Uczelnieinfo.pl

Aktualności

Wielcy politycy polscy – marzyciele i realiści – konspekt wykładu prof. Waldemara Łazugi Drukuj Email

Prof. dr hab. Waldemar Łazuga - Rektor Wyższej Szkoły Nauk Humanistycznych i Dziennikarstwa w Poznaniu, wiceprzewodniczący Konferencji Rektorów Zawodowych Szkół Polskich, profesor w Instytucie Historii UAM, znawca myśli politycznej.

Wielcy politycy polscy – marzyciele i realiści – konspekt wykładu prof. Waldemara Łazugi 

Chyba - na szczęście – nie istnieje nic takiego, jak ranking marzycieli i realistów mówiący o tym: kto był w obu kategoriach największy, najwybitniejszy. Kto się na polu marzycielstwa albo realizmu najwięcej zasłużył. Czyje marzenia były najbardziej „marzycielskie”, a czyj realizm „najrealniejszy”. Inną sprawą jest rozważenie, kto za marzyciela lub realistę – słusznie czy niesłusznie – uchodził. Dalej: co tu do rzeczy ma wykształcenie, doświadczenie życiowe i wiek (czy marzycielami są częściej ludzie młodsi, a realistami starsi? Czy z marzycielstwa się wyrasta, a do realizmu dochodzi? Czy tradycjonalistą może być osiemnastolatek? I czy być realistą w polityce oznacza niezdolność do sformułowania wizji? A być marzycielem, to nie umieć założyć partii, pisma czy zorganizować zebrania?
Odpowiedzmy najpierw na pytanie, czy w Europie mamy jakiś symbol politycznego marzycielstwa? Otóż mamy. To Giuseppe Garibaldi (1807 – 1882), którego dwusetną rocznice urodzin z wielką pompą obchodzono we Włoszech w 2007 roku, pierwsza postać Risorgimento (w głęboki cień zepchnął zwłaszcza intelektualistę, Mazziniego, którego zrazu był uczniem i realistę Cavoura zajmującego zdecydowanie ostatnie miejsce).
    Aleksander Hercen porównywał go z „bohaterami Iliady”, Mickiewicz wysławiał na łamach Trybuny Ludu. Pod wielkim osobistym urokiem Garibaldiego pozostawali: Aleksander Walewski, Józef Hauke Bosak, Wojciech Chrzanowski czy Ludwik Mierosławski. Później do tego grona dołączył jeszcze szukający rozmaitych inspiracji Józef Piłsudski okrzyknięty przez krakowskich konserwatystów (realistów) „polskim Garibaldim” (czyli marzycielem właśnie).
    Na czym polegał „urok” Garibaldiego? Plany polityczne miał mgławicowe i na dodatek stale je zmieniał. Bystrością nie imponował, inteligencją nie błyszczał, a byli nawet tacy – wśród nich Karol Marks – którzy odmawiali mu wszelkich umysłowych zdolności. Organizatorem Garibaldi był nieszczególnym.
    A jednak jego czynami pasjonowała się cała niemal demokratyczna Europa. Pod jego sztandary garnęli się profesorowie uniwersytetów, artyści, dziennikarze, lekarze, prawnicy, nauczyciele, studenci i szewcy. Z jego imieniem na ustach Polacy rzucali się na rosyjską policję. Jego fotografie, figurki i podobizny trzymano w mieszkaniach Wiednia, Warszawy, Budapesztu, Poznania i Paryża. Był masonem, „capo bandito”, nie cierpiał Rzymu i w oczach papieża był bluźniercą. Nie szkodziło mu nic. Był „ponad wszystko”.
    Głównie dlatego, że był „marzeniem czystym”, uosobieniem wiary i nadziei, że nawet pojedynczy człowiek może zmienić świat i uczynić go lepszym dla innych ludzi. Wcześniej takim marzeniem był Napoleon Bonaparte, ale jego historia rozgrywała się na poziomie królów, generałów, ministrów, dam i pałaców. Z Garibaldim natomiast mógł się utożsamić każdy. Tylko w Pizie i Luce miejsc z nim związanych jest co najmniej kilkanaście: „tu Garibaldi jadł, tu pił, tu spał, tu rozmawiał, tu myślał, tu walczył”. Zajrzeć do tych miejsc upamiętniających „wielkiego plebejusza” może każdy. Rozumie się bez biletu.
    Ciekawe, że Piłsudski umiał dostrzec symboliczny i „marketingowy” walor obu. Nie był zresztą wyjątkiem. Oto w pewnym małym polskim dworku na pamiątkę syna insurgenta na honorowym miejscu stały trzy figurki gipsowe:
   
Bonaparte, ten Wielki, ten Trzeci
        I przy młodym chłopięciu o kuli
        Garibaldi w rozpiętej koszuli.

    Mamy więc dwie wielkie europejskie legendy obok siebie, a właściwie dwie w jednym. Niedbale rozpięta koszula Garibaldiego i kapelusz Napoleona jako znaki rozpoznawcze. Piłsudski dorzuci do tego maciejówkę, a Churchill słynną kamizelkę w prążki. Marzenia – nie tylko politycy - sprzedają wcale nie „po marzycielsku”…
    O Agenorze hrabim Gołuchowskim (1812 – 1875) – namiestniku Galicji i austriackim ministrze mało kto dziś pamięta. A szkoda, bo to wyjątkowy w naszych dziejach przypadek antybohatera, ultrarealisty i apostaty – zbawcy. „Wyzuty z romantycznej tradycji” nie znosił insurekcji, emigracji i – jak mówił – „sentymentów listopadowych”. Germanizował Polaków (choć przyjmował ich na urzędy) i przeraził kiedyś wszystkich zdaniem wypowiedzianym po niemiecku: Panowie, nie znam żadnych narodowości. Nazywano go „parweniuszem z austriackim tytułem”. Nie znosił – z wzajemnością - krakowian (z Potockimi włącznie), a szlachtę miał za „bezgranicznie głupią” (tylko miłosierdzie Boga – dodawał – jest równie bezgraniczne). Nie cierpiano go więc (do czasu) z wielu powodów i powtarzano, że specjalnie „wymyślił Rusinów” (Ukraińców), by tą „wschodnią odmianą polskiego chłopa” straszyć szlachtę.
Gołuchowski był bez wątpienia największym polskim „antymarzycielem” i „obrazoburcą. To jednocześnie rzadki na naszym gruncie przypadek pragmatyka czystej próby.
Karierę w Austrii zrobił hrabia oszałamiającą. Był gubernatorem, a następnie namiestnikiem Galicji, ministrem spraw wewnętrznych i faktycznym szefem rządu. Zasłynął dyplomem październikowym otwierającym epokę przemian konstytucyjnych monarchii (i nigdy nie odwołanym!) oraz polonizacją Galicji, gdy zaistniały po temu warunki, a urzędy – dzięki niemu – zapełnione były Polakami (mówiącymi dotąd po niemiecku). Bez niego nie byłoby języka polskiego w urzędach, szkołach i na uniwersytecie. Nie byłoby wielkich polskich karier w Wiedniu. Nie byłoby „złotych lat” UJ, stańczyków, Dunajewskiego, Bilińskiego i Bobrzyńskiego. Nie byłoby Galicji w postaci „polskiego Piemontu”.
Choć w polityce osiągnął niemal wszystko, a cesarz dodał mu do herbu pół habsburskiego orła, nie pozostawił po sobie legendy i poszedł w zapomnienie. Tym niecierpliwiej trzeba przypomnieć opinię Stanisława Cata Mickiewicza z książki o Piłsudskim, jednej z najgłębszych w jego dorobku: „Gołuchowskiemu – pisał - „Polska więcej zawdzięcza aniżeli wodzom obu powstań w XIX wieku razem wziętych”. Warto te słowa zapamiętać – nawet jeśli przesadą nieco rażą. Realizację wielu marzeń zawdzięczano … realiście.
 
Biografii Józefa Piłsudskiego (1867 – 1935) starszych i nowszych mamy sporo. Jedną z najlepszych napisał Bohdan Urbankowski, z zawodu poeta i filozof dobrze „czujący” temat (słowo: marzyciel zawarł w tytule). W Piłsudskim – jak w żadnej innej postaci - zawierają się rozmaite motywy i wątki naszych dziejów. Jest Chrobry, Kościuszko, Słowacki, Traugutt, Sienkiewicz i Wyspiański. Jest Polska sarmacka i Sybir. Zamiłowanie do improwizacji i zamiłowanie do gestu.
Piłsudski – pisał o nim Mackiewicz – to „strzała wypuszczona z łuku”. To człowiek czynu podporządkowanego jednej idei (marzeniu?) niepodległości Polski. Sojuszników Piłsudski zmieniał stosownie do okoliczności. Od sporów ideowych z zasady stronił („oj wy rabiny, rabiny” – mówił o miłośnikach takich debat). Jednocześnie teatralizował i „sakralizował” w polityce rozmaite sytuacje i gesty. W okopach pod ostrzałem odda się lekturze Sienkiewicza. Manifestacyjnie zlekceważy odniesioną ranę. Pod krzyżami Traugutta wysłucha mszy świętej i zrobi wszystko, by jego ludzie uwierzyli, że są następcami styczniowych insurgentów. Nazwą siebie Kmicicami, Podbipiętami, Skrzetuskimi, Bohunami, a nawet Kordianami. Rzeczywistość nieraz pomylą z literaturą, ale Piłsudskiego wcale to nie zmartwi…Przeciwnie, z marzycielami sięgnie później po władzę w Polsce.
Są w naszej historii pytania rudne, niepokojące. Czy romantyzmu w polityce nie nakazywał u nas właśnie polityczny realizm? Czy realizmem właśnie nie jest u nas upoetycznienie i teatralizacja czynu? Czy bez tego – i ciągłego odwoływania się do literatury - można było u nas cokolwiek zrobić? Czy będąc realistą można było nie być romantykiem? Gołuchowski, zmagając się z „polskością” (na „gombrowiczowski” nieco sposób) mógł swoją politykę prowadzić niemal w pojedynkę. Piłsudski – o dwa pokolenia młodszy – zwracał się już do ogółu Polaków. „Polacy nie są zorganizowanym narodem – pisał - wobec czego znaczy u nich więcej nastrój niż rozumowanie i argumenty; sztuką rządzenia Polakami jest zatem wzniecanie odpowiednich nastrojów”. Gołuchowski, mając za sobą cały aparat administracyjny Austrii nie musiał o tym pamiętać. Piłsudski nastroje obracał już na potrzeby polityki (nie przypadkiem więc znane pismo biznesowe analizuje dziś jego sztukę zarządzania ludźmi. )
„Klucza” do zrozumienia jego fenomenu szukało wielu. Kończyło się zwykle na imponderabiliach. „Jednej tylko rzeczy, jednej tajemnicy ani moja ani żadna inna książka o Piłsudskim nie wyjaśni – pisał Stanisław Cat Mackiewicz. Tajemnicy miłości, którą do siebie wzbudzał”.
Takiego przypadku Makiawel w swoim „Księciu” nie przewidział.