, której ją płacicie.
        Mój mąż, co Tybalt go chciał zabić, żyje,
        A Tybalt, co chciał zabić mego męża,
        Śmierć poniósł; w tym pociecha. Czegóż płaczę?
        Ha! doszło moich uszu coś gorszego
        Niż śmierć Tybalta; co mię wskroś przeszyło.
        Chętnie bym o tym zapomniała, ale
        To coś wcisnęło się tak w moją pamięć
        Jak karygodny czyn w umysł grzesznika.
        Tybalt nie żyje — Romeo wygnany!
        To jedno słowo: wygnany, zabiło
        Tysiąc Tybaltów. Śmierć Tybalta była
        Sama już przez się dostatecznym ciosem;
        Jeśli zaś ciosy lubią towarzystwo
        I gwałtem muszą mieć za sobą świtę,
        Dlaczegóż w ślad tych słów: Tybalt nie żyje!
        Nie nastąpiło: twój ojciec nie żyje
        Lub matka, albo i ojciec, i matka?
        Żal byłby wtenczas całkiem naturalny,
        Lecz gdy Tybalta śmierć ma za następstwo
        To przeraźliwe: Romeo wygnany!
        O, jednocześnie z tym wykrzykiem Tybalt,
        Matka i ojciec, Romeo i Julia,
        Wszyscy nie żyją. Romeo wygnany!
        Z zbójczego tego wyrazu płynąca
        Śmierć nie ma granic ni miary, ni końca
        I żaden język nie odda boleści,
        Jaką to straszne słowo w sobie mieści.
        Gdzie moja matka i ojciec?
    


MARTA
    
        Przy zwłokach
        Tybalta jęczą i łzy wylewają.
        Chcesz tam panienka iść, to zaprowadzę.
    


JULIA
    
        Nie mnie oblewać łzami jego rany:
        Moich przedmiotem Romeo wygnany.
        Weź tę drabinkę. Biedna ty plecionko!
        Ty zawód dzielisz z Romea małżonką:
        Obie nas chybił los oczekiwany,
        Bo on wygnany, Romeo wygnany!
        Ty pozostajesz spuścizną jałową,
        A ja w panieńskim stanie jestem wdową.
        Pójdź, nianiu, prowadź mię w małżeńskie łoże,
        Nie mąż, już tylko śmierć w nie wstąpić może.
    


MARTA
    
        Czekaj no, pójdę sprowadzić Romea,
        By cię pocieszył. Wiem, gdzie on jest teraz.
        Nie płacz; użyjem jeszcze tych plecionek
        I twój Romeo wnet przed tobą stanie.
    


JULIA
    
        O, znajdź go! daj mu w zakład ten pierścionek
        I na ostatnie proś go pożegnanie.
    


Wychodzą.





SCENA TRZECIA


Cela Ojca Laurentego. Wchodzi Ojciec Laurenty i Romeo.


OJCIEC LAURENTY
    wchodząc
    
        Romeo! Pójdź tu, pognębiony człeku!
        Smutek zakochał się w umyśle twoim
        I poślubiony jesteś niefortunnie.
    


ROMEO
    
        Cóż tam, cny ojcze? Jakiż wyrok księcia?
        I jakaż dola nieznana ma zostać
        Mą towarzyszką?
    


OJCIEC LAURENTY
    
        Zbyt już oswojony
        Jest mój syn drogi z takim towarzystwem,
        Przynoszęć wieści o wyroku księcia.
    


ROMEO
    
        Jakiż by mógł być łaskawszy prócz śmierci?
    


OJCIEC LAURENTY
    
        Z ust jego padło łagodniejsze słowo:
        Wygnanie ciała, nie śmierć ciała, wyrzekł.
    


ROMEO
    
        Wygnanie? Zmiłuj się, jeszcze śmierć dodaj!
        Wygnanie bowiem wygląda okropniej
        Niż śmierć. Zaklinam cię, nie mów: wygnanie.
    


OJCIEC LAURENTY
    
        Wygnany jesteś z obrębu Werony.
        Zbierz męstwo, świat jest długi i szeroki.
    


ROMEO
    
        Zewnątrz Werony nie ma, nie ma świata,
        Tylko tortury, czyściec, piekło samo!
        Stąd być wygnanym jest to być wygnanym
        Ze świata; być zaś wygnanym ze świata
        Jest to śmierć ponieść; wygnanie jest zatem
        Śmiercią barwioną. Mieniąc śmierć wygnaniem,
        Złotym toporem ucinasz mi głowę,
        Z uśmiechem patrząc na ten cios śmiertelny.
    


OJCIEC LAURENTY
    
        O ciężki grzechu! O niewdzięczne serce!
        Błąd twój pociąga z prawa śmierć za sobą:
        Książę, ujmując się jednak za tobą,
        Prawo życzliwie usuwa na stronę
        I groźny wyraz: śmierć — w wygnanie zmienia,
        Łaska to, i ty tego nie uznajesz?
    


ROMEO
    
        Katusza to, nie łaska. Tu jest niebo,
        Gdzie Julia żyje; lada pies, kot, lada
        Mysz marna, lada nikczemne stworzenie
        Żyje tu w niebie, może na nią patrzeć,
        Tylko Romeo nie może. Mdła mucha
        Więcej ma mocy, więcej czci i szczęścia
        Niźli Romeo; jej wolno dotykać
        Białego cudu, drogiej ręki Julii
        I nieśmiertelne z ust jej kraść zbawienie;
        Z tych ust, co pełne westalczej skromności
        Bez przerwy płoną i pocałowanie
        Grzechem być sądzą; mucha ma tę wolność,
        Ale Romeo nie ma; on wygnany.
        I mówisz, że wygnanie nie jest śmiercią?
        Nie maszli żadnej trucizny, żadnego
        Ostrza, żadnego środka nagłej śmierci,
        Aby mię zabić, tylko ten fatalny
        Wyraz — wygnanie? O księże, złe duchy
        Wyją, gdy w piekle usłyszą ten wyraz:
        I ty masz serce, ty, święty spowiednik,
        Rozgrześca grzechów i szczery przyjaciel,
        Pasy drzeć ze mnie tym słowem: wygnanie?
    


OJCIEC LAURENTY
    
        Stój, nierozumny szaleńcze, posłuchaj!
    


ROMEO
    
        Znowu mi będziesz prawił o wygnaniu.
    


OJCIEC LAURENTY
    
        Dam ci broń przeciw temu wyrazowi;
        Balsamem w przeciwnościach — filozofia;
        W tej więc otuchę czerp będąc wygnanym.
    


ROMEO
    
        Wygnanym jednak! O, precz z filozofią!
        Czyż filozofia zdoła stworzyć Julię?
        Przestawić miasto? Zmienić wyrok księcia?
        Nic z niej; bezsilna ona, nie mów o niej.
    


OJCIEC LAURENTY
    
        Szaleni są więc głuchymi, jak widzę.
    


ROMEO
    
        Jak mają nie być, gdy mądrzy nie widzą.
    


OJCIEC LAURENTY
    
        Dajże mi mówić; przyjm słowa rozsądku.
    


ROMEO
    
        Nie możesz mówić tam, gdzie nic nie czujesz.
        Bądź jak ja młodym, posiądź miłość Julii,
        Zaślub ją tylko co, zabij Tybalta,
        Bądź zakochanym jak ja i wygnanym,
        A wtedy będziesz mógł mówić; o, wtedy
        Będziesz mógł sobie z rozpaczy rwać włosy
        I rzuć się na ziemię,jak ja teraz,
        Na grób zawczasu biorąc sobie miarę.
    


Rzuca się na ziemię. Słychać kołatanie.


OJCIEC LAURENTY
    
        Cicho, ktoś puka; ukryj się, Romeo.
    


ROMEO
    
        Nie; chyba para powstała z mych jęków,
        Jak mgła, ukryje mię przed ludzkim wzrokiem.
    


Kołatanie.


OJCIEC LAURENTY
    
        Słyszysz? pukają znowu. Kto tam? Powstań,
        Powstań, Romeo! Chcesz być wziętym? Powstań;
    

    Kołatanie.
    
    
        Wnijdź do pracowni mojej. Zaraz, zaraz.
        Cóż to za upór!
    

    Kołatanie.

    
        Idę, idę, któż to
        Tak na gwałt puka? Skąd wy? Czego chcecie?
    


MARTA
    zewnątrz
    
        Wpuśćcie mię, wnet się o wszystkim dowiecie.
        Julia przysyła mię.
    


OJCIEC LAURENTY
    
        Witajże, witaj.
    


Wchodzi Marta.


MARTA
    
        O! świątobliwy ojcze, powiedz, proszę,
        Gdzie jest mąż mojej pani, gdzie Romeo?
    


OJCIEC LAURENTY
    
        Tu, na podłodze, łzami upojony.
    


MARTA
    
        Ach, on jest właśnie w stanie mojej pani,
        Właśnie w jej stanie. Nieszczęsna sympatio!
        Smutne zbliżenie! I ona tak leży
        Płacząc i łkając, szlochając i płacząc.
        Powstań pan, powstań, jeśli jesteś mężem!
        O, powstań, podnieś się przez wzgląd na Julię!
        Dlaczego dać się przygnębiać tak srodze?
    


ROMEO
    
        Marto!
    


MARTA
    
        Ach, panie! Wszystko na tym świecie
        Kończy się śmiercią.
    


ROMEO
    
        Mówiłaś o Julii?
        Cóż się z nią dzieje? O, pewnie mię ona
        Ma za mordercę zakamieniałego,
        Kiedym mógł naszych rozkoszy dzieciństwo
        Splamić krwią, jeszcze tak bliską jej własnej.
        Gdzie ona? Jak się miewa i co mówi
        Na zawód w świeżo błysłym nam zawodzie?
    


MARTA
    
        Nic, tylko szlocha i szlocha, i szlocha;
        To się na łóżko rzuca, to powstaje,
        To woła: „Tybalt!”, to krzyczy: „Romeo!”
        I znowu pada.
    


ROMEO
    
        Jak gdyby to imię
        Z śmiertelnej paszczy działa wystrzelone
        Miało ją zabić, tak jak jej krewnego
        Zabiła ręka tego, co je nosi.
        O! powiedz, powiedz mi, ojcze, przez litość,
        W którym zakątku tej nędznej budowy
        Mieszka me imię; powiedz, abym zburzył
        To nienawistne siedlisko. Dobywa miecza.
    


OJCIEC LAURENTY
    
        Stój! Wstrzymaj
        Dłoń rozpaczliwą! czy jesteś ty mężem?
        Postać wskazuje twoja, że nim jesteś;
        Łzy twe niewieście; dzikie twoje czyny
        Cechują wściekłość bezrozumną zwierza.
        W pozornym mężu ukryta niewiasto!
        Zwierzu, przybrany w pozór tego dwojga!
        Ty mnie w zdumienie wprawiasz. Jakem kapłan!
        Myślałem, że masz więcej hartu w sobie.
        Tybaltaś zabił, chcesz zabić sam siebie
        I przez haniebny ten na siebie zamach
        Zabić chcesz także tę, co żyje tobą?
        Przecz tak uwłaczasz swemu urodzeniu,
        Niebu i ziemi, skoro urodzenie,
        Niebo i ziemia ci się śmieją? Wstydź się!
        Krzywdzisz swą postać, swą miłość, swój rozum,
        Boś ty jak lichwiarz bogaty w to wszystko,
        Ale niczego tego nie używasz
        W sposób mogący te dary ozdobić.
        Kształtna twa postać jest figurą z wosku,
        Skoro nie z męską cnotą idzie w parze;
        Miłość twa w gruncie czczym krzywoprzysięstwem,
        Skoro chcesz zabić tę, którejś ją ślubił.
        Twój rozum, chluba kształtów i miłości,
        Niezręczny w korzystaniu z tego dwojga,
        Jest jak proch w rożku płochego żołnierza,
        Co się zapala z własnej jego winy
        I razi tego, którego miał bronić.
        Otrząś się, człeku! Julia twoja żyje;
        Julia, dla której umrzeć byłeś gotów;
        W tymeś szczęśliwy. Tybalt chciał cię zabić,
        Tyś jego zabił: w tym szczęśliwyś także.
        Prawo, grożące ci śmiercią, zamienia
        Śmierć na wygnanie, i w tymeś szczęśliwy.
        Stosy na głowie błogosławieństw dźwigasz,
        Szczęście najwabniej wdzięczy się do ciebie,
        A ty, jak dziewka zepsuta, kapryśna,
        Dąsasz się na tę szczodrotę fortuny.
        Strzeż się, bo tacy marnie umierają.
        Terazże idź do żony, jak to było
        Wprzód umówione, i pociesz niebogę.
        Pomnij wyjść jednak przed wart rozstawieniem;
        Bo później przejść byś nie mógł do Mantui,
        Gdzie masz przebywać tak długo, aż znajdziem
        Czas do odkrycia waszego małżeństwa,
        Do pojednania waszych nieprzyjaciół,
        Do przebłagania księcia, na ostatek
        Do sprowadzenia cię nazad, z radością
        Dziesięciokroć sto tysięcy razy większą
        Niż teraźniejszy twój smutek. Waćpani,
        Idź naprzód; pozdrów ode mnie swą panią
        I każ jej naglić wszystkich do spoczynku,
        Ku czemu żal ich ułatwi namowę.
        Romeo przyjdzie niebawem.
    


MARTA
    
        O panie!
        Mogłabym całą noc stać tu i słuchać,
        Co też to może nauczoność! Biegnę
        Uprzedzić moją panią, że pan przyjdziesz.
    


ROMEO
    
        Idź, proś ją, niech się gotuje mię zgromić.
    


MARTA
    
        Oto pierścionek, który mi kazała
        Doręczyć panu. Śpiesz się pan, już późno.
    


Wychodzi Marta.


ROMEO
    
        O, jakże mi ten dar dodał otuchy!
    


OJCIEC LAURENTY
    
        Idź już, dobranoc! a pamiętaj, synu,
        Wyjść jeszcze dzisiaj, nim zaciągną warty,
        Albo w przebraniu wyjść jutro o świcie.
        Osiądź w Mantui. Jeden z naszych braci
        Nosić ci będzie od czasu do czasu
        Zawiadomienie o każdym wypadku,
        Jaki na twoją korzyść tu się zdarzy.
        Daj rękę, późno już, bądź zdrów, dobranoc.
    


ROMEO
    
        Gdyby nie radość, co mię czeka, wczesny
        Ten rozdział z tobą byłby zbyt bolesny.
        Żegnam cię, ojcze.
    


Wychodzą.





SCENA CZWARTA


Pokój w domu Kapuletów. Wchodzą Kapulet, Pani Kapulet i Parys.


KAPULET
    
        Tak smutny dotknął nas, panie, wypadek.
        Żeśmy nie mieli czasu mówić z Julią.
        Krewny nasz, Tybalt, był jej nader drogim,
        Nam także, ale rodzim się, by umrzeć.
        Dziś ona już nie zejdzie, bo już późno.
        Gdyby nie twoje, hrabio, odwiedziny,
        Ja sam bym w łóżku był już od godziny.
    


PARYS
    
        Pora żałoby nie sprzyja zalotom;
        Dobranoc, pani, poleć mnie swej córce.
    


PANI KAPULET
    
        Najchętniej, zaraz jutro ją wybadam;
        Na dziś zamknęła się, by żal swój spłakać.
    


KAPULET
    
        Hrabio, za miłość naszego dziecięcia
        Mogę ci ręczyć; mniemam, że się skłoni
        Do mych przełożeń, co więcej, nie wątpię.
        Pójdź do niej, żono, nim się spać położysz;
        Oznajm jej cnego Parysa zamiary
        I powiedzże jej, uważasz, iż w środę...
        Zaczekaj, cóż to dzisiaj?
    


PARYS
    
        Poniedziałek.
    


KAPULET
    
        A! poniedziałek! Za wcześnie we środę;
        Odłóżmy to na czwartek; w ten więc czwartek
        Zostanie żoną szlachetnego hrabi.
        Będzieszli gotów? Czy ci to dogadza?
        Cicho się sprawim: jeden, dwóch przyjaciół...
        Gdybyśmy bowiem po tak świeżej stracie
        Bardzo hulali, ludzie, widzisz, hrabio,
        Mogliby myśleć, że za lekko bierzem
        Zgon tak bliskiego krewnego; dlatego
        Wezwiem przyjaciół z jakie pół tuzina
        I na tym koniec. Cóż mówisz na czwartek?
    


PARYS
    
        Rad bym, o panie, żeby już był jutro.
    


KAPULET
    
        To dobrze. Bądź nam zdrów. A więc we czwartek.
        Wstąpże do Julii, żono, nim spać pójdziesz,
        Przygotuj ją do ślubu. Bądź zdrów, hrabio.
        Światła! hej! światła do mego pokoju!
        Tak już jest późno, żebyśmy nieledwie
        Mogli powiedzieć: tak rano. Dobranoc.
    


Wychodzą.






SCENA PIĄTA


Pokój Julii. Wchodzą Romeo i Julia.


JULIA
    
        Chcesz już iść? Jeszcze ranek nie tak bliski,
        Słowik to, a nie skowronek się zrywa
        I śpiewem przeszył trwożne ucho twoje.
        Co noc on śpiewa owdzie na gałązce
        Granatu, wierzaj mi, że to był słowik.
    


ROMEO
    
        Skowronek to, ów czujny herold ranku,
        Nie słowik; widzisz te zazdrosne smugi,
        Co tam na wschodzie złocą chmur krawędzie?
        Pochodnie nocy już się wypaliły
        I dzień się wspina raźnie na gór szczyty.
        Chcąc żyć, iść muszę lub zostając — umrzeć.
    


JULIA
    
        Owo światełko nie jest świtem; jest to
        Jakiś meteor od słońca wysłany,
        Aby ci służył w noc na przewodnika
        I do Mantui rozjaśnił ci drogę,
        Zostań więc, nie masz potrzeby się śpieszyć.
    


ROMEO
    
        Niech mię schwytają, na śmierć zaprowadzą,
        Rad temu będę, bo Julia chce tego.
        Nie, ten brzask nie jest zapowiedzią ranka,
        To tylko blady odblask lica luny;
        To nie skowronek, co owdzie piosenką
        Bijąc w niebiosa wznosi się nad nami.
        Więcej mię względów skłania tu pozostać
        Niż nagle odejść. O śmierci, przybywaj!
        Chętnie cię przyjmę, bo Julia chce tego.
        Cóż, luba? prawda, że jeszcze nie dnieje?
    


JULIA
    
        O, dnieje, dnieje! Idź, spiesz się, uciekaj!
        Głos to skowronka grzmi tak przeraźliwie
        I niestrojnymi, ostrymi dźwiękami
        Razi me ucho. Mówią, że skowronek
        Miło wywodzi; z tym się ma przeciwnie,
        Bo on wywodzi nas z objęć wzajemnych.
        Skowronek, mówią, z obrzydłą ropuchą
        Zamienił oczy; o, rada bym teraz,
        Żeby był także i głos z nią zamienił,
        Bo ten głos, w smutnej rozstania potrzebie,
        Dzień przywołując, odwołuje ciebie.
        Idź już, idź: ciemność coraz to się zmniejsza.
    


ROMEO
    
        A dola nasza coraz to ciemniejsza!
    


Wchodzi Marta.


MARTA
    
        Pst! pst!
    


JULIA
    
        Co?
    


MARTA
    
        Starsza pani tu nadchodzi,
        Dzień świta: baczność, bo się narazicie.
    


Wychodzi.


JULIA
    
        O okno, wpuśćże dzień, a wypuść życie!
    


ROMEO
    wychodząc przez okno
    
        Bądź zdrowa! Jeszcze jeden uścisk krótki.
    


JULIA
    
        Już idziesz; o mój drogi! mój milutki!
        Muszę mieć co dzień wiadomość o tobie;
        A każda chwila równą będzie dobie.
        Zgrzybieję licząc podług tej rachuby,
        Nim cię zobaczę znowu, o mój luby.
    


ROMEO
    
        Ilekroć będę mógł, tylekroć twoję
        Drogą troskliwość pewnie zaspokoję.
    


Znika za oknem.


JULIA
    
        Jak myślisz, czy się znów ujrzymy kiedy?
    


ROMEO
    
        Nie wątpię o tym, najmilsza, a wtedy
        Wszystkie cierpienia nasze kwiatem tkaną
        Kanwą do słodkich rozmów nam się staną.
    


JULIA
    
        Boże! przeczuwam jakąś ciężką dolę;
        Wydajesz mi się teraz tam na dole
        Jak trup, z którego znikły życia ślady.
        Czy mię wzrok myli? Jakiżeś ty blady!
    


ROMEO
    
        I twoja także twarz jak pogrobowa.
        Smutek nas trawi. Bądź zdrowa! bądź zdrowa!
    


JULIA
    odstępując od okna
    
        O losie! ludzie mienią cię niestałym;
        Toż więc przez zawiść tylko prześladujesz
        Tych, co kochają stale? Bądź niestały,
        Bo wtedy będę mogła mieć nadzieję,
        Że go niedługo będziesz zatrzymywał
        I wrócisz nazad.
    


PANI KAPULET
    za sceną
    
        Julio! czyś już wstała?
    


JULIA
    
        Któż to mię woła! Głosże to mej matki?
        Nie spałaż ona czy wstała tak rano?
        Jakiż niezwykły powód ją sprowadza?
    


Wchodzi Pani Kapulet.


PANI KAPULET
    
        Jak się masz, Julciu?
    


JULIA
    
        Niedobrze mi, matko!
    


PANI KAPULET
    
        Wciąż jeszcze płaczesz nad stratą Tybalta?
        Chceszże go łzami dobyć z grobu? Choćbyś
        Dopięła tego, wskrzesić go nie zdołasz.
        Przestań więc; pewien żal może dowodzić
        Wielkiej miłości, ale wielkość żalu
        Dowodzi pewnej płytkości pojęcia.
    


JULIA
    
        Trudno na taką stratę nie być czułą.
    


PANI KAPULET
    
        Tak, ale płacząc czujesz tylko stratę,
        Nie tego, po kim płaczesz, moje dziecko.
    


JULIA
    
        Tak czując stratę, mogę tylko płakać.
    


PANI KAPULET
    
        Przyznaj się jednak, że nie tyle płaczesz
        Nad jego śmiercią, jako raczej nad tym,
        Że jeszcze żyje ten łotr, co go zabił.
    


JULIA
    
        Jaki łotr, pani?
    


PANI KAPULET
    
        Ten ci łotr Romeo.
    


JULIA
    na stronie
    
        On i łotr żyją daleko od siebie.
    
        głośno
    
        Przebacz mu, Boże, tak jak ja przebaczam,
        A przecież nie ma na świecie człowieka,
        Który by bardziej ciężył mi na sercu.
    


PANI KAPULET
    
        Że mimo swoich niecnot jeszcze żyje.
    


JULIA
    
        Że go nie mogę dosiąc tym ramieniem,
        Rada bym sama móc się na nim zemścić.
    


PANI KAPULET
    
        Dozna on zemsty; nie troszcz się i nie płacz,
        Zlecę ja pewnej osobie w Mantui,
        Gdzie ten wygnany renegat się schronił,
        Dać mu traktament tak zniewalający,
        Że wnet pospieszy za Tybaltem.Wtedy
        Będziesz, spodziewam się, zaspokojona.
    


JULIA
    
        Nie zaspokoi mnie Romeo nigdy,
        Dopóki tylko żyć będzie; tak silnie
        Boleść po krewnym rozjątrza mi serce.
        O pani, jeśli tylko znajdziesz kogo,
        Co się podejmie podać mu truciznę,
        Ja ją przyrządzę, by po jej wypiciu
        Romeo zasnąć mógł jak najspokojniej.
        Jakże mię korci słyszeć jego imię
        I nie móc zaraz dostać się do niego,
        By przywiązaniu memu do Tybalta
        Dać odwet na tym, co go zamordował.
    


PANI KAPULET
    
        Znajdź ty sposoby, ja znajdę człowieka,
        Terazże mam ci udzielić, dziewczyno,
        Wesołych nowin.
    


JULIA
    
        Wesołe nowiny
        Pożądanymi są w tak smutnych czasach.
        Jakaż tych nowin treść, kochana matko?
    


PANI KAPULET
    
        Masz troskliwego ojca, moje dziecię;
        On to, ażeby smutek twój rozproszyć,
        Umyślił i wyznaczył dzień na radość
        Tak dla cię, jak i dla mnie niespodzianą.
    


JULIA
    
        Cóż to za radość, matko? mogęż wiedzieć?
    


PANI KAPULET
    
        Ta, a nie inna, że w ten czwartek z rana
        Piękny, szlachetny, młody hrabia Parys
        Ma cię uczynić szczęśliwą małżonką
        W Świętego Piotra kościele.
    


JULIA
    
        Na kościół
        Świętego Piotra i Piotra samego!
        Nigdy on, nigdy tego nie uczyni!
        Zdumiewa mię ten pośpiech. Mam iść za mąż,
        Nim ten, co moim ma być mężem, zaczął
        Starać się o mnie, nim mi się dał poznać?
        Proszę cię, matko, powiedz memu ojcu,
        Że jeszcze nie chcę iść za mąż, a gdybym
        Koniecznie miała iść, to bym wolała
        Pójść za Romea, który, jak wiesz dobrze,
        Jest mi z całego serca nienawistny,
        Niż za Parysa. Ha! to mi nowina!
    


Wchodzi Kapulet i Marta.


PANI KAPULET
    
        Oto twój ojciec, powiedz mu to sama;
        Zobaczym, jak on przyjmie twą odpowiedź.
    


KAPULET
    
        Kiedy dzień kona, niebo spuszcza rosę;
        Ale po skonie naszego krewnego
        Pada ulewny deszcz. Cóż to, dziewczyno?
        Czy jesteś cebrem? Ciągle jeszcze we łzach?
        Ciągłe wezbranie? W małej swej istocie
        Przedstawiasz obraz łodzi, morza, wiatru:
        Bo twoje oczy, jakby morze, ciągle
        Falują łzami: biedne twoje ciało
        Jak łódź żegluje po tych słonych falach.
        Wiatrem na koniec są westchnienia twoje,
        Które ze łzami walcząc, a łzy z nimi,
        Jeżeli nagła nie nastąpi cisza,
        Strzaskają twoją łódkę. I cóż, żono?
        Czyś jej zamiary nasze objawiła?
    


PANI KAPULET
    
        Tak, ale nie chce i dziękuje za nie,
        Bodajby była z grobem zaślubiona!
    


KAPULET
    
        Co? Jak to? Nie chce? Nie chce? Nie chce, mówisz?
        Nie jest nam wdzięczna? Nie pyszni się z tego?
        Nie poczytuje sobie za szczyt szczęścia,
        Niegodna, żeśmy jej najgodniejszego
        Z werońskich chłopców wybrali na męża?
    


JULIA
    
        Nie pysznam z tego, alem wdzięczna za to
        Pyszna, zaiste, nie mogę być z tego,
        Co nienawidzę; lecz wdzięczna być winnam
        I za nienawiść w postaci miłości.
    


KAPULET
    
        Cóż to znów? cóż to? Logika w spódnicy!
        Pysznam i wdzięcznam, i zasię nie wdzięcznam,
        Jednak nie pysznam! Słuchaj, świdrzygłówko,
        Nie dziękuj wdzięcznie ni się pyszń z niepyszna,
        Lecz zbierz swe sprytne klepki na ten czwartek,
        By pójść z Parysem do Świętego Piotra,
        Albo cię każę zawlec tam na smyczy.
        Rozumiesz? ty blednico, ty tłumoku;
        Lalko łojowa!
    


PANI KAPULET
    
        Wstydź się! czyś oszalał?
    


JULIA
    
        Błagam cię, ojcze, na klęczkach cię błagam,
        Pozwól powiedzieć sobie tylko słowo.
    


KAPULET
    
        Precz, wszetecznico! dziewko nieposłuszna!
        Ja ci powiadam: gotuj się w ten czwartek
        Iść do kościoła lub nigdy, przenigdy
        Na oczy mi się więcej nie pokazuj.
        Nic nie mów ani piśnij, ani trunij:
        Palce mię świerzbią. Myśleliśmy, żono,
        Że nas za skąpo Bóg pobłogosławił
        Dając nam jedno dziecko; teraz widzę,
        Że i to jedno jest jednym za wiele
        I że w niej mamy bicz boży. Precz, plucho!
        Cyganko jakaś!
    


MARTA
    
        Błogosław jej Boże!
        Jegomość grzeszy, tak fukając na nią.
    


KAPULET
    
        Doprawdy! Czy tak sądzi wasza mądrość?
        Idźże pytlować gębą z kumoszkami.
    


MARTA
    
        Nie mówię bluźnierstw.
    


KAPULET
    
        Terefere kuku!
    


MARTA
    
        Czyż mówić zbrodnia?
    


KAPULET
    
        Milcz, stara trajkotko!
        Schowaj swój rozum na babskie sejmiki.
        Tu niepotrzebny.
    


PANI KAPULET
    
        Za gorący jesteś.
    


KAPULET
    
        Na miłość boską, to trzeba oszaleć!
        W dzień, w noc, wieczorem, rano, w domu, w mieście,
        Sam, w towarzystwie, we śnie i na jawie
        Ciągle i ciągle ot, rozmyślam tylko
        O jej zamęściu; i teraz, gdym znalazł
        Dlań oblubieńca książęcego rodu,
        Pana rozległych majątków, młodego,
        Ukształconego, uposażonego
        Dokolusieńka, jak mówią, w przymioty,
        Jakich się może od mężczyzny żądać;
        Trzeba, ażeby mi jedna smarkata,
        Mazgajowata gęś odpowiedziała:
        Nie chcę iść za mąż, nie mogę pokochać,
        Jestem za młoda, wybaczcie mi, proszę.
        Nie chcesz iść za mąż? a to nie idź, zgoda,
        Ale mi nie właź w oczy; żeruj sobie,
        Gdzie tylko zechcesz, byle nie w mym domu.
        Zważ to, pamiętaj, nie zwykłym żartować.
        Czwartek za pasem; przyłóż dłoń do serca;
        Namyśl się dobrze; będzieszli powolna,
        Znajdziesz dobrego we mnie przyjaciela,
        A nie, to marniej, żebrz, jęcz, mrzej pod płotem;
        Bo jak Bóg w niebie, nigdy cię nie uznam
        Za moje dziecko i z mojego mienia
        Nawet źdźbło nigdy ci się nie oberwie.
        Możesz się na to spuścić, jestem słowny.
    


Wychodzi.


JULIA
    
        Nie masz litości w niebie, która widzi
        Całą głębokość mojego cierpienia?
        Ty mię przynajmniej nie odpychaj, matko!
        Zwlecz to małżeństwo na miesiąc, na tydzień
        Albo mi pościel oblubieńcze łoże
        W tymże grobowcu, w którym Tybalt leży.
    


PANI KAPULET
    
        Nie mów nic do mnie, nic ci nie odpowiem;
        Rób, co chcesz, wszystko mi to obojętne.
    


Wychodzi.


JULIA
    
        O Boże! O ty, moja karmicielko!
        Poradź mi, powiedz, jak temu zaradzić?
        Mój mąż na ziemi, moja wiara w niebie;
        Jakżeż ta wiara ma na ziemię wrócić,
        Nim mój mąż sam mi ją powróci z nieba
        Po opuszczeniu ziemi? Daj mi radę.
        Niestety! Że też nieba mogą nękać
        Tak mdłą istotę jak ja! Nic nie mówisz?
        Nie maszże żadnej pociechy, żadnego
        Na to lekarstwa?
    


MARTA
    
        Mam ci, a to takie:
        Romeo na wygnaniu i o wszystko
        Można iść w zakład, że cię już nie przyjdzie
        Nagabać więcej, chybaby ukradkiem.
        Ponieważ tedy rzecz tak stoi, sądzę,
        Że nic lepszego nie masz do zrobienia
        Jak pójść za hrabię. Dalipan, to wcale,
        Co się nazywa, przystojny mężczyzna.
        Romeo kołek przy nim; orzeł, pani,
        Nie ma tak pięknych, żywych, bystrych oczu
        Jak Parys. Nazwij mię hetką-pętelką,
        Jeśli nie będziesz z kretesem szczęśliwa
        W tym nowym stadle, bo ono jest stokroć
        Lepsze niż pierwsze; a choćby nie było,
        To i tak tamten pierwszy już nie żyje;
        Tak jakby nie żył; przynajmniej dla ciebie,
        Skoro, choć żyje, nie masz zeń pożytku.
    


JULIA
    
        Czy z serca mówisz?
    


MARTA
    
        Ba, i z duszy całej!
        Jeśli nie z serca i nie z duszy, to je
        Przeklnij oboje.
    


JULIA
    
        Amen!
    


MARTA
    
        Na co amen?
    


JULIA
    
        Bardzoś mi przez to dodała otuchy,
        Idźże i powiedz teraz mojej matce,
        Że, naraziwszy się na gniew rodzica,
        Poszłam do celi ojca Laurentego
        Odprawić spowiedź i wziąć rozgrzeszenie.
    


MARTA
    
        O, idę! to mi pięknie i roztropnie.
    


Wychodzi.


JULIA
    
        Stara niecnoto! Zdradziecki szatanie!
        Cóż jest niegodniej, cóż jest większym grzechem:
        Czy tak mię kusić do krzywoprzysięstwa?
        Czy lżyć małżonka mego tymiż usty,
        Którymi tyle razy go pod niebo
        Wznosiłaś chwaląc? Precz, uwodzicielko!
        Serce me odtąd zamknięte dla ciebie.
        Pójdę poprosić ojca Laurentego,
        By mi dał radę, a jeśli żadnego
        Na tę przeciwność nie będzie sposobu,
        Znajdę moc w sobie wstąpienia do grobu.
    


Wychodzi.










AKT CZWARTY





SCENA PIERWSZA


Cela Ojca Laurentego. Ojciec Laurenty i Parys.


OJCIEC LAURENTY

    W ten czwartek zatem? To bardzo pośpiesznie.



PARYS

    Mój teść, Kapulet, życzy sobie tego;
        A ja powodu nie mam, by odwlekać.



OJCIEC LAURENTY

    Nie znasz pan, mówisz, uczuć swojej przyszłej;
        Krzywa to droga, ja takich nie lubię.



PARYS

    Bez miary płacze nad śmiercią Tybalta,
        Małom jej przeto mówił o miłości,
        Bo Wenus w domu łez się nie uśmiecha.
        Ojciec jej, mając to za niebezpieczne,
        Że się tak bardzo poddaje żalowi,
        W mądrości swojej przyśpiesza nasz związek,
        By zatamować źródło tych łez, które
        W odosobnieniu cieką za obficie.
        A w towarzystwie prędzej mogą ustać.
        Znasz teraz, ojcze, powód tej nagłości.



OJCIEC LAURENTY
na stronie

    Obym mógł nie znać powodów do zwłoki!
    
    głośno
    
    Patrz, hrabio, oto twa przyszła nadchodzi.



Wchodzi Julia.


PARYS

    Szczęsny traf dla mnie, piękna przyszła żono!



JULIA

    Być może, przyszłość jest nieodgadniona.



PARYS

    To „może” ma być już w ten czwartek z rana.



JULIA

    Co ma być, będzie.



OJCIEC LAURENTY

    Prawda to zbyt znana.



PARYS

    Przyszłaś się, pani, spowiadać przed ojcem?



JULIA

    Mówiąc to, panu bym się spowiadała.



PARYS

    Nie zaprzecz przed nim, pani, że mię kochasz.



JULIA

    Że jego kocham, to wyznam i panu.



PARYS

    Wyznasz mi także, tuszę, że mnie kochasz.



JULIA

    Gdyby tak było, większą by to miało
        Wartość wyznane z daleka niż w oczy.



PARYS

    Biedna! łzy bardzo twarz twą oszpeciły.



JULIA

    Niewielkie przez to odniosły zwycięstwo;
        Dosyć już była uboga przed nimi.



PARYS

    Tym słowem bardziej ją krzywdzisz niż łzami.



JULIA

    Nie jest to krzywda, panie, ale prawda,
        I w oczy sobie ją mówię.



PARYS

    Twarz twoja
        Do mnie należy, a ty jej uwłaczasz.



JULIA

    Nie przeczę; moja bowiem była inna.
        Maszli czas teraz, mój ojcze duchowny,
        Czyli też mam przyjść wieczór po nieszporach?



OJCIEC LAURENTY

    Nie brak mi teraz czasu, smętne dziecię.
        Racz, panie hrabio, zostawić nas samych.



PARYS

    Niech mię Bóg broni świętym obowiązkom
        Stać na przeszkodzie! Julio, w czwartek z rana
        Przyjdę cię zbudzić. Bądź zdrowa tymczasem
        I przyjm pobożne to pocałowanie.



Wychodzi.


JULIA

    O! zamknij, ojcze, drzwi; a jak je zamkniesz,
        Przyjdź płakać ze mną. Nie ma już nadziei!
        Nie ma ratunku! Nie ma ocalenia!



OJCIEC LAURENTY

    Ach, Julio! Znam twą boleść; mnie samego
        Nabawia ona prawie odurzenia,
        Słyszałem, i nic tego nie odwlecze,
        Że w przyszły czwartek wziąć masz ślub z tym hrabią



JULIA

    Nie mów mi, ojcze, że o tym słyszałeś;
        Chyba, że powiesz, jak tego uniknąć,
        Jeżeli w swojej mądrości nie znajdziesz
        Żadnego na to środka, to przynajmniej
        Postanowienie moje nazwij mądrym,
        A w tym sztylecie zaraz znajdę środek.
        Bóg złączył moje i Romea ręce,
        Ty nasze dłonie; i nim ta dłoń, świętą
        Pieczęcią twoją z Romeem spojona,
        Inny akt stwierdzi, nim to wierne serce
        W zdradzieckim buncie odda się innemu,
        To ostrze zada śmierć sercu i dłoni.
        Daj mi więc jaką radę, zaczerpniętą
        Z długoletniego doświadczenia twego,
        Albo bądź świadkiem, jak ten nóż rozstrzygnie
        Sprawę pomiędzy mną a moim losem,
        Wnet zaradzając temu, czego ani
        Wiek, ani rozum nie mógł doprowadzić
        Do rozwiązania zgodnego z honorem.
        Mów prędko; pilno mi wstąpić do grobu,
        Jeśli mi powiesz, że nie ma sposobu.



OJCIEC LAURENTY

    Stój, córko! Mam ja w myśli pewien środek,
        Wymagający równie rozpaczliwej
        Determinacji, jak jest rozpaczliwe
        To, czemu chcemy zapobiec. Jeżeli,
        Dla uniknięcia małżeństwa z Parysem,
        Masz siłę woli odjąć sobie życie,
        To się odważysz snadź na coś takiego,
        Co będąc tylko podobnym do śmierci
        Uwolni cię od hańby, jakiej chciałaś
        Ujść przez zadanie jej sobie naprawdę.
        Maszli odwagę, toć wskażę ten środek.



JULIA

    O! każ mi, zamiast być żoną Parysa,
        Skoczyć ze szczytu wieży; w rozbójniczych
        Gościć jaskiniach, w legowiskach wężów,
        Zamknij mię w jedną klatkę z niedźwiedziami
        Albo mię wepchnij nocą do kostnicy,
        Zewsząd pokrytej szczątkami szkieletów,
        Poczerniałymi kośćmi i czaszkami,
        Każ mi wejść żywcem w grób świeżo kopany
        I w jeden całun z trupem się obwinąć;
        Wszystko to dawniej dreszcz budziło we mnie,
        Ale bez trwogi uczynię to zaraz,
        Bylebym tylko pozostała czystą
        Małżonką mego lubego kochanka.



OJCIEC LAURENTY

    Słuchaj więc; idź do domu, bądź wesoła,
        Przystań na związek z hrabią. Jutro środa;
        Staraj się jutro na noc zostać sama,
        Niech Marta nie śpi ten raz w twym pokoju.
        Masz tu flaszeczkę; weźmiesz ją do łóżka
        I filtrowany likwor ten wypijesz;
        A wnet po wszystkich żyłach cię przebiegnie
        Usypiający dreszcz, który owładnie
        Wszelką żywotną funkcją; wszystkie pulsa
        Wstrzymają w tobie swe zwyczajne bicie;
        Ni dech, ni ciepło nie wskaże, że żyjesz.
        Róże ust twoich i policzków zbledną
        Jak popiół; oczu zasłony zapadną,
        Jak gdy dłoń śmierci zakrywa dzień życia;
        Każdy twój członek pozbawiony władzy
        Zdrętwieje, stęgnie, zziębnie jak u trupa.
        I w tym pozornym stanie nagłej śmierci
        Zostawać będziesz czterdzieści dwie godzin,
        Wtedy się ockniesz jak ze snu błogiego.
        Gdy więc nazajutrz z rana narzeczony
        Przyjdzie cię zbudzić, znajdzie cię umarłą;
        Po czym, jak każe zwyczaj, przystrojona
        W godowe szaty, w odsłoniętej trumnie,
        Złożoną będziesz pod owym sklepieniem,
        Gdzie leżą wszyscy ze krwi Kapuletów.
        Uwiadomiony tymczasem przeze mnie
        O naszym planie, Romeo przybędzie;
        Wraz ze mną czekać będzie w owym lochu
        Na twe ocknienie i tej samej nocy
        Uprowadzi cię skrycie do Mantui.
        To cię uchroni od hańby grożącej;
        Jeśli brak woli lub niewieścia bojaźń
        Od wykonania tego cię nie wstrzyma.



JULIA

    O, daj mi, daj mi! nie mów o bojaźni!



OJCIEC LAURENTY

    Masz, idź, bądź niewzruszona i szczęśliwa
        W tym przedsięwzięciu! Wyprawię natychmiast
        Jednego z naszych braci do Mantui
        Z listem do twego męża.



JULIA

    O nadziejo!
        Ty mi bądź bodźcem, a hasłem Romeo!
        Bądź zdrów, mój ojcze!



Odchodzi.





SCENA DRUGA


Pokój w domu Kapuletów. Wchodzą Kapulet, Pani Kapulet, Marta i słudzy.


KAPULET
do Służącego

    Proś te osoby, co tu są spisane.


Służący wychodzi.


    A waść dwudziestu biegłych zbierz kucharzy.



DRUGI SŁUŻĄCY

    Nie będzie zły ani jeden, jaśnie panie, bo się przekonam wprzód o każdym, czy umie sobie oblizywać palce.



KAPULET

    A to na co?



DRUGI SŁUŻĄCY

    Zły to kucharz, jaśnie panie, co nie oblizuje sobie palców, o którym się więc przekonam, że tego nie umie, tego nie sprowadzę.



KAPULET

    Ruszaj!


Wychodzi Służący.


    Wątpię, czy wszystko na czas wygotujem.
        Bodaj cię! Prawdaż to, że Julia poszła
        Do ojca Laurentego?



MARTA

    Poszła, panie.



KAPULET

    To dobrze; może on co dla niej wskóra.
        Cięta, uparta to skóra na buty.



Wchodzi Julia.


MARTA

    Patrz pan, jak raźnie wraca od spowiedzi.



KAPULET

    No, sekutnico, gdzieżeś to bywała?



JULIA

    Gdzie mię żałować nauczono, panie,
        Za grzech uporu i nieposłuszeństwa
        Naprzeciw woli twojej. Świątobliwy
        Kapłan Laurenty kazał mi się rzucić
        Do twych nóg i o przebaczenie prosić.
        Przebacz mi, ojcze! będę już uległa.



KAPULET

    Niech tam kto pójdzie prosić pana hrabię:
        Jutro mieć muszę spleciony ten węzeł.



JULIA

    Spotkałam hrabię w celi Laurentego
        I okazałam mu miłość, jak mogłam,
        Nie przekraczając granicy skromności.



KAPULET

    To co innego; tak, to dobrze, powstań;
        Tak być powinno, tak córce przystoi.
        Prosić tu hrabię, żeby przyszedł zaraz.
        Dalipan, święty to człek z tego mnicha;
        Słusznie mu całe miasto cześć oddaje.



JULIA

    Marto, pójdź ze mną do mego pokoju.
        Wszak mi pomożesz przymierzyć przyborów,
        Jakie na jutro uznasz za stosowne?



PANI KAPULET

    Po co dziś? jutro będzie dosyć czasu.



KAPULET

    Idź z nią, idź, jutro pójdziem do kościoła.



Julia z Martą wychodzi.


PANI KAPULET

    Nie wiem, czy zdążym z przygotowaniami;
        Już wieczór.



KAPULET

    Nie troszcz się; dojrzę wszystkiego
        I wszystko będzie dobrze, za to ręczę.
        Idź do Juleczki, pomóż jej się przebrać.
        Ja się tej nocy nie położę; będę
        Na ten raz pełnił urząd gospodyni.
        Hej, służba! Cóż to? wszyscy się rozeszli?
        Mniejsza z tym, pójdę sam hrabię uprzedzić
        O zaszłej zmianie. Lekko mi na sercu,
        Że się ten kozioł przecie opamiętał.



Wychodzą.





SCENA TRZECIA


Pokój Julii. Wchodzi Julia i Marta.


JULIA

    Tak, ten strój wezmę. Ale, złota nianiu,
        Proszę cię, zostaw mię na tę noc samą,
        Bo dużo muszę pacierzy odmówić
        Dla uproszenia sobie względów niebios
        Nad moim stanem, jak wiesz, pełnym grzechu.



Wchodzi Pani Kapulet.


PANI KAPULET

    Takeś zajęta? Mamże ci dopomóc?



JULIA

    Nie, pani; jużeśmy we dwie wybrały,
        Co mi na jutro może być potrzebne.
        Pozwól, bym teraz sama pozostała,
        I niechaj Marta spędzi tę noc z tobą.
        Pewnam, że wszyscy macie dość roboty
        Przy tym tak nagłym obchodzie.



PANI KAPULET

    Dobranoc!
        Połóż się, spocznij; potrzebujesz tego.



Wychodzą Pani Kapulet i Marta.


JULIA

    Dobranoc! Bóg wie, kiedy się zobaczym.
        Zimny dreszcz trwogi na wskroś mię przejmuje
        I jakby mrozi we mnie ciepło życia.
        Zawołam na nie, by mnie pokrzepiły;
        Nianiu! I po cóż tu ona? Straszliwy
        Ten czyn wymaga właśnie samotności.
        Ha! pójdź, flakonie!
        Gdyby jednakże ten płyn nie skutkował?
        Miałażbym gwałtem z hrabią być złączona?
        Nie, nie, ucieczka w tym: leż tu w odwodzie.
    
    
    kładzie na stole sztylet
    
    A gdyby też to miała być trucizna,
        Którą mi ksiądz ten zręcznie śmierć chce zadać,
        By ujść zarzutu, że dał ślub kobiecie,
        Którą już pierwej zaślubił z kim innym?
        To by być mogło; ale nie, tak nie jest,
        Bo jego świętość jest wypróbowana,
        I nawet myśli tej nie chcę przypuszczać.
        Lecz gdybym w grobie się ocknęła pierwej,
        Nim mię Romeo przyjdzie oswobodzić?
        To byłoby okropnie!
        Nie udusiłażbym się wśród tych sklepień,
        Gdzie nigdy zdrowe nie wnika powietrze,
        I nie umarłażbym wprzód, nim Romeo
        Przyjdzie na pomoc? A choćbym i żyła,
        Czyliżby straszny wpływ nocy i śmierci,
        Którą dokoła będę otoczona,
        Obok wrażenia, jakie sprawić musi
        Samaż miejscowość tego sklepionego
        Starożytnego lochu, w którym kości
        Zmarłych mych przodków od lat niepamiętnych
        Nagromadzone leżą, kędy świeżo
        Złożony Tybalt gnije pod całunem;
        I kędy nocą, o pewnych godzinach,
        Duchy, jak mówią odbywają schadzki;
        Niestety! czyliżby prawdopodobnie
        To wszystko, gdybym wcześniej się ocknęła,
        A potem zapach trupi, krzyk podobny
        Do tego, jaki wydaje ów korzeń
        Ziela pokrzyku, gdy się go wyrywa,
        Krzyk wprawiający ludzi w obłąkanie,
        Czyliżby wszystko to, w razie ocknienia
        Nie pomieszało mi zmysłów? Czyliżbym
        Po szalonemu nie igrała wtedy
        Z kośćmi mych przodków? nie poszła się pieścić
        Z trupem Tybalta? i w tym rozstrojeniu
        Nie rozbiłażbym sobie rozpaczliwie
        Głowy piszczelą którego z pradziadów
        Jak pałką? Patrzcie! patrzcie! zdaje mi się,
        Że duch Tybalta widzę ścigający
        Romea za to, że go wygnał z ciała.
        Stój! stój, Tybalcie!
    
    przytyka flakon do ust
    
    Do ciebie, mój luby,
        Spełniam ten toast zbawienia lub zguby.



Wypija napój i rzuca się na łóżko.





SCENA CZWARTA


Sala w domu Kapuletów. Wchodzą Pani Kapulet i Marta.


PANI KAPULET

    Weź te półmiski i wydaj korzenie.



MARTA

    Piekarz o pigwy woła i daktyle.



Wchodzi Kapulet.


KAPULET

    Spieszcie się, śpieszcie! Już drugi kur zapiał;
        Poranny dzwonek ozwał się: to trzecia,
        Dojrzyj ciast, moja Marto, nie szczędź przypraw.



MARTA

    Co to za wścibstwo? Idźże się pan przespać.
    Dalipan, jutro się nam rozchorujesz
    Z tego niewczasu.



KAPULET

    Ani krzty! Do licha!
        Nie wysypiałem się dla spraw mniej ważnych,
        A przecież nigdy nie zachorowałem.



PANI KAPULET

    Wiem ci ja dobrze, wiem, umiał jegomość
        Swojego czasu myszkować; lecz teraz
        Ja czuwam nad tym, abyś pan nie czuwał.



Wychodzą Pani Kapulet i Marta.


KAPULET

    Zazdrosna sztuka!


Wchodzą słudzy z rożnami, koszami i drzewem.


    Hej! co tam niesiecie?



PIERWSZY SŁUGA

    Rzeczy do kuchni, ale nie wiem jakie.



KAPULET

    Spiesz się.


Wychodzi Służący.


    Idź, wasze, suchszych szczap narąbać;
        Piotr ci kloc wskaże po temu.



DRUGI SŁUGA

    Jeżeli
        O kloca idzie, to dość mnie samego;
        Nie potrzebuję się zwracać do Piotra.



Wychodzi.


KAPULET

    Masz słuszność; żywo! Wesołe ladaco!
        Sam będziesz klocem. Dalipan, już dnieje
        I hrabia będzie tu zaraz z muzyką.
        Tak przyrzekł.


Słychać muzykę.


    Otóż idzie; już go słychać.
        Hej! Żono! Marto! Chodźcie tu! Hej! Marto!


Wchodzi Marta.


    Idź, obudź Julkę, ubierz ją co żywo.
        Ja pogawędzę tymczasem z Parysem.
        Spiesz się, nie marudź; pan młody już przyszedł.
        Co tchu się zwijaj.



Wychodzi.





SCENA PIĄTA


Pokój Julii. Julia w łóżku. Wchodzi Marta.


MARTA

    Panienko! Julciu! Jak się to zaspało!
        Wstawaj gołąbku! Wstawaj! Wstydź się, śpiochu!
        Panienko! duszko! rybko! Ani mrumru!
        Chcesz, widzę, wyspać się za cały tydzień.
        Jakbyś wiedziała, że ci hrabia Parys
        Następnej nocy nie da oka zmrużyć.
        Odpuść mi, Panie, amen! Jak śpi smacznie!
        Muszę ją jednak zbudzić. Julciu! Julciu!
        Niech no cię hrabia Parys tak zastanie,
        To się dopiero zerwiesz. Cóż to? w sukni?
        Jużeś ubrana i znów się pokładłaś?
        Dosyć już tego! Julciu! Panno Julio! -
        Ha! przez Bóg żywy! Na pomoc! na pomoc!
        Ona nie żyje! O, ja nieszczęśliwa!
        Po co mi było się rodzić? Na pomoc!
        Choć trochę akwawity! Panie! Pani!



Wchodzi Pani Kapulet.


PANI KAPULET

    Co za hałas?



MARTA

    O dniu niefortunny!



PANI KAPULET

    Mów, co się stało?



MARTA

    Patrz, pani.



PANI KAPULET

    O nieba!
        O moje dziecię! o moja pociecho!
        Wstań! odżyj albo umrę razem z tobą!
        Na pomoc! wołaj pomocy!



Wchodzi Kapulet.


KAPULET

    Co za guzdralstwo! Pan młody już czeka.



MARTA

    Ona nie żyje; rozstała się z życiem!
        O dniu żałosny!



PANI KAPULET

    O dniu opłakany!
        Ona nie żyje, nie żyje, nie żyje!



KAPULET

    Puśćcie mię, niech zobaczę... Jak lód zimna;
        Krew w niej zastygła; członki jej zdrętwiały...
        Dawno już życie z tych ust uleciało.
        Śmierć ją zwarzyła, jak mróz najpiękniejszy
        Pierwiosnek w maju. Nieszczęsny ja starzec!



MARTA

    O niefortunny dniu!



PANI KAPULET

    O dniu boleści!



KAPULET

    Śmierć ta, niszcząca wszystkie me nadzieje,
        Głos mi tamuje i zamyka usta.



Wchodzi Ojciec Laurenty i Parys z muzykantami.


OJCIEC LAURENTY

    Czy panna młoda już jest w pogotowiu
        Iść do kościoła?



KAPULET

    Iść, ale nie wrócić;
        O synu, w wilię dnia twojego ślubu
        Śmierć zaślubiła twą oblubienicę.
        Patrz, oto leży ten kwiat w jej uścisku.
        Śmierć jest mym zięciem, śmierć jest mym dziedzicem.
        Umrę i wszystko jej oddam, bo wszystko
        Oddaje śmierci, kto oddaje ducha.



PARYS

    Tak dawnom wzdychał do tego poranku
        I takiż widok czekał mię u mety!



PANI KAPULET

    Dniu nienawistny, przeklęty! ohydny,
        Stokroć obmierzły, jakiemu równego
        W obiegu swoim czas jeszcze nie widział!
        Jedno mieć tylko, jedno biedne dziecko,
        Jedną uciechę i jedną pociechę.
        I tę zabiera śmierć nielitościwa!



MARTA

    O smutny, smutny dniu! o dniu żałosny!
        Najopłakańszy, najniefortunniejszy,
        Jaki widziałam w życiu kiedykolwiek!
        O dniu! o smutny dniu! O dniu żałosny!
        Nie było nigdy jeszcze dnia takiego.
        O! stokroć smutny dniu, stokroć żałosny!



PARYS

    Okrutna, sroga świętokradzka śmierci!
        Tyś mię podeszła, obdarła, zgnębiła.
        Przez ciebiem niebo stracił, okrutnico!
        O Julio! luba! życie! już nie życie.
        Nie mniej jednakże luba i po śmierci!



KAPULET

    Zawistny, twardy, niecny, zbójczy losie!
        Po cóż ci, po co było tak tyrańsko
        Wniwecz obracać naszą uroczystość!
        O moje dziecko! raczej duszo moja,
        Nie moje dziecko, bo dziecko jest trupem;
        I wraz z nim cała pociech mych ostoja,
        Cały wdzięk życia stał się śmierci łupem!



OJCIEC LAURENTY

    Przestańcie! Rozpacz nie leczy rozpaczy.
        Nadobne dziecię to było własnością
        Zarówno nieba, jak i waszą, niebo
        Zabrało swoją część; tym lepiej dla niej,
        Wyście nie mogli waszej części ziemskiej
        Ustrzec od śmierci, ale część jej lepszą
        Niebo zachowa w wiekuistym życiu.
        Jej wywyższenie było szczytem waszych
        Życzeń i dążeń. W nim zakładaliście
        Swój raj na ziemi i płaczecie teraz,
        I rozpaczacie, widząc ją wzniesioną
        Ponad obłoki do istnego raju?
        O, zła to miłość jęczeć z żalu wtedy,
        Kiedy tym, których kochamy, jest dobrze.
        Nie ta dziewica dobrze poszła za mąż,
        Co długie lata przeżyła w zamęściu,
        Lecz ta, co młodo zamężną umiera.
        Połóżcie tamę łzom i umaiwszy
        To piękne ciało liśćmi rozmarynu,
        Każcie je, wedle zwyczaju, niebawem
        W świątecznych szatach zanieść do kościoła.
        Świętymi wprawdzie są boleści prawa,
        Przecież rozsądek z łez się naigrawa.



KAPULET

    Cośmy na gody poprzysposabiali,
        To musi teraz posłużyć na pogrzeb;
        Weselna uczta zamieni się w stypę,
        Dźwięk strun w jęk dzwonów, pieśni w smętne treny,
        Mirtowy wieniec martwą skroń otoczy,
        Słowem, wszystko się w opak przeistoczy.



OJCIEC LAURENTY

    Wyjdźcie stąd, państwo, i ty, hrabio, także.
        Niech się gotuje każdy odprowadzić
        Te piękne zwłoki na wieczny spoczynek.
        Snadź niebo na was o coś zagniewane;
        Nie jątrzcież jego gniewu jeszcze gorzej
        Oporem przeciw świętej woli bożej.



Wychodzą Kapulet, Pani Kapulet, Parys i Ojciec Laurenty.


PIERWSZY MUZYKANT

    Trzeba nam podobno schować dudy w miech i wynieść się za drzwi.



MARTA

    Tak, tak, schowajcie swoje instrumenta,
        Poczciwi ludzie, nie ma tu co robić.



DRUGI MUZYKANT

    Możeć się jeszcze co znajdzie.



Wchodzi Piotr.


PIOTR

    Zagrajcie mi na basetli, panowie muzykanci, zagrajcie mi na basetli, jeżeli mi dobrze życzycie.



PIERWSZY MUZYKANT

    Dlaczego na basetli?



PIOTR

    Bo moja dusza gra teraz na drumli. Zagrajcie mi co smętnie skocznego dla rozweselenia.



PIERWSZY MUZYKANT

    Daj nam waść pokój; nie pora teraz do gędźby.



PIOTR

    Nie chcecie zatem?



PIERWSZY MUZYKANT

    Nie.



PIOTR

    Czekajcie, zapłacę wam za to.



PIERWSZY MUZYKANT

    Czym takim?



PIOTR

    Nie brzęczącą monetą, jak mi Bóg miły! ale bitą monetą; monetą godną rzępołów.



PIERWSZY MUZYKANT

    To my się waćpanu równą monetą odpłacimy; monetą godną lokajów.



PIOTR

    Wprzód ja wam lokajską klingą zagram po brzuchu.



DRUGI MUZYKANT

    Schowaj, waćpan, swój rożen, a wydobądź lepiej swój dowcip.



PIOTR

    Strzeżcie się ostrza mego dowcipu, bo was przeszyje na wylot. Baczność!
    
    śpiewa

    

    Gdy z piersi płynie jęk,
        A serce żal zakrwawią,
        Muzyki srebrny dźwięk...

    

    Dlaczego srebrny dźwięk? Dlaczego muzyki srebrny dźwięk? Cóż waść na to, mości Barania Kiszko?



PIERWSZY MUZYKANT

    Jużci dlatego, że srebro ma dźwięk miły.



PIOTR

    Pleciesz! a waść co na to, mości Klawicymbale?



DRUGI MUZYKANT

    Dlatego sądzę, że muzykanci grają za srebro.



PIOTR

    Pleciesz także! A waść co o tym sądzisz, mości Kaleczyuchu?



TRZECI MUZYKANT

    Nie wiem doprawdy, co o tym sądzić.



PIOTR

    O, przepraszam, zapomniałem, że jesteś śpiewakiem. No, to ja powiem za ciebie: „Muzyki srebrny dźwięk” mówi się dlatego, że muzykanci rzadko kiedy złoto za muzykę dostają.
    
    wychodzi śpiewając
    
    Muzyki srebrny dźwięk
        Natychmiast ulgę sprawia.



PIERWSZY MUZYKANT

    Cóż to za bezczelny łotr z tego hultaja!



DRUGI MUZYKANT

    Pal go kaci! Zejdźmy tam na dół wmieszać się między orszak żałobny i czekać, rychło co spadnie z półmiska.



Wychodzą.










AKT PIĄTY





SCENA PIERWSZA


Mantua. Ulica. Wchodzi Romeo.


ROMEO

    Jeżeli można ufać sennym wróżbom,
        Wkrótce mię czeka jakaś wieść radosna.
        Król mego łona oddycha swobodnie
        I duch mój przez dzień cały niezwyczajnie
        Lekkim nad ziemię wznosi się polotem:
        Śniłem, że moja ukochana przyszła
        I że znalazła mię nieżywym (dziwny
        Sen, co pozwala myśleć umarłemu!),
        Lecz ona swymi pocałowaniami
        Tyle tchu wlała w martwe moje usta,
        Żem nagle odżył i został cesarzem.
        Ach, jakże słodką jest miłość naprawdę,
        Kiedy jej mara taką rozkosz sprawia!

Wchodzi Baltazar.


    Wieści z Werony! - Cóż tam, Baltazarze?
        Czy mi przynosisz list od Laurentego?
        Co robi Julia? Czy zdrów jest mój ojciec?
        Jak się ma Julia? Po raz drugi pytam.
        Bo nie ma złego, jeśli jej jest dobrze.



BALTAZAR

    Wszystko więc dobrze, bo jej już źle nie jest;
        Ciało jej leży w lochach Kapuletów,
        A duch jej gości między aniołami.
        Widziałem, jak ją złożono do sklepień,
        I wziąłem pocztę, aby o tym panu
        Donieść czym prędzej. Przebacz pan, że taką
        Złą wieść przynoszę; wszakże uwiadomić
        Pana o wszystkim byłem w obowiązku.



ROMEO

    Maż to być prawdą? Drwię sobie z was, gwiazdy!
        Wszak wiesz, gdzie mieszkam? Przynieś mi papieru
        I atramentu, idź potem na pocztę
        Zamienić konie. Wyjeżdżam tej nocy.



BALTAZAR

    Błagam cię, panie, zachowaj cierpliwość;
        Wyglądasz blado, ponuro i wzrok twój
        Coś niedobrego zapowiada.



ROMEO

    Cicho.
        Mylisz się; zostaw mię, zrób, com rozkazał.
        Czy nie masz listu od księdza?



BALTAZAR

    Nie, panie.



ROMEO

    Mniejsza więc o to. Idź zamówić konie;
        Wkrótce pospieszę za tobą.


Wychodzi Baltazar.


    Tak Julio!
        Tej jeszcze nocy spocznę przy twym boku:
        O środek tylko idzie. O, jak prędko
        Zły zamiar wnika w myśl zrozpaczonego!
        Gdzieś niedaleko stąd mieszka aptekarz:
        Przed paru dniami widziałem go, pomnę,
        Jak zasępiony, w podartym odzieniu,
        Przebierał zioła; zapadłe miał oczy.
        Ciało od wielkiej nędzy jak wiór wyschłe.
        W nikczemnym jego sklepiku żółw wisiał;
        Wypchany aligator obok szczątków
        Dziwnego kształtu ryb; na jego półkach
        Leżała tu i ówdzie zbieranina
        Próżnych flasz, słojów, zielonych czerepów,
        Pęcherzów, stęchłych nasion; resztki sznurków
        I zapleśniałe kawałki lukrecji.
        Na widok tego pomyślałem sobie:
        Komu by była potrzebna trucizna,
        Której w Mantui sprzedaż gardłem karzą,
        Niechajby przyszedł do tego hołysza,
        On by dostarczył mu jej. Myśl ta była,
        Niestety! wróżbą mej potrzeby własnej;
        Sam w niej dziś jestem i tenże sam człowiek
        Z potrzeby będzie musiał jej zaradzić.
        Jeżeli się nie mylę, tu on mieszka;
        Z powodu święta kram jego zamknięty —
        Hej! aptekarzu!



Wchodzi Aptekarz.


APTEKARZ

    Któż to woła takim
        Donośnym głosem?



ROMEO

    Zbliż się tu, człowieku,
        Widzę, że jesteś w niezamożnym stanie;
        Weź te czterdzieści dukatów, a daj mi
        Drachmę trucizny takiej, co by mogła
        Po wszystkich żyłach rozejść się od razu
        I nienawistne życie odjąć temu,
        Co jej zażyje; co by tak gwałtownie
        Wygnała oddech z piersi, jak gwałtownie
        Lontem dotknięty proch wypędza pocisk
        Z czeluści działa.



APTEKARZ

    Mam ja taki środek;
        Ale w Mantui prawo śmiercią karze
        Każdego, co się waży go udzielić.



ROMEO

    Tak bardzo jesteś biedny, tak cię srodze
        Los upośledza i boisz się umrzeć?
        Głód z twych lic, z oczu patrzy niedostatek;
        Łatana nędza wisi na twym grzbiecie;
        Świat ci nie sprzyja ani prawo świata,
        Bo świat nie dajeć prawa być bogatym;
        Drwij więc z praw, przyjm to i przestań być biednym.



APTEKARZ

    Ubóstwo, a nie chęć skłania mnie ulec.



ROMEO

    Ubóstwo twoje też, nie chęć opłacam.



APTEKARZ

    Weź pan to, rozczyń w jakimkolwiek płynie
        I płyn ten wypij, a choćbyś miał siłę
        Dwudziestu ludzi, wnet wyzioniesz ducha!



ROMEO

    Oto masz złoto, tę truciznę zgubną
        Dla duszy ludzkiej, która więcej zabójstw
        Na tym obmierzłym świecie dokonywa
        Niż owe marne preparata, których
        Pod karą śmierci sprzedać ci nie wolno.
        Nie ty mnie, ja ci sprzedałem truciznę.
        Bądź zdrów: kup strawy i odziej się w mięso.
        Kordiale, nie trucizno, pójdź mi służyć
        U grobu Julii, bo tam cię mam użyć.



Rozchodzą się.





SCENA DRUGA


Cela Ojca Laurentego. Ojciec Laurenty sam.


BRAT JAN
za sceną

    Otwórz, wielebny ojcze franciszkanie.



OJCIEC LAURENTY

    Toć nie czyj inny głos, jak brata Jana.
    
    otwiera drzwi
    
    Witaj z Mantui! Cóż Romeo? Maszli
        Ustną odpowiedź jego czy na piśmie?



Wchodzi Brat Jan.


BRAT JAN

    Kiedy za jednym bosym zakonnikiem
        Naszej reguły, który miał iść ze mną
        I był przy chorym, poszedłem na miasto
        I jużem znalazł go, miejscy pachołcy
        Podejrzewając, żeśmy byli w domu
        Tkniętym zarazą, opieczętowali
        Drzwi i nie chcieli nas puścić na zewnątrz.
        Nie mogłem się więc udać do Mantui.



OJCIEC LAURENTY

    Któż tedy zaniósł mój list do Romea?



BRAT JAN

    Nikt go nie zaniósł — oto jest; nie mogłem
        Ani go posłać do Mantui, ani
        Wam go odesłać, tak nas pilnowano.



OJCIEC LAURENTY

    Nieszczęsny trafie! ten list był tak ważny!
        Niedoręczenie go może fatalne
        Skutki sprowadzić. Biegnij, bracie Janie;
        Postaraj no się gdzie o drąg żelazny
        I tu go przynieś.



BRAT JAN

    Natychmiast przyniosę.



OJCIEC LAURENTY

    Muszę czym prędzej spieszyć do grobowca.
        W ciągu trzech godzin Julia się przebudzi.
        Gniewać się na mnie będzie, żem Romea
        Nie uwiadomił o tym, co się stało;
        Ale napiszę do niego raz jeszcze
        I tu ją skryję do jego przybycia.
        Biedny ty prochu: w grobie już za życia!



Wychodzi.





SCENA TRZECIA


Cmentarz, na nim grobowiec rodziny Kapuletów. Wchodzi Parys z Paziem, niosącym kwiaty i pochodnię.


PARYS

    Daj mi pochodnię, chłopcze, i idź z Bogiem,
        Lub zgaś ją, nie chcę, żeby mię widziano.
        Idź się położyć owdzie pod cisami
        I ucho przyłóż do ziemi, a skoro
        Usłyszysz czyje kroki na cmentarzu,
        Którego ryty grunt łatwo je zdradzi,
        Wtedy zagwizdnij na znak, że ktoś idzie.
        Daj mi te kwiaty. Idź, zrób, jakem kazał.



PAŹ

    Straszno mi będzie pozostać samemu
        Wpośród cmentarza; jednakże spróbuję.



Oddala się.


PARYS

    Drogi mój kwiecie, kwieciem posypuję
        Twe oblubieńcze łoże. Baldachimem
        Twym są, niestety, głazy i proch marny,
        Które ożywczą wodą co noc zroszę
        Lub, gdy jej braknie, łzami mej rozpaczy
        I tak co nocy na twoją mogiłę
        Kwiat będę sypał i gorzkie łzy ronił.


Paź gwiżdże.


    Chłopiec mój daje hasło; ktoś się zbliża.
        Czyjaż to stopa śmie nocą tu zmierzać
        I ten żałobny mój przerywać obrzęd?
        Z pochodnią nawet! Odstąpmy na chwilę.



Oddala się. Wchodzi Romeo i Baltazar z pochodnią, oskardem itp.


ROMEO

    Podaj mi oskard i drąg. Weź to pismo;
        Oddasz je memu ojcu jak najraniej.
        Daj no pochodnię. Co bądź tu usłyszysz
        Albo zobaczysz, pamiętaj, jeżeli
        Miłe ci życie, pozostać z daleka
        I nie przerywać biegu mej czynności.
        W to łoże śmierci wejść chcę częścią po to,
        Aby zobaczyć tę, co w nim spoczywa,
        Lecz głównie po to, aby zdjąć z jej palca
        Szacowny pierścień, który mi do czegoś
        Ważnego nieodbicie jest potrzebny.
        Idź więc, zastosuj się do moich życzeń.
        Gdybyś zaś, płochą zdjęty ciekawością,
        Wrócił podglądać dalsze moje kroki,
        Na Boga, wszystkie kości bym ci roztrząsł
        I posiał nimi ten niesyty cmentarz.
        Umysł mój dziko jest usposobiony,
        Niepowstrzymaniej i nieubłaganiej
        Niż głodny tygrys lub wzburzone morze.



BALTAZAR

    Odejdę, panie, i będęć posłuszny.



ROMEO

    Okażesz mi tym przyjaźń. Weź ten worek,
        Poczciwy chłopcze, bądź zdrów i szczęśliwy.



BALTAZAR
na stronie

    Bądź jak bądź, stanę tu gdzie na uboczu,
        Bo mu zły jakiś zamiar patrzy z oczu.



Oddala się.


ROMEO

    Czarna pieczaro, o! ty wnętrze śmierci,
        Tuczne najdroższym na tej ziemi szczątkiem,
        Otwórz mi swoją zardzewiałą paszczę,
        A ja ci nową żertwę rzucę za to.



Odbija drzwi grobowca.


PARYS

    To ten wygnany, zuchwały Monteki,
        Co zamordował Tybalta, po którym
        Żal, jak mniemają, sprowadził śmierć Julii;
        I on tu przyszedł knuć jeszcze zamachy
        Przeciw umarłym; muszę go powstrzymać,
    
    postępuje naprzód
    
    Spuść świętokradzką dłoń, niecny Monteki!
        Możeż się zemsta aż za grób rozciągać?
        Skazany zbrodniu, aresztuję ciebie;
        Bądź mi posłuszny i pójdź; musisz umrzeć.



ROMEO

    Muszę, zaprawdę, i po tom tu przyszedł.
        Młodzieńcze, nie drażń człowieka w rozpaczy;
        Zostaw mię, odejdź; pomyśl o tych zmarłych
        I zadrżyj. Błagam cię na wszystkie względy,
        Nie wal nowego grzechu na mą głowę,
        Przyprowadzając mię do pasji; odejdź!
        Na Boga, życzę ci lepiej niż sobie;
        Bom ja tu przyszedł przeciw sobie zbrojny.
        O! odejdź, odejdź! żyj i powiedz potem:
        „Z łaski szaleńca cieszę się żywotem.”



PARYS

    Za nic mam wszelkie twoje przełożenia
        I aresztuję cię jako złoczyńcę.



ROMEO

    Wyzywasz moją wściekłość, broń się zatem.



Walczą.


PAŹ

    O nieba! biją się, biegnę po wartę.



Wychodzi.


PARYS
padając

    Zabity jestem. O, jeśli masz litość,
        Otwórz grobowiec i złóż mnie przy Julii.



Umiera.


ROMEO

    Stanieć się zadość. Lecz któż to jest taki?
        To hrabia Parys, Merkucja plemiennik!
        Cóż to mi w drodze prawił mój służący?
        Lecz wtedy moja nieprzytomna dusza
        Uwagi na to nie zwróciła; Parys,
        Mówił, podobno miał zaślubić Julię.
        Czy on to mówił? czy mi się to śniło?
        Czyli też jestem w obłąkaniu myśląc,
        Że jego wzmianka o Julii tak brzmiała?
        Daj mi uścisnąć twą dłoń, o ty, w jedną
        Księgę niedoli ze mną zapisany!
        Złożę twe zwłoki w tryumfalnym grobie.
        W grobie? nie, młoda ofiaro, nie w grobie,
        W latarni raczej, bo tu Julia leży;
        A blask jej wdzięków zmienia to sklepienie
        W przybytek światła. Spoczywaj w spokoju,
        Trupie, rękami trupa pogrzebany!
    
    składa ciało Parysa w grobowcu
    
    Mówią, że nieraz ludzie bliscy śmierci
        Miewali chwile wesołe; ich stróże
        Zwą to ostatnim przedśmiertnym wybłyskiem;
        Coś podobnego i u mnie się zdarza?
        Julio! kochanko moja! moja żono!
        Śmierć, co wyssała miód twojego tchnienia,
        Wdzięków twych zatrzeć nie zdołała jeszcze.
        Nie jesteś jeszcze zwyciężoną: karmin,
        Ten sztandar wdzięków, nie przestał powiewać
        Na twoich licach i bladej swej flagi
        Zniszczenie na nich jeszcze nie zatknęło.
        Tybalcie, tyż to śpisz pod tym całunem?
        Mogęż czym lepszym zadość ci uczynić,
        Jak że tą ręką, co zabiła ciebie,
        Przetnę dni tego, co był twoim wrogiem?
        Przebacz mi, przebacz, Tybalcie! Ach, Julio!
        Jakżeś ty jeszcze piękna! Mamże myśleć,
        Że bezcielesna nawet śmierć ulega
        Wpływom miłości? że chudy ten potwór
        W ciemnicy tej cię trzyma jak kochankę?
        Bojąc się tego, zostanę przy tobie
        I nigdy, nigdy już nie wyjdę z tego
        Pałacu nocy; tu, tu mieszkać będę
        Pośród twojego orszaku - robactwa.
        Tu sobie stałą założę siedzibę,
        Gdy z tego ciała znużonego światem
        Otrząsnę jarzmo gwiazd zawistnych. Oczy,
        Spojrzyjcie po raz ostatni! ramiona,
        Po raz ostatni zegnijcie się w uścisk!
        A wy, podwoje tchu, zapieczętujcie
        Pocałowaniem akt sojuszu z śmiercią
        Na wieczne czasy mający się zawrzeć!
        Pójdź, ty niesmaczny, cierpki przewodniku!
        Blady sterniku, pójdź rzucić o skały
        Falami życia skołataną łódkę!
        Do ciebie, Julio!
    
    pije
    
    Walny aptekarzu!
        Płyn twój skutkuje: całując — umieram.



Umiera. Wchodzi Ojciec Laurenty z przeciwnej strony cmentarza, z latarnią, drągiem żelaznym i rydlem.


OJCIEC LAURENTY

    Święty Franciszku, wspieraj mię! Jak często
        O takiej porze stare moje stopy
        O głazy grobów potrącały! Kto tu?



BALTAZAR

    Przyjaciel, który was dobrze zna, ojcze.



OJCIEC LAURENTY

    Bóg z tobą! Powiedz mi, mój przyjacielu,
        Co znaczy owa pochodnia świecąca
        Chyba robakom i bezoczym czaszkom?
        Nie tlejeż ona w grobach Kapuletów?



BALTAZAR

    Tam właśnie; jest tam i mój pan, któremu
        Sprzyjacie, ojcze.



OJCIEC LAURENTY

    Kto taki?



BALTAZAR

    Romeo.



OJCIEC LAURENTY

    Jak dawno on tam jest?!



BALTAZAR

    Od pół godziny.



OJCIEC LAURENTY

    Pójdź ze mną, bracie, do tych sklepień.



BALTAZAR

    Nie śmiem;
        Bo mi pan kazał odejść i straszliwie
        Zagroził śmiercią, jeśli tu zostanę
        I kroki jego ważę się podglądać.



OJCIEC LAURENTY

    Zostań więc, ja sam pójdę. Drżę z obawy,
        Czy się nie stało co nieszczęśliwego.



BALTAZAR

    Gdym drzymał, leżąc owdzie pod cisami,
        Marzyło mi się, że mój pan z kimś walczył
        I że pokonał tamtego.



OJCIEC LAURENTY
postępując naprzód

    Romeo!
        Na miłość boską, czyjaż to krew broczy
        Kamienne wnijście do tego grobowca?
        Czyjeż to miecze samopas rzucone
        Leżą u tego siedliska pokoju?
    
    wchodzi do grobowca
    
    Romeo! blady! — Parys! i on także!
        I krwią zalany? Ach! cóż za fatalność
        Tak opłakany zrządziła wypadek! —
        Julia się budzi.



JULIA
budząc się i podnosząc

    O pocieszycielu!
        Gdzie mój kochanek? Wiem, gdzie być powinnam
        I tam też jestem; lecz gdzie mój Romeo?



Hałas za sceną.


OJCIEC LAURENTY

    Cóż to za hałas? Julio, wyjdźmy z tego
        Mieszkania śmierci, zgrozy i zniszczenia.
        Potęga, której nikt z nas się nie oprze,
        Wniwecz zamiary nasze obróciła.
        Pójdź; twój mąż leży martwy obok ciebie.
        I Parys także. Pójdź; pójdź; zaprowadzęć
        Do monasteru świętych sióstr zakonnych.
        Nie zwłócz, nie pytaj, bo warta nadchodzi.
        Pójdź, biedna Julio!


Znowu hałas.


    Nie mogę już czekać.



Wychodzi.


JULIA

    Idź z Bogiem, starcze; idź, ja tu zostanę.
        Cóż to jest? Czara w zaciśniętej dłoni
        Mego kochanka? Truciznę więc zażył!
        O skąpiec! Wypił wszystko; ani kropli
        Nie pozostawił dla mnie! Przytknę usta
        Do twych kochanych ust, może tam jeszcze
        Znajdzie się jaka odrobina jadu,
        Co mię zabije w upojeniu błogim.
    
    całuje go
    
    Twe usta ciepłe.



DOWÓDCA WARTY
za sceną

    Gdzie to? pokaż, chłopcze.



JULIA

    Idą, czas kończyć.
    
    chwytając sztylet Romea
    
    Zbawczy puginale!
        Tu twoje miejsce.
    
    przebija się
    
    Tkwij w tym futerale.



Pada na ciało Romea i umiera. Wchodzi warta z Paziem Parysa.


PAŹ

    Tu, tu w tym miejscu, gdzie płonie pochodnia.



DOWÓDCA WARTY

    Ziemia zbroczona; obejdźcie w krąg cmentarz
        I przytrzymajcie, kogo napotkacie.


Wychodzi kilku ludzi z warty.


    Smutny widoku! tu hrabia zabity,
        Tu Julia we krwi pływa, jeszcze ciepła,
        Tylko co zmarła; ona, co przed dwoma
        Dniami w tym grobie była pochowana.
        Idźcie powiedzieć o tym księciu; śpieszcie,
        Wy do Montekich, wy do Kapuletów,
        A wy odbądźcie przegląd w innej stronie.


Wychodzi kilku innych wartowników.


    Widzimy miejsce, gdzie zaszła ta zgroza,
        Lecz w jaki sposób ona miała miejsce,
        Tego nie możem pojąć bez objaśnień.



Wchodzi kilku innych wartowników z Baltazarem.


PIERWSZY WARTOWNIK

    Oto Romea sługa, znaleźliśmy
        Go na cmentarzu.



DOWÓDCA

    Niech będzie pod strażą,
        Dopóki książę nie nadejdzie.



Wchodzi kilku innych wartowników, prowadząc Ojca Laurentego.


DRUGI WARTOWNIK

    Oto mnich jakiś drżący i płaczący;
        Odebraliśmy mu ten drąg i rydel,
        Kiedy się bokiem cmentarza wykradał.



DOWÓDCA

    To jakiś ptaszek; trzymajcie go także.


Wchodzi Książę ze swym orszakiem.


    Co za nieszczęście o tak rannej porze
        Sen nasz przerwało i aż tu nas wzywa?



Wchodzi Kapulet, Pani Kapulet i inne osoby.


KAPULET

    Jakiż być może powód tego zgiełku?



PANI KAPULET

    Lud po ulicach wykrzykuje: „Julia!
        Parys! Romeo!” i jedni przez drugich
        Tłumnie tu dążą do naszego grobu.



KSIĄŻĘ

    Cóż to za postrach rozruch ten sprowadza?!
        Odpowiadajcie!



DOWÓDCA

    Miłościwy Panie!
        Oto zabity leży hrabia Parys!
        Romeo martwy i Julia, wprzód zmarła,
        A teraz ciepła z puginałem w piersi.



KSIĄŻĘ

    Szukajcie, śledźcie sprawców tego mordu.



DOWÓDCA

    Oto mnich jakiś i Romea sługa,
        Których tu moi ludzie przytrzymali
        I którzy mieli przy sobie narzędzia
        Do odbijania grobów.



KAPULET

    O nieba! żono, patrz, jak ją krew broczy!
        Puginał zbłądził z drogi; oto bowiem
        Pochwa od niego wisi przy Montekim;
        Zamiast w nią trafić, trafił w pierś mej córki.



PANI KAPULET

    Niestety! widok ten, jak odgłos dzwonu,
        Ostrzega starość mą o chwili zgonu.



Wchodzi Monteki i inne osoby.


KSIĄŻĘ

    Monteki, wcześnie wstałeś, aby ujrzeć
        Nadziei swoich wcześniejszy upadek!



MONTEKI

    Ach! miłościwy książę, żona moja
        Zmarła tej nocy z tęsknoty za synem;
        Jakiż cios jeszcze niebo mi przeznacza?



KSIĄŻĘ

    Patrz, a zobaczysz!



MONTEKI

    O niedobry synu!
        Jak się ważyłeś w grób uprzedzić ojca?



KSIĄŻĘ

    Zamknijcie usta żalowi na chwilę,
        Póki zagadki tej nie rozwiążemy
        I nie zbadamy jej źródła i wątku:
        Wtedy sam stanę na skarg waszych czele
        I będę waszej boleści heroldem.
        Do samej śmierci. Proszę was o spokój
        I niech ulegnie zły los cierpliwości.
        Stawcie, na kogo pada podejrzenie.



OJCIEC LAURENTY

    Ja to, o panie! lubo najmniej zdolny
        Do popełnienia czegoś podobnego,
        Jestem, ze względu na okoliczności,
        Poszlakowany najprawdopodobniej
        O dzieło tego okropnego mordu.
        Staję więc jako własny oskarżyciel
        I jako własny obrońca w tej sprawie,
        By się potępić i usprawiedliwić.



KSIĄŻĘ

    Mów, czegoś świadom.



OJCIEC LAURENTY

    Zwięźle rzecz opowiem.
        Bo tchnień mych pasmo krótsze jest zaiste
        Niż długa powieść. Romeo, którego
        Zwłoki tu leżą, był małżonkiem Julii,
        A Julia była prawą jego żoną;
        Jam ich zaślubił, a dniem tajemnego
        Ich połączenia był ów dzień nieszczęsnej
        Tybalta śmierci, która nowożeńca
        Wygnała z miasta; i ten to był powód
        Cierpienia Julii, nie żal po Tybalcie.
    
    do Kapuletów
    
    Wy, chcąc oddalić od niej chmury smutku,
        Zaręczyliście ją i do małżeństwa
        Z hrabią Parysem chcieliście ją zmusić.
        W tej alternacie przyszła ona do mnie
        I nalegała usilnymi prośby
        O doradzenie jej jakiego środka,
        Co by od tego powtórnego związku
        Mógł ją uwolnić; w przeciwnym zaś razie
        Chciała w mej celi życie sobie odjąć.
        Dałem jej tedy, ufny w mojej sztuce,
        Usypiające krople, których skutek
        Bynajmniej mię nie zawiódł, bo jej nadał
        Pozór umarłej. Napisałem przy tym
        List do Romea, wzywając go, aby
        Dzisiejszej nocy, o tej porze, w której
        Działanie owych kropel miało ustać,
        Zszedł się tu ze mną dla wyswobodzenia
        Tej, co mu dała taki dowód wiary,
        Z tymczasowego jej grobu. Traf zrządził,
        Że brat Jan, który z listem był wysłany,
        Nie mógł się z miasta wydostać i wczoraj
        List ten mi zwrócił. O godzinie zatem
        Na jej ocknienie ściśle naznaczonej
        Sam pospieszyłem wyrwać ją z tych sklepień,
        Chcąc ją następnie umieścić w mej celi,
        Póki Romeo nie przybędzie; ale
        Kiedym tu przyszedł (na niewiele minut
        Przed jej zbudzeniem), już szlachetny Parys
        Leżał bez duszy i Romeo także.
        Ona się budzi, jam się jął przekładać,
        By poszła ze mną i to dopuszczenie
        Nieba przyjęła z korną uległością,
        Gdy wtem zgiełk nagły spłoszył mię od grobu,
        A ona, głucha na moje namowy,
        Rozpaczą zdjęta, pozostała w miejscu
        I, jak się zdaje, cios zadała sobie.
        Oto jest wszystko, co wiem; o małżeństwie
        Marta zaświadczy. Jeśli to nieszczęście
        Choć najmniej z mojej nastąpiło winy,
        Niech mój sędziwy wiek odpowie za to,
        Na kilka godzin przed bliskim już kresem,
        Wedle rygoru praw jak najsurowszych.



KSIĄŻĘ

    Jako mąż święty zawsześ nam był znany.
        Gdzie jest Romea sługa? Cóż on powie?



BALTAZAR

    Zaniosłem panu wieść o śmierci Julii;
        Wraz on wziął pocztę i z Mantui przybył
        Prosto w to miejsce, do tego grobowca.
        Ten list mi kazał rano oddać ojcu;
        I w grób wstępując zagroził mi śmiercią,
        Jeśli nie pójdę precz lub nazad wrócę.



KSIĄŻĘ

    Daj mi to pismo, przejrzę je — a teraz,
        Gdzie paź hrabiego, co wartę sprowadził?
        Co twój pan, chłopcze, porabiał w tym miejscu?



PAŹ

    Przyszedł kwiatami ubrać grób swej przyszłej;
        Kazał mi stanąć z dala, com też zrobił;
        Wtem ktoś ze światłem przyszedł grób otwierać
        I mój pan dobył szpady przeciw niemu;
        Co zobaczywszy, pobiegłem po wartę.



KSIĄŻĘ

    List ten potwierdza słowa zakonnika,
        Bieg ich miłości i Romea rozpacz.
        Biedny młodzieniec pisze oprócz tego,
        Że sobie kupił gdzieś u aptekarza
        Trucizny, którą postanowił zażyć
        W tym tu grobowcu, by umrzeć przy Julii.
        Rzecz jasna! Gdzie są ci nieprzyjaciele?
        Patrzcie, Monteki! Kapulecie! Jaka
        Chłosta spotyka wasze nienawiści,
        Niebo obrało miłość za narzędzie
        Zabicia pociech waszego żywota;
        I ja za moje zbytnie pobłażanie
        Waszym niesnaskom straciłem dwóch krewnych.
        Wszyscy jesteśmy ukarani.



KAPULET

    Monteki, bracie mój, podaj mi rękę;
        Niech to oprawą będzie dla mej córki;
        Więcej nie mogę żądać.



MONTEKI

    Lecz ja mogę
        Więcej dać tobie nad to: każę bowiem
        Posąg jej ulać ze szczerego złota,
        By się nie znalazł szacowniejszy pomnik
        Po wszystkie czasy istnienia Werony
        Jak ten, pamięci Julii poświęcony.



KAPULET

    Tak i Romeo stanie przy swej żonie;
        Dzieląc za życia, złączmy ich po zgonie.



KSIĄŻĘ

    Ponurą zgodą ranek ten skojarzył;
        Słońce się z żalu w chmur zasłonę tuli;
        Smutniejszej bowiem los jeszcze nie zdarzył,
        Jak ta historia Romea i Julii



Wychodzą.