Uczelnieinfo.pl

Aktualności

Tworzyli „nowy świat”. Oblicza XX wieku - konspekt wykładu prof. dra hab. Waldemara Łazugi Drukuj Email

Prof. dr hab. Waldemar Łazuga - Rektor Wyższej Szkoły Nauk Humanistycznych i Dziennikarstwa w Poznaniu, wiceprzewodniczący Konferencji Rektorów Zawodowych Szkół Polskich, profesor w Instytucie Historii UAM, znawca myśli politycznej.

 

Tworzyli „nowy świat”. Oblicza XX wieku - konspekt wykładu prof. dra hab. Waldemara Łazugi

Pod datą 2 sierpnia 1914 r. Franz Kafka zapisał w Dzienniku: „Niemcy wypowiedziały wojnę Rosji – po południu pływałem”. Cytat, jak z Haska, który swą najsłynniejszą książkę otworzył równie operetkowym zdaniem: „A to nam zabili Ferdynanda”. Latem 1914 r. Europa oszalała. Wszyscy widzieliśmy te fotografie. Upał, uśmiechnięci ludzie, wiwaty, kwiaty, orkiestry, kapelusze i meloniki, dziarskie miny maszerujących mężczyzn i dystyngowane panie w letnich ogródkach i na chodnikach. Wojna, zanim jeszcze wybuchła, stała się wielkim zbiorowym przeżyciem. Doświadczeniem z pogranicza snu. Doznaniem mistycznym. „Ludzie szli na wojnę, jak na wesele” – odnotował galicyjski świadek tamtych chwil. Niektórzy na front zabierali ze sobą tomiki wierszy. Inni do plecaka pakowali płótna, farby i pędzle. Te dni – pisał Friedrich Meinecke, jeden z największych niemieckich historyków - mimo tragedii, jaka potem nastąpiła „należały może do najwznioślejszych w moim życiu”. Matylda z Windisch Graetzów Sapieżyna nie zapomniała ich nigdy: „…widać przechodzące oddziały, chciałabym wiwatować na ich cześć podążać za nimi razem z moimi najdroższymi”.

W wojnie dostrzegła księżna „potężne czynniki wyrobienia charakteru” i osobiście zadbała o to, by „przyspieszyć” sprawę swego syna, Fredzia, ekspediując go na front, mimo że Fredzio „wyglądał jeszcze jak dziecko”.

Dziś trudno w to uwierzyć, ale do armii niemal na siłę wstąpił chory na astmę, Arnold Schonberg i jego wcale nie zdrowszy uczeń, Alban Berg. To samo uczynił ekscentryczny i mający poważne kłopoty żołądkowe filozof, Ludwig Wittgenstein oraz dotknięty chorobą alkoholową poeta Georg Trakl, który swój udział w wojnie po kilku miesiącach przypłacił życiem.  To samo zrobił Hugo von Hofmannstahl i Oskar Kokoschka, który specjalnie z tej okazji sprawił sobie elegancki chabrowy mundur. To samo Zygmunt Freud, który nie tylko „po raz pierwszy od trzydziestu lat poczuł się Austriakiem”, ale i Austro-Węgrem „ofiarował całe swoje libido”.
Wśród tych, których do wojska nie przyjęto w Anglii, Francji i Niemczach odnotowano przypadki samobójstw.

W maju 1913 r. w Paryżu odbyła się prapremiera „Święta Wiosny”, baletu łamiącego wszelkie artystyczne konwencje. Utwór – pisał Igor Strawiński – „nie ma fabuły”. Jest apoteozą życia poprzez ofiarę śmierci. Początkowo zresztą sztuka miała nosić tytuł „Ofiara”. Podczas przedstawienia na widowni doszło do rękoczynów. Krytyka pisała o skandalu. Niektórzy mówili o proroctwie.
„Piękny wiek XIX” – który „wszystko zaczynał, a nic nie kończył” - miał coraz mniej obrońców. „Modernistyczna” stawała się polityka, życie społeczne i kultura. Przeszłość i teraźniejszość porównywano do muzeum. Przyszłość miała jej zaprzeczyć - być wyzwoleniem od hipokryzji form, przymusu, konwenansu lub wygodnictwa, a także wyzwoleniem proletariatu, kobiet, młodzieży, homoseksualistów lub narodów. Scenariusze, jakie kreśliło dowództwo niemieckie były iście wagnerowskie: „wyzwolenie” miało nastąpić na polu bitwy. Szef sztabu, Helmut Moltke, malarz amator i utalentowany wiolonczelista prywatnie wyznawał, że „żyje wyłącznie w sztuce”. Niektórzy o wojnie mówili jako o „wakacjach od życia”. Arkadia przeplatała się tu z apokalipsą, a realizm z surrealizmem.

Paul Nash był zdolnym malarzem. Na front ruszył z własnej nieprzymuszonej woli. Wojnę wyobrażał sobie jako mieszankę przygody i sportu – uczestniczą w niej dzielni mężczyźni prowadzący rycerskie boje, a konie, jak na obrazach, stają dęba. Na początku  zachwycał się kolorami gliny i powietrzem falującym od wybuchów („piękno świata odczuwam tu o wiele głębiej” – pisał z okopów). Potem widział już co innego: zimną  maszynę wojenną, generałów zamkniętych w bunkrach i kierujących stamtąd anonimowymi armiami, okopy wroga najeżone karabinami maszynowymi, druty kolczaste stosowane dotąd w hodowli bydła, żołnierzy zasypywanych tonami pocisków i ziemi, a także bezsenność, błoto, szczury, pchły, wszy. I śmierć, przede wszystkim śmierć odartą z wszelkiego patosu.
Nash, którego przypadek opisał szwedzki historyk, Peter Englund przeżył wojnę. Jeden z jego obrazów uznawanych za arcydzieło angielskiej sztuki modernistycznej przedstawia ziemię zrytą bombami, góry piachu i kikuty drzew. Krajobraz po bitwie. Świat bez ludzi.
Hitler nigdy nie obrażał się, gdy przywoływano jego malarskie talenty. Dla tego niedoszłego „artysty” wojna była „najwspanialszym i najbardziej niezapomnianym z moich ziemskich przeżyć”. Trzykrotnie odznaczany za odwagę zapamiętał, że najskuteczniejszym środkiem przeciw robactwu był gaz. Stąd eksterminację Żydów nazwie później „odwszeniem”. Z wojny zaś wyniesie mocne przekonanie, że „życie jest okrutną walką, której celem jest zachowanie gatunku”. „Wyzwolony” przez wojnę klęskę Niemiec porówna do śmierci ukochanej matki (dwa razy w życiu płakałem – wyzna później w „Mein Kampf”). Nash po wojnie zatęsknił za starym światem. Hitler starego świata nienawidził – wraz z jego indywidualizmem, liberalizmem i zdegenerowaną sztuką ( „Kubismus, Phuturismus – alles ist Bolschewismus”). Nienawidził też  takich ludzi jak Nash.
Józef Stalin, syn analfabetów, także mógł czuć się „wyzwolony” przez wojnę. Dopóki jednak żył Lenin pozostawał w cieniu wodza i starych bolszewików. Gdy wraz z nimi niósł jego trumnę „nigdy nie widziano go bardziej szczęśliwym”. Potem, gdy ich zniszczył mógł już budować swój świat – burzył cerkwie, odwracał bieg rzek, unicestwiał i o tysiące kilometrów przerzucał całe narody, a nawet zmieniał przeszłość, eliminując z niej konkurentów i wymyślając własne zasługi. Sztuki nowoczesnej nie cierpiał. Ludzi takich jak Nash nie znosił.
Obydwaj, Hitler i Stalin – w imię nowego świata - obrócą świat w perzynę. Zanim jednak użyją czołgów wylansują dwóch nieprzeciętnie zdolnych architektów: Alberta Speera i Borysa Jofana. Do konfrontacji między nimi dojdzie w Paryżu podczas wystawy światowej w 1937 r., kiedy to po sąsiedzku staną dwa monumentalne, surowe i łudząco do siebie podobne pawilony: radziecki ozdobiony rzeźbą Wery Muchiny: „Robotnik i kołchoźnica” i niemiecki z rzeźbą zatytułowaną „Koleżeństwo” przedstawiająca grupę nagich, umięśnionych mężczyzn ufnie spoglądających w przyszłość. Podobieństwo obu architektonicznych wizji odwołujących się do dwóch różnych ideologii wielu uczestnikami wystawy wstrząśnie. Z Paryża Speer i Jofan wrócą ze złotymi medalami.
Potem podobieństwo gonić już będzie podobieństwo. W Moskwie powstanie sześć ulic (każda na 50 metrów szeroka) zbiegających się gwiaździście na Placu Czerwonym. Berlin w tym czasie przetną dwie szerokie aleje (wschód - zachód i północ - południe), zbiegające się u stóp Bramy Brandenburskiej. Jofan – zaplanuje Pałac Sowietów wyciągnięty w górę do 415 metrów (ze stumetrowym posagiem Lenina na szczycie ). Speer w tym czasie pracować będzie nad Volkshalle (Pałacem Zjazdów), którego kopułę – na papierze – uczyni siedemnastokrotnie większą od kopuły bazyliki św. Piotra w Rzymie (żeby cała bazylika mogła się w niej spokojnie zmieścić!). Gigantyczne piramidy dwudziestowiecznych faraonów! Miały przetrwać wieki.
Na szczęście żaden z tych koszmarnych pomysłów nie został zrealizowany, a to, co udało się ukończyć w większości zrównały czołgi.
Gdy II wojna światowa dobiegła końca nastał nowy „nowy” świat. Jofan zmarł w 1976 r. Speer w 1981. O ile wiadomo – nie spotkali się już nigdy.
Nic też nie wiadomo, żeby jeden był zainteresowany drugim.